totoro

totoro

środa, 5 października 2011

"Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?" - Venus Capriccio


Tamaki Habara wychowała się w rodzinie, w której przeważali mężczyźni. Mając za wzór czterech starszych braci, nic dziwnego, że sama stała się chłopczycą i przejęła ich głośny, energiczny i pozbawiony wdzięku styl zachowania. Matka, chcąc by córka stała się bardziej dziewczęca zapisała ją na lekcje gry na fortepianie. Tamaki, której zupełnie się to nie podobało uciekała z tych lekcji, kiedy się tylko dało. Podczas jednej z takich ucieczek, natknęła się na młodszego o dwa lata chłopca, Akirę Sasakiego, ten zaś zaproponował, że będzie ją uczył. Dzięki niemu Tamaki odkryła, że gra na fortepianie może sprawić prawdziwą frajdę. Nie zdawała sobie sprawy, że jej żywiołowe reakcje i radość życia w ten sam sposób wpłynęły na Akirę, który choć bardzo utalentowany, nie potrafił odnaleźć przyjemności w muzyce, jaką grał. Tak oto zawiązała się głęboka przyjaźń, trwająca przez całe dzieciństwo. Dla Tamaki Akira zawsze był kimś, kogo mogła podziwiać, jeszcze jeden brat, czy też - biorąc poprawkę na niezwykłą urodę chłopca – śliczna siostrzyczka. Tymczasem Akira któregoś dnia wyraźnie okazuje, że wcale nie uważa Tamaki za siostrę ani wyłącznie za przyjaciółkę i darzy ją znacznie głębszym uczuciem... Tamaki staje przed dylematem- jak się wobec takiego dictum zachować? A przede wszystkim, jakie są tak naprawdę jej własne uczucia wobec Akiry?
Na Venus Capriccio trafiłam, zapoznawszy się z inną mangą autorki, recenzowaną wcześniej Psi Boy. Wydała mi się podobna w klimacie do Nodame Cantabile, a ponieważ traktowała o muzyce, na dodatek miała status ukończonej, uznałam, że mogę się z nią zapoznać. Kreska pani Nishikaty już wcześniej przypadła mi do gustu, a że Venus Capriccio (Venus Kisoukyoku) to przedstawicielka gatunku shoujo, na który ostatnio miewam chętkę, sprawa była przesądzona. Lektura okazała się doznaniem zdecydowanie przyjemnym. Venus Capricio to manga i zabawna i poniekąd wzruszająca, a choć ma swoje ograniczenia i nie wolna jest od schematów, ostateczne wrażenia każą mi oceniać ten tytuł na plus. Fabuła nie jest tu najważniejsza. To szereg scenek i wydarzeń, które mają za zadanie przede wszystkim przybliżyć charaktery dwójki postaci – dopiero w ostatnich rozdziałach nabiera cech jednolitego ciągu przyczynowo-skutkowego. Dwójki, ponieważ to przede wszystkim Tamaki i Akira są bohaterami tej mangi, na nich skupia się niemal cała autorska uwaga, spychając pozostałe osoby do roli epizodów, lub katalizatorów, powodujących dalsze zdarzenia. Mamy tutaj rozwijający się powoli, wyrastający z dziecięcej przyjaźni, romans i stopniową, niemal niewidoczną ewolucję postaci. Bardzo spodobało mi się ukazanie w jak subtelny sposób bohaterowie na siebie wzajemnie wpływają, choć są całkowicie kontrastowi, dwa przeciwne bieguny. Tamaki to żywioł, pełna energii chłopczyca, która działa bez namysłu, mówi to, co myśli; bardzo otwarta, czasem irytująco niedomyślna i nietaktowna. Akira z kolei jest niezwykle wyciszony, introwertyczny, jak na swój młody wiek bardzo opanowany i dojrzały. Jest też utalentowanym pianistą, od czasu do czasu grywa w nocnym klubie, zaś styl gry jest odzwierciedleniem jego osobowości – łagodne, piękne interpretacje o miękkich tonach. Ta kontrastowość charakterów świetnie się tu sprawdza, stając się przyczyną wielu humorystycznych scenek, ale pomimo różnic – para świetnie się rozumie i wzajemnie wspiera. Tamaki przy Akirze się wycisza, z czasem staje mniej gwałtowna, Akira z kolei, grając dla dziewczyny odnajduje własny styl i radość płynącą z muzycznej interpretacji.
Mangaczka bodaj od drugiego tomu zaoferowała czytelnikowi zabawny akcent w postaci dodatku, w którym odwraca role i zamienia bohaterom charaktery, Tamaki czyniąc dojrzałą i opanowaną, Akirę wyposażając w nadmiar energii i pozbawiając gracji. To ciekawy zabieg, dający czytelnikowi sporo frajdy, gdy obserwuje protagonistów serii w tak nietypowych dla nich zachowaniach.
Wspominałam, że w mandze pojawiają się inne postaci. Owszem Venus Capriccio nie ogranicza się wyłącznie do Tamaki i Akiry, ale bez wątpienia to oni są tu najważniejsi, akcenty położone na postaciach rozłożone są bardzo nierównomiernie. Pozostali nie mają już tak pogłębionych charakterów, naszkicowani raczej, choć nie pozbawieni uroku. Kei Azegami, który dzięki interwencji Tamaki staje się przyjacielem Akiry, Oda Shinobu- dawny prywatny nauczyciel gry Akiry, obecnie sensei w szkole muzycznej, do której nasza para uczęszcza, a zarazem osoba, którą Akira szczerze nie znosi; Julian Clement, przybysz z zagranicy, którego pragnieniem jest usłyszeć grę Akiry i dzięki któremu chłopak na wiele spraw spojrzy z zupełnie nowej perspektywy. Wszystko to postaci, które stają się przyczyną zmian i popychają akcję ku kulminacyjnemu punktowi, jakim jest zmierzenie się
Akiry ze swoją przeszłością, a w rezultacie z wizją własnej przyszłości.
Napisałam nieco wcześniej, że tytuł ten skojarzył mi się z Nodame Cantabile, wrażenie to szybko jednak się rozwiało. Owszem są pewne podobieństwa, niemniej klimat obu historii jest jednak zupełnie inny, odbiera się je w odmienny sposób. W Nodame punkt ciężkości spoczywa na staraniach i talentach bohaterów, romans rozgrywał się niejako „przy okazji”. W Venus Capriccio uczucia odgrywają o wiele większą rolę, a przy tym relacje pomiędzy bohaterami są znacznie bardziej wysubtelnione, choć pomiędzy Nodame a Tamaki z pewnością da się dostrzec podobieństwo charakterów.
Pisałam już wcześniej w recenzji Psi Boya, że kreska pani Nishikaty jest bardzo przyjemna dla oka. Zwiewna, lekka, romantyczna – idealna, by przedstawić historię miłosną z fortepianem w tle. Postaci rysowane są w charakterystyczny sposób – wysokie, bardzo smukłe (żeby nie powiedzieć anorektyczne), pełne uroku. Design to coś, czego należałoby się spodziewać po mandze typu shoujo – Akira, jak na biszonena przystało, jest posiadaczem urodziwej, dziewczęcej niemal twarzy, Tamaki zaś... Tutaj autorce należą się duże brawa. Ciężko jest narysować śliczną dziewczynę i przedstawić ją jako postać kompletnie pozbawioną wdzięku. Mangaczce się to udało, bez dwóch zdań. Rysunek sylwetki, pozy Tamaki idealnie odzwierciedlają jej charakter – pozbawiona gracji chłopczyca, dla której włożenie sukienki i butów na obcasie to swego rodzaju poświęcenie. Od strony technicznej manga prezentuje się bez zarzutu, jedyne co można by jej zarzucić to brak w wielu kadrach dopracowanego tła. Zarzut ten można jednak łatwo obalić, pusty kadr skupia uwagę na postaci bohaterów – ich wyrazie twarzy, oczu, gestach. Ostatecznie nie o miejsca tu chodzi, ale o to, co rozgrywa się, czasem w bardzo wysublimowany sposób, pomiędzy bohaterami.
Historia zamyka się w pięciu tomikach, a jej rozwiązanie jest poniekąd otwarte. Zabrakło mi tu kilku domknięć, paru ostatecznie dopowiedzianych spraw, ale po namyśle uznałam, że taki finał jest całkiem zadowalający. Venus Capriccio nie jest jakąś szczególnie porywającą, zatykającą dech w piersiach historią. To sprawnie opowiedziany i narysowany delikatną kreską romans, który urzeka ciepłą, uroczą nutą. Jeśli macie ochotę na sympatyczną serię shoujo, z muzyką w tle, sięgnijcie po Venus Capriccio. Potrafi wciągnąć, rozbawić, a nawet wzruszyć, z pewnością zaś poprawia samopoczucie. A to już całkiem niezła rekomendacja, prawda?

wtorek, 13 września 2011

Psi Boy - jak zostać szkolnym celebrytą

Po długim czasie, gdy na tapecie miałam wyłącznie mangi i anime z gatunku shonen, poczułam potrzebę odmiany. Zachciało mi się shoujo w najbardziej znamiennej wersji – szkolnego życia i romansu, bez wątków paranormal czy fantasy. Tytuł, o którym zamierzam napisać w pewien sposób wyróżnia się na tle romantycznych serii dla dziewcząt, choć jednocześnie przejawia wszystkie charakterystyczne wyróżniki gatunku.
Kiyosumi Koujou i jego przyjaciel Maki Sagiya, stanowią duet najprzystojniejszych uczniów męskiej populacji w liceum Reinan, chociaż są zaledwie pierwszoroczniakami. Niemniej w rankingach popularności osiągają niezmiennie pierwsze miejsca i niemal każda dziewczyna uważa ich za wyjątkowe „ciacha”. Każde pojawienie się tej dwójki powoduje piski zachwytu i maślane spojrzenia u rozentuzjazmowanych fanek. Istotnie tworzą bardzo przystojny duet – Kiyo czarnowłosy, z melancholijnym wyrazem twarzy, Maki dla kontrastu jasny blondyn, prezentujący postawę „luzaka”. Nic dziwnego, ze dziewczętom na ich widok miękną kolana. Ale czy tej dwójce popularność nie uderzyła nazbyt do głowy? Można mieć wątpliwości, gdy obserwujemy, jak Kiyo niebotycznie szczęśliwy zapisuje w notatniczku, ileż to razy usłyszał dziś, że jest „so cool”. Ciężki przypadek narcyzmu? Na szczęście nie, a nawet wręcz przeciwnie. Otóż Kiyo przez wszystkie poprzednie lata szkolne uchodził za osobę przeraźliwie nudną, a nazwanie go przystojnym nikomu nawet nie przyszłoby do głowy. Typ mola książkowego, skrywający się za okularami na pół twarzy, bardzo inteligentny, lecz nie potrafiący znaleźć z rówieśnikami wspólnego języka – przez większość szkolnego życia odstawał od reszty, samotny i ignorowany. Częste przeprowadzki, jakie fundowała jedynakowi ogromnie zapracowana matka także nie sprzyjały nawiązywaniu szkolnych przyjaźni. Wszystko to zmieniło się w momencie, gdy Kiyo spotkał Makiego i poprosił go o pomoc w staniu się bardziej popularnym. Dzięki radom Sagiyi, Kiyo całkowicie odmienił swój styl, zaś interwencje przyjaciela w co bardziej podbramkowych sytuacjach (nie tak łatwo przejść z poziomu „ignorowany okularnik” na „oblegany przystojniak”) pozwoliły chłopakowi zachować wizerunek najpopularniejszego faceta w liceum Reinan. Wszystko zdawałoby układa się wspaniale, dopóki Kiyo się nie zakochał w Aran Mikami. Pech jednak chciał, że dziewczyna należy do osób, które nie znoszą tego typu popularnych facetów i na widok czarującego przystojniaka dostaje dreszczy i gęsiej skórki. Jak się okazuje jest to spowodowane zachowaniem ojca, którego liczne romanse, skłoniły matkę do opuszczenia rodziny, zaś Aran i jej młodsza siostrzyczka muszą znosić kochanki ojca przewijające się przez dom. Wizerunek „cool guya”, na którym tak bardzo zależy Kiyo staje się więc przeszkodą w zdobyciu uczuć wybranki. Dodatkowo Koujou przyjdzie zmierzyć się ze szkolnym Klubem Przystojniaków, którzy wraz z pojawieniem się pięknych pierwszoroczniaków utracili uprzywilejowane pozycje „ciach” i starają się za wszelką cenę zdyskredytować rywali, zaś w progi Reinan wkracza nowa uczennica, dawna miłość Kiyo, która również sporo namiesza w szkolnym życiu naszego przystojniaczka.
Psi Boy autorstwa Mai Nishikaty, to bardzo sympatyczny tytuł. A lwia część tej sympatii przypada głównemu protagoniście serii. Jak na męskiego bohatera mangi shoujo Kiyosumi jest postacią dość nietypową. W wielu scenach nieporadny, jawnie okazujący emocje, przede wszystkim zaś wyjątkowo miły i wrażliwy, z sercem na dłoni. Hm, po zastanowieniu, wchodzi na to, że prezentuje wszystkie cechy typowej bohaterki shoujo mang. Nie jest to bowiem pakiet, jaki można przypisać biszonenowi z prawdziwego zdarzenia, bardziej w ten typ wpisuje się Maki. Kiyo chyba najlepiej charakteryzuje określenie „słodki”. Szkolne perypetie, więzi jakie Koujou chce budować z innymi, a wreszcie to jak usilnie stara się być cool, nadając temu słowu własne znaczenie i nie tracąc nic ze swej wrażliwości na potrzeby innych – wszystko to wzbudza w czytelniku autentyczny uśmiech sympatii. Śmiem twierdzić, że dziewczyna z tym zestawem cech byłaby irytująca, chłopak natomiast z takim charakterem, to bohater w pewien sposób odświeżający. Cały czas mowa o konkretnym gatunku, rzecz jasna, bo podobnych bohaterów nie brakuje w mangach typu yaoi. 
Główna persona jest pozytywna aż do bólu, ale wielbiciele bardziej złożonych charakterów również nie powinni być zawiedzeni. Interesującą stroną w tym duecie jest Maki, o którym w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się wiele. W stosunku do Kiyo jest tak serdeczny i czuły, że aż nasuwa się pytanie o powody takiej atencji? Choć zdaje się być wiecznym luzakiem, któremu rozmowa i odnalezienie się w szkolnym środowisku przychodzi bez trudu, sprawia wrażenie dość samotnego. Równie ciekawym charakterem, w przeciwieństwie do nijakiej Mikami, jest Touda, dziewczyna z transferu, która przenosi się do Reinan w środku semestru i staje się natychmiast przyczyną sporego zamieszania. Jej dawne powiązania z Kiyo i  niezbyt miły sposób bycia, to interesujący zwrot akcji w niezbyt jednolitej fabule mangi.
Psi Boy to rzecz lekka i przyjemna w odbiorze. Trudno tu o dramatyzm czy jakieś większe fabularne zawiłości, autorka od początku postawiła bardziej na sytuacyjny humor niż akcję, w rezultacie czego wątki to szereg niekoniecznie ze sobą powiązanych scenek z życia szkolnego, w których umieszcza swoich bohaterów. Kreska Mai Nishikaty jest miła dla oka, zwiewna, delikatna, po prostu ładna. Jej postaci są – jak na shoujo przystało – tradycyjnie mocno wychudzone, smukłe i pełne gracji, choć ten trend daje się zauważyć głównie w rysunku Kiyo i Makiego, dziewczęta mają już wymiary bardziej zbliżone do normalności. Wszystkie postaci charakteryzują śliczne migdałowe oczy i lekko rozwichrzone włosy. Kreska idealnie pasuje do mangi shoujo i świetnie się sprawdza w przypadku Psi Boy, a że mangaczka przeplata „biszonenowate” sceny humorystycznymi kadrami z udziałem bohaterów w wersji chibi, z nieodłącznym pakietem min i grymasów czytelnik  nie ma przesytu ujęciami „sparkle & shiny”.
Słówko na temat tytułu. Jego wariantów jest mnóstwo: Cyboy, Cyborg Boy, Kaizo Shonen Cyboy, Sai Boy. Użyłam takiego zapisu, pod jakim znalazłam skany w Sieci. Nie udało mi się dojść dlaczego właśnie ten tytuł i co tak naprawdę on znaczy. Wujek Google podał, że słówko Sai oznacza „utalentowany”, natomiast Kaizo „zmieniony”. Dlaczego jednak Cyborg Boy, pozostaje dla mnie tajemnicą, szczerze mówiąc nie bardzo chce mi się bawić w interpretacje. Może Wam uda się to rozgryźć ^^
Ku mojemu zdumieniu manga ma status zamkniętej. Zdumieniu, ponieważ nie ma żadnego konkretnego zakończenia, ot, urywa się w pewnym momencie. Te nie do końca rozwinięte wątki, to chyba jedyny w moim odczuciu mankament serii. Całość mieści się więc ostatecznie w dwóch tomikach, ale historia tak naprawdę się nie zamyka. Co niektórzy mogą uznać to za irytujące, a niektórym może się taki zabieg spodobać. Rzecz gustu, oczywiście. Ja mam wrażenie, jakby autorka nie miała sensownego pomysłu na pociągnięcie tej historii, więc w pewnym momencie postanowiła ją przeciąć. Mimo to, polecam. Psi Boy to urocza opowieść, z urzekającym bohaterem w roli głównej.

niedziela, 4 września 2011

Kaicho wa maid-sama! czyli Pokojówka i Zboczony Kosmita

Misaki Ayusawa jest przewodniczącą szkolnego samorządu Liceum Seika. Szkoła ta dopiero od niedawna jest placówką koedukacyjną, przedtem była wyłącznie męska, a i teraz dziewczęta stanowią zaledwie niewielki procent uczniowskiej populacji. Misaki postawiła przed sobą wyjątkowo trudne zadanie: sprawić, by w Seika chciało się uczyć więcej dziewcząt i by niezbyt dotąd pochlebna opinia, jaką cieszyła się szkoła zmieniła się diametralnie. Nic więc dziwnego, że panna Ayuzawa niezwykle przykłada się do pełnienia swoich obowiązków. Jest przerażająca, restrykcyjna i absolutnie bezwzględna w respektowaniu zasad szkolnego regulaminu. Jej ofiarą najczęściej padają chłopcy, którzy głupimi pomysłami straszą nieliczne obecne w szkole dziewczęta i narażają na szwank dobre imię placówki. Nic więc dziwnego, że wśród męskiej części liceum przewodnicząca często bywa uznawana za demona z piekła rodem. Co w takim razie powiedzieliby, gdyby zobaczyli czym ta twarda i straszliwa kaicho-demon, zajmuje się poza szkołą? Rodzina dziewczyny znajduje się w dość trudnej sytuacji finansowej, Misaki więc dorabia sobie w kawiarence jako kelnerka. Nie byłoby w tym oczywiście nic dziwnego, gdyby nie to, że Maid Latte to kawiarnia cosplayowa, zaś obowiązkiem kelnerek jest stworzyć wizerunek uległej, ciepłej i słodkiej pokojówki. W oczywisty sposób nie godzi się to z opinią jaką Misa cieszy się w szkole, więc słusznie czy nie, obawia się ona utracić autorytet, gdyby cała sprawa wyszła na jaw. Jak można by się spodziewać, tajemnicy długo utrzymać się nie da, sekret Misaki odkrywa jeden z najbardziej grających jej na nerwy uczniów - Takumi Usui, szkolny playboy, cieszący się ogromną popularnością wśród dziewczyn i mirem wśród chłopaków. Przewodnicząca jest pewna, że jej skrzętnie skrywana tajemnica wkrótce nią być przestanie, lecz ku jej zaskoczeniu Usui zatrzymuje rzecz dla siebie. Jakie są jego pobudki, okazuje się wkrótce; najwyraźniej postanowił sobie zrobić zabawę i zacząć prześladować Misaki w jej miejscu pracy, by musiała witać go słodkim: Okaeri-nasai mase, goshujin-sama! Tak to wygląda z perspektywy dziewczyny, ale czy rzeczywiście właściwie ocenia motywy Usuiego, któremu zdążyła przylepić etykietkę" zboczonego kosmity"?
Kaicho wa maid-sama! jest komedią i szkolnym romansem i jako takie nie wnosi nic nowego do gatunku, powielając schematy i wątki. Ale jak na mało oryginalne anime, ogląda się je zaskakująco przyjemnie. Jeśli nastawimy się na prostą fabułę, nie oczekując zbyt wielu zaskoczeń i nie przeszkadza nam "powtórka z rozrywki", ten tytuł sprawić może sporo przyjemności. Szczególnie polecam go fanom Special A, ponieważ podobieństw pomiędzy obiema seriami jest sporo, a para głównych postaci, to niemal kopie charakterów ze Special A. Tak jak i tam, mamy w Kaicho wa maid-sama silną bohaterkę o stanowczym charakterze, która z uporem dąży do celu, polegając tylko na własnej sile i talentach oraz przystojnego blondyna, bożyszcze tłumów, celującego w złośliwych komentarzach, który wydaje się być utalentowany w absolutnie każdej dziedzinie. Bohaterowie, nie tylko ci z pierwszego planu są zresztą jedną z zalet serii - uroczy, pełni wdzięku i sympatyczni, nietrudno ich nie polubić, choć o realizm i głębszą psychologię proszę się nie dopominać, nie ten ciężar gatunkowy. Przyznam, że pierwsze odcinki serii zrobiły na mnie wrażenie zupełnie przeciętnych i trochę trwało, zanim w końcu dałam się przekonać do tego anime. Wielką zasługę miał w tym Nobuhiko Okamoto, seiyuu Usuiego. To jego głos przytrzymał mnie przy ekranie, w absolutnie genialny sposób oddał charakter chłopaka, gdy ten wygłasza swoje ironiczne komentarze, nadając mu ton całkowicie zblazowany i znudzony. To naprawdę trzeba usłyszeć, szczególnie, że postaci Usuiego dostały się jedne z lepszych tekstów, jakie padają w Kaicho wa maid-sama!
Technicznie anime nie wychodzi poza ramy szablonu. Grafika jest przeciętna, design postaci owszem ładny, ale animacja nie wzbudzi żadnych ochów i achów. Pozbawione precyzji tła, które w niektórych scenach zmieniają się w prawdziwe szkaradzieństwo, czasem nierówny rysunek postaci, słowem zachwytów nie ma. To samo zresztą odnosi się do muzyki, zarówno opening jak i endingi (tych jest dwa) to słodkie popowe utworki, jakich wszędzie można pełno usłyszeć. Openingu w wykonaniu Saayi Mizuno My Secret nawet dość przyjemnie się słucha, endingi zaś radzę obejrzeć ze względu na postać Usuiego, w anime nie zostaje wyjaśniona jego przeszłość czy sytuacja rodzinna, a z endingowej grafiki można domyślić się, że wygląda ona dość ciekawie. Zresztą i utworków końcowych całkiem fajnie się słucha, więcej w nich "mocy" niż w słodkiej czołówce. Bardziej przypadł mi do gustu Yokan niż Loop, obydwa wykonywane przez Heidi, ale obu piosenek da się słuchać bez skrzywienia.
Podsumowując, jeśli macie ochotę na lekką, niezobowiązującą szkolną komedię Kaicho wa maid-sama! nadaje się idealnie. Dobrze się przy tej serii odpoczywa, a jeśli podejdzie się do niej bez większych oczekiwań, na pewno rozbawi i zabawi. Samo zakończenie jest całkiem zgrabne, ale nie ostateczne i zostawia twórcom furtkę do stworzenia drugiej serii, szczególnie, że wydarzenia przedstawione w anime, to zaledwie przygrywka do tego, co potem rozwija się w mandze. Tak, zaciekawiona wątkami niewyjaśnionymi w serii telewizyjnej, poszukałam mangi i muszę stwierdzić, że wersja papierowa jest lepsza niż animowana. Bohaterowie mają tu więcej głębi, ich działania są znacznie lepiej umotywowane, a sama fabuła jest ciekawsza. Misaki pokazuje się z bardziej "dziewczęcej" strony, oraz wyjaśniają się tajemnice związane z Usuim. Dlatego warto poświęcić uwagę także rysowanemu wariantowi historii tego romansu.
W porównaniu z anime jedynym mankamentem mangi jest brak głosu Usuiego ^^
Nie zachęcam, ani nie zniechęcam do tego tytułu. Zupełnie obiektywnie rzecz biorąc nie dałabym anime więcej niż pięć/sześć punktów. Niemniej jest zbyt charakterystyczny dla gatunku, żeby móc go oceniać bezstronnie, bo w końcu obejrzenie go sprawiło mi całkiem sporo frajdy. Ot, trzeba mieć po prostu ochotę na ten konkretny rodzaj i przyjąć go z całym dobrodziejstwem inwentarza.

środa, 27 lipca 2011

Rzut oka na...

Dwa ostatnie miesiące nie obfitowały w nadmiar wolnego czasu, nawet więc nie brałam się za oglądanie żadnej dłuższej serii, zerkając tylko od czasu do czasu na jakąś mangę lub OAVki anime już mi znanych. Udało mi się wszakże wśród nawału zajęć prześledzić kilka anime’owych nowinek, między innymi i tę, że manga autorstwa Nobuhiro Watsuki Rurouni Kenshin zostanie zaadaptowana na film live. Ciekawa jestem efektu?  Tymczasem już dawno miałam wypowiedzieć się na temat nowości anime na lato 2011, ale najpierw brak czasu, a potem dolce far niente, któremu oddałam się z bezwstydnym zaangażowaniem sprawiły, że notka opóźniła się nieprzeciętnie. Lato trwa już w najlepsze, postanowiłam więc rzucić okiem przynajmniej na kilka z tych nowych tytułów, które się ukazały wraz z nastaniem lipca. Przynajmniej dwa z nich to kontynuacje i to takie, na które czekałam z utęsknieniem, lub pewną niecierpliwością, dwa inne z kolei zaintrygowały mnie na tyle, żeby wrzucić je na listę Plan to Watch. No to, lecimy!
Najbardziej wyczekiwanym przeze mnie tytułem tego kwartału było Natsume Yuujinchou San – trzecia już seria znakomitego anime z gatunku fantasy i slice of life; anime, które przyznam to bez oporów, całkowicie mnie urzekło. Osierocony w dzieciństwie i przerzucany od jednej do drugiej rodziny zastępczej Takashi Natsume, po babce odziedziczył zdolność dostrzegania ayakashi. Umiejętność przyniosła mu już mnóstwo problemów i cierpień, a dziedzictwo babki nie tylko w postaci wątpliwego daru, ale też całkiem realnej, tajemniczej Księgi Przyjaciół, sprawia mu dodatkowe kłopoty, ale też zmienia jego życie i pomaga się otworzyć na innych. Pierwszy odcinek Natsume Yuujinchou San zapowiada to, co widzowie znają z dwóch poprzednich serii: Natsume Yuujinchou i Zoku Natsume Yuujinchou – spokojny tok wydarzeń, stopniową ewolucję bohaterów, przegląd ciekawych charakterów – ludzkich i demonich. Zmiany w porównaniu do serii wcześniejszych są właściwie niezauważalne – ta sama pastelowa paleta barw, nieco uproszczona kreska, niewyróżniający się design postaci. Wszystko to idealnie pasuje do opowieści, która snuje się nieśpiesznie jak letnie, gorące popołudnie. Oprawa muzyczna też niczym nie zaskoczy, zarówno opening jak i ending nowej serii, tak pod względem kompozycji graficznej jak i dźwiękowo przypominają to, co widz zna już z dwóch minionych sezonów Natsume. Trzecia seria zapowiada się znakomicie – fani tego tytułu mogą spokojnie powrócić w pełen uroku, ciepły świat i ponownie dać się oczarować magii tego anime. Ci, którzy wynudzili się na poprzednich seansach naprawdę nie mają czego szukać w Natsume Yuujinchou San. Ja oczywiście będę kontynuować oglądanie, choć pewnie poczekam, aż  w końcu ukaże się całość. Można się nawet spodziewać recenzji tego tytułu na blogu. W każdym razie pierwsze wrażenia – mniam, mniam.
Kolejnym wyczekiwanym przeze mnie tytułem tego kwartału był Nurarihyon no Mago: Sennen Makyou. Kontynuacja przygód Rikuo Nury i jego przyjaciół ucieszyła mnie bardzo p[o pozytywnych wrażeniach, opisanych zresztą na blogu, z serii pierwszej. Z ciekawością rzuciłam więc okiem na pierwszy odcinek serii drugiej. Od razu rzuca się w oczy, że i tym razem nie poskąpiono budżetu, animacja stoi na wysokim poziomie, z nieodłącznymi efektami CG, design postaci bardzo ładny – wszystko, co znamy z pierwszego sezonu, nic mniej. Fabularnie zdaje się zapowiadać równie ciekawie, najwyraźniej twórcy postanowili sięgnąć po wątki potraktowane poprzednio po macoszemu. Pierwszy odcinek rozbudowuje epizod z dzieciństwa Rikuo, dokładniej podając okoliczności jego pierwszej przemiany w youkai. Wreszcie też prawdopodobnie dowiemy się, co stało się z Drugim Następcą (niewtajemniczonym wyjaśniam, że chodzi o ojca Rikuo, o którym pierwsza seria nie wspominała praktycznie słowem). Trochę światła zostaje też rzucone na motywy naszego bohatera, który jak się okazuje nie zawsze był tak niechętny, by objąć pozycję Trzeciego Następcy klanu Nura. Słowem, początek jest obiecujący, a co dalej – zobaczymy. Jedynym mankamentem, po pierwszym epizodzie wydaje mi się oprawa muzyczna, openingu zaprezentowanego w końcówce odcinka nie da się słuchać bez skrzywienia. Przynajmniej ja nie mogłam. Miejmy nadzieję, że będzie to jedyny powód do narzekań... Kontynuacja tego tytułu zaklepana, recenzja raczej pewna.
I Natsume i Nurarihyon to kontynuacje, po których w dużej mierze wiadomo czego się spodziewać. Dwa zupełnie nowe tytuły przyciągnęły mnie – jeden fabułą, drugi grafiką. W przypadku Usagi drop dużo wcześniej natknęłam się na trailer filmu live, którego premiera ma mieć miejsce jakoś tak porównywalnie z wypuszczeniem na rynek wersji animowanej. Trailer mnie urzekł, historia zaciekawiła, zdecydowałam się zatem zerknąć na anime (a pewnie w przyszłości także na mangę). Hm, nie jest to dokładnie to, czego bym się spodziewała, ale pierwszy epizod bynajmniej nie okazał się rozczarowaniem. Usagi drop ma w sobie potencjał na świetną serię z przedziału gatunkowego „okruchy życia”. Daikichi jest trzydziestoletnim kawalerem, który wraca do rodzinnego domu na pogrzeb dziadka. Na miejscu okazuje się, że dziadek kilka lat przed śmiercią zafundował sobie nieślubne dziecko. Matka podrzuciła dziewczynkę jego krewnym, po czym zniknęła. Na stypie pomiędzy członkami rodziny wywiązuje się spór, kto ma zająć się Rin, w końcu pada propozycja oddania dziewczynki do domu dziecka. Oburzony postawą rodziny Daikichi, spontanicznie oświadcza, że weźmie małą do siebie. Ale co samotny, przyzwyczajony do niezależności  mężczyzna może wiedzieć o wychowaniu dziecka? Seria posiada nietypową, jakby specjalnie niedbałą grafikę, utrzymaną w pastelowych kolorach. Spokojny tok narracji, zawiązująca się niespiesznie fabuła i ciekawie zapowiadający się bohaterowie, to wszystko zachęca, by bliżej przyjrzeć się temu anime. Usagi drop zanosi się na bardzo przyjemną serię, nie tylko dla oka, również dla ucha. Kompozycje ze ścieżki dźwiękowej pierwszego epizodu brzmią przyjaźnie dla ucha, a opening jest uroczy. Obejrzę na pewno i zrecenzuję.
W ten oto sposób dotarłam do serii, która – po obejrzeniu pierwszego odcinka – wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Mowa o Dantalian no Shoka. Tytuł zachwycił mnie animacją i designem postaci, w dodatku rozgrywa się w Anglii okresu międzywojnia, a ja lubię tę epokę. Oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie, co tu dużo mówić, potrafi zachwycić, choć oczywiście większość tych urzekających plenerów to dzieło komputera. Mam wrażenie - choć pewna być nie mogę, bo się na tym nie znam - że niektóre z nich, to po prostu fotografie nakładane na kadry animowane . Robi wrażenie, nie powiem. Muzycznie również jest nieźle, da się słuchać bez szkody dla słuchu, choć jeszcze nie jestem przekonana czy lubię opening, muszę go parę razy usłyszeć. Endingu na pewno nie lubię. I nie chodzi mi o dźwięk, raczej o obraz. Zrezygnowano tu z animacji, na rzecz żywych aktorów i mrocznej gotyckiej stylizacji, co w efekcie sprawia wrażenie scenek wprost wyjętych z japońskiego horroru. Co, w połączeniu z dość brutalnymi scenami z pierwszego odcinka, przekonuje, że nie jest to anime dla najmłodszych. Co mnie lekko skonfundowało, to uczucie deja vu, jeśli chodzi o bohaterów i fabułę. Młodzieniec o imieniu Hugh otrzymuje w spadku po dziadku okazały dwór i obszerną bibliotekę. Ekscentryczny starszy pan miał bowiem obsesję na punkcie książek, kolekcjonując je zapamiętale, aż powstał pokaźny zbiór rzadkich i jak się okazuje niebezpiecznych egzemplarzy. Istnieją bowiem książki, które w nieodpowiednich rękach mogą stać się przyczyną śmierci, zmieniając fikcję w rzeczywistość. powołując do życia światy, które opisują. Strażniczką owego niebezpiecznego księgozbioru jest Dantalian – tajemnicze dziewczę, na które Hugh, trafia tuż po przybyciu do majątku dziadka. No dobrze, fabuła nie jest pozbawiona potencjału, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że Dantalian to imię jednego z najpotężniejszych demonów w okultyzmie. Ale to, że ma on postać gotyckiej lolitki, której design aż za bardzo przypomina Alice z Pandora Hearts, a na dodatek miejsce i czas akcji, oraz duet postaci jakby żywcem przejęte są z Gosick – trudno się chyba dziwić moim mieszanym uczuciom. Póki co ocena pierwszego epizodu oscyluje pomiędzy „niezłe” a „wtórne” i chyba muszę obejrzeć jeszcze jeden, dwa odcinki, zanim zdecyduję, co dalej z tym anime. Kwestia Dantalian no Shoka pozostaje więc otwarta.  Tak oto prezentują się moje plany anime’owe po zerknięciu na premierowe odcinki. Najbliższy sezon mam już chyba zapełniony. I uważam, całkiem interesująco się zapowiada ^^

poniedziałek, 23 maja 2011

Joe Hisaishi w Krakowie

Inauguracja 4 Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie rozpoczęła się od koncertu Joe Hisaishiego, japońskiego kompozytora, dyrygenta, pianisty i aranżera, w wolnym czasie zaś fotografa amatora. Mówi się o nim „nadworny muzyk Hayao Miyazakiego” - istotnie współpraca ze Studiem Ghibli i z najbardziej uznanym reżyserem japońskiej anime to stały punkt jego kompozytorskiej pracy. Równie znany jest z muzyki stworzonej do filmów Takeshiego Kitano. Koncert w Krakowie był jego pierwszym występem w Europie, przygotowania i zabiegi, by mógł wystąpić na FMF  trwały niemal dwa lata i ostatecznie zakończyły się sukcesem. Dzięki czemu publiczność zebrana w hali ocynkowni ArcelorMittal Poland w czwartek 19 maja 2011 roku mogła przywitać kompozytora gromkimi brawami. Szeroko uśmiechnięty, niewysoki, króciutko ostrzyżony Japończyk przywitał się w swoim rodzimym języku, dziękując w miłych słowach orkiestrze i chórom, z którymi przyszło mu współpracować. Współpraca musiała układać się nieźle, bo w wypowiedzi maestro kilkakrotnie pojawiało się słowo subarashii – wspaniały. Do publiczności zwrócił się także z angielskimi słowami Please, enjoy the music! Życzenie to spełniło się w stu procentach, koncert był niewątpliwym przeżyciem, z którego słuchacze czerpali radość i przyjemność. Kompozytorowi, tego wieczoru w roli dyrygenta i pianisty, towarzyszyła orkiestra Sinfonietta Cracovia, Chór Pro Musica Mundi, Chór Chłopięcy Filharmonii im. K. Szymanowskiego w Krakowie oraz polska sopranistka Wioletta Chodowicz.
Zaczęło się od  utworów ze ścieżki dźwiękowej do anime Nausicaa z Doliny Wiatru, którą to ścieżkę sobie wyjątkowo cenię. Pierwsze dźwięki openingu do „Nauśki” to motyw niezwykle malowniczy, potem zaś nastąpiło urzekające „lalala”, które fani księżniczki z Wind Valley doskonale kojarzą oraz melancholijne brzmienie fletu, towarzyszące Nausicaa Requiem. Soundtrack do Nausicaa of the Wind Valley to wyjątkowa, piękna muzyka. Dźwiękowi towarzyszył pokaz fragmentów z anime i filmów, do których utwory prezentowano. Ogromny plus dla organizatorów, sceny były rzeczywiście bardzo dobrze dobrane, znakomicie korespondowały z muzyką. Po pięknej Nausicai orkiestra pod kierunkiem Hisaishi-sana zagrała motywy ze ścieżki do Mononoke Hime – muzyki z tego anime nie mogło zabraknąć na koncercie. Sopran pani Wioletty Chodowicz bez trudu sprostał wymaganiom przepięknej kompozycji Princess Mononoke Theme Song śpiewanej po angielsku, a oryginalnie w wykonaniu Yoshikazu Mera.
Kompozycje z anime studia Ghibli były zaledwie przygrywką do dalszych wspaniałych wrażeń muzycznych. W programie nie zabrakło najbardziej rozpoznawalnych motywów z filmów i anime, jakie Hisaishi-san zdołał stworzyć. Zagrano kompozycje z z filmów Takeshi Kitano: Hana –bi, Brother  czy Kids return, sympatyczną i wywołującą szeroki uśmiech na twarzy melodię z Kikujiro no natsu Summer. Orkiestra wykonała także chwytającą za serce AveMaria z oscarowego Okuribito. Ponadto pojawiła się muzyka z ostatniego dzieła „filmowego” Joe Hisaishiego – naprawdę dużej urody kompozycja z Akunina.  Wszystko to oczywiście ilustrowane scenami z odpowiednich filmów.
Zabawnym akcentem koncertu była muzyka do niemego filmu Generał z udziałem Bustera Keatona. Fragmenty filmu rozbawiły publiczność, zaś dźwięki zachwyciły.
Najbardziej wzruszającym momentem wieczoru była prezentacja utworu z filmu Akunin zatytułowanego Your Story, który ilustrował krótki filmik o ostatnim trzęsieniu ziemi i był swoistym podziękowaniem za pomoc oraz wsparcie jakie świat udzielił Japonii w tych trudnych dniach. Połączenie przepięknej kompozycji i obrazów zrujnowanego kraju, w którym ludzie jednak nie tracą nadziei i wciąż potrafią się uśmiechać – jestem pewna, że niejednemu z widzów/słuchaczy łzy zakręciły się wówczas w oczach.
Zakończeniem programu był powrót do anime. Nie zabrakło pięknej muzyki ze Spirited Away: W krainie bogów czy rozkołysanych, z lekka melancholijnych motywów z Ruchomego zamku Hauru.
Pojawiły się także pełne radości i pozytywnej energii utwory z Ponyo on the cliff  oraz wesołe Tonari no Totoro ze ścieżki dźwiękowej do bodaj najbardziej lubianego dzieła Miyazakiego i studia Ghibli. W obydwu mogły wykazać się chóry, a zrobiły to znakomicie i z sercem. Utwory te były idealnym wręcz zwieńczeniem trwającego ponad dwie godziny koncertu. Publiczność zgotowała dyrygentowi i artystom owacje na stojąco. Z pewnością były one zasłużone. Joe Hisaishi dyrygował orkiestrą niemal nie przestając się uśmiechać, płynnie przechodząc od dyrygowania do gry na fortepianie, cały czas sprawiał zaś wrażenie, że on sam ma z występu równie wielką frajdę, co publiczność. Przyjemnie uczestniczyć w czymś, co czynione jest z pasją, a i samym twórcom sprawia niekłamaną radość.
Jedynym zakłóceniem wspaniałej atmosfery wieczoru okazał się powrót z koncertu, krakowska MPK nie potrafiła zorganizować żadnego dodatkowego transportu dla tysiąca osób, które po zakończonym późnym wieczorem festiwalu musiały na własną rękę organizować sobie powrót do domu.
Ogółem jednak jest co wspominać i co rozpamiętywać. Koncertowe kompozycje wciąż nie chcą wyjść z głowy, nucę je pod nosem, a lista odtwarzania obejmuje od kilku dni wyłącznie muzykę Joe Hisaishiego. Koncert sprawił mi ogromną radość i doprawdy, kto nie był, niech mocno żałuje! 

Zdjęcia pochodzą ze strony stopklatka.pl

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Bright & Shiny

Zrealizowana na podstawie powieści i popularnej mangi anime, która w ubiegłym roku wyszła ze stajni FUNanimation Enternaiment zwróciła moją uwagę przede wszystkim olśniewająca grafiką. Dla strony wizualnej złamałam swoją zasadę nie oglądania żadnych trwających serii (obecnie zresztą łamię ją nagminnie, więc nie wiem czy można to jeszcze uznać za zobowiązujące ^.~). Obejrzawszy pierwszy odcinek poczułam zdecydowaną i nieodpartą ochotę na więcej.
Ryner Lute jest leniwym i stale szukającym okazji do drzemki studentem Specjalnej Królewskiej Akademii Wojskowej Rolandu. W wyniku wojny, większość jego szkolnych kolegów ginie, sam zaś Ryner okazuje się być posiadaczem tajemniczej i przeklętej mocy określanej jako Stygmat Alpha. Uwięziony w królewskich kazamatach, zostaje uwolniony przez Siona Astala, przyjaciela z Akademii, który po zakończeniu działań wojennych przejął władzę w kraju i stał się królem-bohaterem. Idealista, pragnie uczynić Roland królestwem pokoju, szczęścia i bogactwa. W tym celu wysyła Rynera w towarzystwie pięknej wojowniczki Ferris na poszukiwania magicznych artefaktów pozostałych po Legendarnych Bohaterach...
Densetsu no yuusha no densetsu ma wszystko to, co powinno uczynić z niego anime idealne – zawikłaną fabułę, ciekawych i licznych bohaterów, wspaniałą oprawę graficzną. Przy wszystkich tych zaletach nie jest jednak serią idealną, więcej – ma szereg wad, które nie pozwalają obiektywnie zaklasyfikować jej nawet do serii zwyczajnie dobrych. Na czym rzecz polega, już wyjaśniam.
Przede wszystkim fabuła. Zaczyna się to wszystko istotnie bardzo pięknie i intrygująco – z biegiem czasu wątki zapętlają się w całkiem obiecujący sposób, tworząc interesującą fabularną mozaikę. Co z tego? W którymś momencie widz zaczyna zdawać sobie sprawę, że niektóre ścieżki fabularne zmierzają donikąd. Sprawa poszukiwania legendarnych artefaktów z powodzeniem mogłaby zostać wycięta, nie wnosi praktycznie niczego do anime, za wyjątkiem kilku wątpliwej jakości gagów i postaci, które tak czy siak będą miały drugie wejście. Wreszcie dla licznie wprowadzonych wątków pobocznych zabrakło zwyczajnie czasu antenowego – tak rozbudowanej fabuły serial zwyczajnie w 24 odcinkach nie pomieścił. W rezultacie konia z rzędem temu, kto ogarnie o co tu i komu tak naprawdę chodzi? W gąszczu intryg gubi się gdzieś przyczynowość. Sprawą drugą są równie licznie zaprezentowani bohaterowie. Jest to jednocześnie zaleta jak i wielka wada tej serii. Zaleta, bo postaci są ciekawe, a ich charaktery mocno zróżnicowane, w rezultacie można wybierać i przebierać w sympatiach. Ale tutaj również zabrakło czasu antenowego, by oddać każdemu z  bohaterów, co się mu należy. Szczególnie postaci drugoplanowe bardzo na tym tracą, a już po pobieżnym spojrzeniu widać, że warte są uwagi, kto wie czy nawet nie bardziej niż te główne. Nic tak nie irytuje jak zmarnowany potencjał. Kolejną kwestią, która zliczam do minusów serii jest nadmiar patosu. Wielokrotnie jest on łagodzony humorystycznymi wstawkami, to fakt, ale gdy już się skumuluje, dramatyzm scen rozstrzygających niebezpiecznie przekracza dawkę, która można strawić. Może akurat w tym przypadku jestem odrobinę przeczulona ^^ Następny minus na liście związany jest z... grafiką. Tak, tak, wiem, że na początku tego posta określiłam ją jako „olśniewającą”. I podtrzymuję tę opinię. Nie, nie przeczę sama sobie. W tym punkcie chodzi mi o niesamowitą ilość witraży. Densetsu jest pod tym względem przeładowane, co skłania mnie do zastanowienia, który z twórców miał na tym punkcie obsesję? Szczególnie Sion przedstawiany jest ciągle i do obrzydzenia w tęczowych poblaskach. Nie mam nic przeciwko kolorom i blikom, ale parafrazując przysłowie – nadmiar jest wrogiem dobrego! Skrytykowawszy element grafiki, skądinąd rzeczywiście zachwycającej, nie sposób nie przyczepić się do oprawy muzycznej. A ta nie dorasta do zamierzeń twórców i oczekiwań widza. Ani pierwszy opening LAMENT ~Yagate Yorokobi wo~ śpiewany przez Yuuki Aira, ani drugi Last Inferno w wykonaniu Ceui nie zachwycają, nie budzą emocji, nawet tych negatywnych – są tak bardzo przeciętne i niczym się nie wyróżniające. Z kolei pierwszy ending Truth Of My Destiny w aranżacji Ceui i drugi Hikari no Firumento śpiewany przez Takagaki Ayahi mają ładne teksty, ale również przeciętną melodię, która kompletnie nie zapada w pamięć. Oprawa dźwiękowa poza scenami dramatycznymi, gdzie mamy chórki i podniosłe tony, jest praktycznie niezauważalna i nie wyrasta ponad tło rozgrywających się zdarzeń. No dla uczciwości, trzeba wspomnieć o Energy, piosence śpiewanej gdzieś przy końcu serii w tle, która jedyna zapadła w pamięć. Również wykonywana przez Ceui.
No tak, przeczytawszy wszystko powyżej nasuwa się tylko jeden wniosek – kompletnie niewarte czasu. Można by wręcz odnieść wrażenie, że recenzentka za punkt honoru postawiła sobie bezlitosną krytykę omawianego anime. Tymczasem, nic podobnego. Sumiennie wyliczywszy wady produkcji, mogę się teraz skupić na jej zaletach, bo wbrew pozorom, takowe również posiada ^^ A do nich należy zaliczyć rewelacyjne postaci, które zaludniają świat Densetsu. Miałabym duże trudności ze wskazaniem faworyta, bo większość bohaterów przykuwa uwagę – cechami charakteru czy kierunkiem, w którym zmierzają jego losy. Są oczywiście też i takie, które pełnią wyłącznie rolę ozdobników (Noa, Milk, Iris), ale większość to intrygujące, warte poznania osobowości. Szkoda, że nie do końca rozwinięte.
Jak już wspomniałam wyżej do anime przyciągnęła mnie grafika. „Bright & Shiny” takimi słowami Rudzielec określiła kiedyś Rynera, ale jest to też fraza, która idealnie opisuje oprawę graficzną Densetsu. Animacja trzyma wysoki poziom, a design postaci jest po prostu prześliczny, a główną jego zaletą jest to, że bohaterowie (z kilkoma wyjątkami) wyglądają normalnie, a nie jak poddane kuracji hormonalnej przedszkolaki. Przesłodzony rysunek oczu i sylwetki nie wchodzi w grę. Ładnie dopracowane są tła, na krajobrazy i architekturę przyjemnie popatrzeć. Barwy i kolorystyka zwykle bardzo nasycone, w scenach walk zostają stonowane, a w momentach, gdy Ryner używa swojej mocy są monochromatyczne – utrzymane głównie w czerni i czerwieni. Gdyby nie nadmiar wątków, również fabuła byłaby mocnym punktem serii. Zapętlona, nieprzewidywalna, rozwijająca kolejne wątki – intryga goni intrygę, działania bohaterów determinowane są przez ruchy, które wykonują przeciwnicy, zdarzenia często przybierają niespodziewany obrót, a plany rozbijają o niespodziewane sploty wypadków. Taka wielowątkowość i mnogość intryg przykuwa do ekranu, niestety, wymknęło się to twórcom spod kontroli.
Zebrawszy wszystko razem, można mi zarzucić sprzeczność wypowiedzi, nieprawda? Ale takie właśnie jest Densetsu. Zalety są równocześnie wadami i na odwrót. Gdybym miała się pokusić o jedno słowo, którym można by określić to anime byłoby to słowo: nadmiar. Realizując ten tytuł przedobrzono niemal w każdym aspekcie: ilości wątków, bohaterów, elementów grafiki. A mimo wszystko ośmielę się zachęcić do sięgnięcia po serię, przede wszystkim osobom, które lubią przygodowe fantasy. Densetsu wprawdzie ma sporo zmarnowanego potencjału, w dalszym ciągu jednak pozostaje całkiem interesującym anime ze znakomitą grafiką.

wtorek, 22 marca 2011

Youkai pełna chata


Kolejny zwariowany dzień w Ukiyoe! Kiyo-kun uparł się, by całą naszą paczką wyruszyć po zmroku do opustoszałego gmachu szkoły. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, ten budynek roi się od youkai, ale przyjaciele zupełnie nie chcieli mnie słuchać. Oczywiście, omal nie doszło do wypadku, na szczęście Tsurara i Aotabou czuwali i nikomu nie stało się nic złego. Przy czym omal nie zdradziłem się ze swoim drugim ja – to by dopiero było! Co by powiedzieli moi przyjaciele, gdyby ujrzeli moją demoniczną formę? Udało się tego jednak uniknąć. Niemniej kiedy dziadek dowiedział się o całej eskapadzie znów nie dawał mi spokoju, z tą całą sprawą, żebym został Trzecim Następcą i zajął jego miejsce jako głowa rodu. No dajcie spokój, chcę sobie normalnie żyć jako zwykły człowiek, co z tego, że jestem w ¼ youkai? Nie, dziadku, nie poprowadzę Nocnej Parady Demonów i nie, nie zostanę Trzecim Nurarihyonem!
Takie oto stanowcze opinie wypowiada bohater Nurarihyon no mago - Rikuo Nura, trzynastolatek, w którego żyłach płynie ćwiartka krwi demona. Mimo przynależności do potężnego klanu Nura, panującego na tysiącami demonów, oraz planów dziadka, by wnuk kiedyś zajął należne mu miejsce jako jego następca, Rikuo zupełnie nie ma zamiaru podążać tą ścieżką. Jest zupełnie zadowolony z życia zwykłego gimnazjalisty, otoczonego kręgiem zgranych przyjaciół – tych ludzkich i tych youkai, pragnąc zachować przynależność do obydwu światów i nie musieć z żadnego zrezygnować. Zmieni jednak zdanie, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z silnym, bezwzględnym wrogiem, który pragnie obalić dominację klanu Nura i przejąć władzę nad demonami w Ukiyoe, co oznacza zagrożenie nie tylko dla youkai, ale i dla ludzi.
Wrażenia z serii mam niemal wyłącznie pozytywne. Bardzo dobrze zarysowani bohaterowie, od głównych po tych z dalszego planu, bez zbędnych traum i tragicznych przeszłości, całkiem normalni, jeśli pominąć drobny szczegół, że większość z nich to youkai ^^ Można by się przyczepić do braku kilku wątków w anime (jak choćby kwestia zupełnej nieobecności ojca Rikuo), ale to marginalna sprawa. Generalnie jest to anime idealnym przedstawicielem swojego gatunku – shonen jak się patrzy! Bardzo zgrabnie poprowadzona fabuła, bez zbędnych przestojów, sympatyczni, zróżnicowani bohaterowie – w tym cała galeria barwnych postaci youkai, istny przegląd japońskiej demonologii. Zaś sam Rikuo w swej demonicznej wersji sprawia, że dziewczynie miękną kolana... choć doradzałabym mu zmianę fryzjera ^^ Historia nie jest szczególnie skomplikowana, ale umiejętnie poprowadzone wątki i odpowiednio dozowane napięcie sprawia, że całość potrafi skutecznie wciągnąć.
Oprawa graficzna jest piękna. Rozbudowane tła, bardzo ładny design postaci, dopracowane wnętrza – animacja jest na wysokim poziomie, choć i tu nie obejdzie się bez mojego marudzenia. Wspominałam niejednokrotnie, że nie jestem zwolenniczką techniki 3D, której użycie często mnie razi. Owszem kwitnącemu drzewu wiśni nie sposób odmówić urody, ale jednak jest sztuczne – widać to najlepiej w porównaniu z seriami z lat 80-tych, gdy o efektach CG jeszcze nie słyszano, a jednak animatorom udawało się oddać piękno kwiecia sakury w całej jego pełni. Tak, jest to moja czepliwość i większości widzów pewnie spodobają się przejścia w 3D, zastosowane w omawianym tu anime. Z pewnością robią wrażenie, ale ja jednak jestem fanką tradycyjnej estetyki ^^ W każdym innym aspekcie grafika Nurarihyona jest więcej niż przyzwoita. Odrobinkę rozczarowuje choreografia walk, dużo tu efekciarstwa, a mało faktycznej walki, jak na shonen, ale cóż – nie każde anime może pochwalić się takimi cudeńkami w tej kwestii, jak to było chociażby w Seirei no moribito. Nie bądźmy nudnymi perfekcjonistami ;-)
A wielkim plusem jest muzyka. W ciągu całej serii mamy dwie czołówki i dwa endingi. Pierwszy opening to utworek Fast Forward, w wykonaniu formacji Monkey Majik – świetna, rytmiczna piosenka, której odsłuchiwanie długo się nie znudzi, a do tego sympatyczna grafika. W drugim openingu absolutnie się zakochałam Sunshine w wykonaniu tego samego zespołu zapadł mi w serce – bardzo optymistyczny, pozytywny kawałek (aktualnie ustawiony w komórce służy mi za budzik, nie ma to jak dobrze zacząć dzień! ^^) . Drugi opening jeszcze bardziej podoba mi się pod względem graficznym, pięknie skomponowany, obraz idealnie współgra z muzyką. Obydwa endingi również przedstawiają się bardzo sympatycznie. Zarówno Sparkly Start jak i Symphonic Dream są brzmieniowo dość podobne, to miłe popowe piosenki, z pewną dozą mroczniejszego klimatu, graficznie są natomiast zrealizowane według tego samego pomysłu – Kana, Tsurara i Yura w wersji chibi śpiewają i tańczą. Jest to i sympatyczne i zabawne, ponieważ ich układ choreograficzny wygląda jak typowy występ j-popowego girlsbandu. Obydwie piosenki wykonywane są przez seiyuu tych bohaterek, które utworzyły trio nazwane Katate SIZE. W innych partiach serii muzyka jest również dobrze skomponowana, nieźle brzmią kawałki użyte jako tło do scen walk – służą jako idealne uzupełnienie grafiki, ale równocześnie zaznaczają się jako więcej, niż tylko kontekst.
Po długim namyśle znalazłam jedyną rzecz, którą mogłabym uznać za większą wadę Nurarihyon no mago. Jest to zbyt gładkie poprowadzenie głównego bohatera. Nurarihyon praktycznie nie popełnia błędów i nie ponosi żadnej porażki, co w rezultacie pozbawia finał pewnego dreszczyku emocji, od początku widz doskonale wie, kto zwycięży. Pytanie co najwyżej stanowi „jak?” I tak, jest to największy zarzut jaki mogłabym postawić serii ^^ Drobiazg, prawda? Który absolutnie nie zmienia ogólnego wrażenia, a to jest bardzo dobre! Jako anime w swoim z gatunku Nurariohyon no mago zdobyło sobie moje pełne uznanie. Podobało mi się, nie zawaham się stwierdzić, że to jedna z lepszych serii 2010 roku i mieć nadziei na więcej, mimo rozwiązania wątków. Szczególnie, że manga autorstwa Hiroshiego Shiibashi wciąż wychodzi. Nadzieja zresztą nie jest tak całkiem bezpodstawna, na MAL pojawiła się zapowiedź drugiego sezonu, na ile wiarygodna – zobaczymy. Jak będę mieć niedosyt, sięgnę po mangę. Papierowa wersja opinie ma rewelacyjne. A póki co animowaną polecam, polecam, polecam. Oceniam Nurarihyon na solidną siódemkę. Z dużym plusem. Znakomicie spędziłam czas, oglądając to anime.
A w ogóle podziękowania się należą Jeżowi, bo mi przypomniała swego czasu o tym tytule ^^

sobota, 12 marca 2011

Bez serc, bez ducha...

W zasadzie zastanawiam się, co skłoniło mnie do sięgnięcia po ten tytuł? Oprócz chętki na shonen ai, wiadomo. Ach tak. Motywacja była zupełnie banalna – długowłosy bisz w okularach rzucający powłóczyste spojrzenie z jakiegoś znalezionego w Sieci obrazka. Uznałam, że seria ma już jeden plus – jest na czym oko zawiesić. Dla estety to wcale niemało ^^ Niestety prawda i nauczka okazała się bolesna – nie oceniaj anime po jednym biszu.
Rzecz rozgrywa się w świecie, w którym najwyraźniej ludzkość zmiksowała swoje geny z kocimi. W rezultacie do momentu utraty dziewictwa, ludzie posiadają dodatek w postaci kocich uszu i ogona. Hm, jak dla mnie pomysł nieco... krępujący, wziąwszy pod uwagę wszystkie społeczne implikacje, ale niechże sobie będzie. Licentia poetica i tak dalej. Ritsuka Aoyagi to dwunastolatek, który niedawno zmienił szkołę. Jest zamknięty w sobie, nieufny i opryskliwy. Trudno się jednak temu dziwić, życie go nie rozpieszcza. Niedawno w niejasnych okolicznościach stracił ukochanego starszego brata, a jego matka wykazuje objawy psychozy, w rezultacie czego chłopiec nieraz oberwie, a potem musi tłumaczyć się z plastrów i bandaży. Można by wręcz pomyśleć, że wyjątkowa z niego niezdara, tak często z jego ust padają słowa ”Przewróciłem się” czy „Wpadłem na coś”. Brzmi oczywiście jak typowa ofiara przemocy domowej i aż dziw, że nikt do tej pory nie zwrócił na to baczniejszej uwagi. Ponadto Ritsuka cierpi okresowo na amnezję, stąd namiętnie wszystko fotografuje, by zachować jakiekolwiek wspomnienia. Wziąwszy do tego zamiłowanie do lektury dzieł Nietzschego trudno się dziwić jego neurotycznej i pozbawionej optymizmu naturze. Pewnego dnia przed Ritsuką pojawia się piękny, długowłosy mężczyzna, który beznamiętnym głosem oznajmia, że go kocha i że od tej chwili zostanie jego Wojownikiem. Przedstawia się jako Soubi Agatsuma i należy do organizacji Siedem Księżyców, której członkowie walczą w parach Wojownik-Ofiara. Zarówno Soubi jak i Siedem Księżyców łączy wiele z bratem Ritsuki – Seimeiem, który jak się okazuje miał przed swoją rodziną sporo sekretów.
     Anime sprawia wrażenie jakby scenariusz do niego pisała osoba na potężnym kacu. Wszystko tutaj „rozłazi się w szwach”. Całość opiera się na w gruncie rzeczy ciekawych, ale niestety niedokończonych pomysłach. Tak jakby twórcy zebrali się, zrobili burzę mózgów, a potem beż żadnej obróbki wrzucili wszystko do jednego kotła, zamieszali i voila! Wyszło Loveless ^^ Mamy zatem jakąś tajemniczą organizację (skąd się wzięła i po co istnieje tego nawet twórcy nie wiedzą), w której najwyraźniej toczy się walka o wpływy. Mamy wojowników, którzy walczą – zawsze w parach – jaki jest jednak cel ich działań, widz może zgubić się w domysłach. Fabułę Loveless niby posiada, jeśli tylko te zarysowane i pourywane wątki można tak określić. Budzi ona jednak co najwyżej dezorientację – widz widzi, że coś się na ekranie rozgrywa – ale po co, dlaczego, do czego zmierza? Tajemnica.
Loveless jest dramatem. W całym negatywnym wydźwięku tego słowa. Takiej dawki idiotyzmu dawno już w anime nie widziałam i pod tym względem seria ta może z powodzeniem konkurować z Uraboku (choć prześcignąć go raczej nie prześcignie, Uraboku wygrywa ilością odcinków – w 26 epizodach mimo wszystko można zamieścić więcej bzdur niż w 12). W dodatku wielki, spodziewany plus serii okazał się największym rozczarowaniem. Soubi jest po prostu niebywale irytujący, na dodatek wykazujący zbyt wiele objawów shoutaconu. No dobrze ja rozumiem, wymogi gatunku, shounen ai, nawet lekką perwersję jestem w stanie przyjąć, ale na litość, Ritsuka ma tylko 12 lat! Dla mnie to już pachnie zboczeniem, gdy dorosły facet klei się do dzieciaka. Gdybyż Ritsuka miał choć te szesnaście wiosen, nie wydawałoby mi się to wszystko tak bardzo nie na miejscu. A tak – budzi we mnie niesmak. Pozostali bohaterowie też wydają się jacyś mało przekonujący, choć kilka postaci drugoplanowych może wzbudzić iskrę sympatii.
     Pewnym pocieszeniem jest grafika. Naprawdę przyzwoita z ładnie skomponowanymi przejściami w komputerowy trójwymiar i ślicznym designem postaci. Jest na co popatrzeć. Muzyka z kolei niezbyt mi się spodobała. O ile jeszcze Tsuki no Curse w wykonaniu Reiki Okina brzmi w moich uszach znośnie (co najwyżej znośnie), to ending Michiyuki wyśpiewany monotonnym głosem Kaori Hikita przyprawił mnie o potężny atak ziewania. Muzyka jednak to w tak ogromnej mierze rzecz gustu, że z przyjmowaniem cudzych opinii trzeba być tu ostrożnym ^^ Reszta ścieżki dźwiękowej niczym nie przykuwa uwagi i rozpływa się gdzieś w animowym tle.
     Loveless ma właściwie same minusy. Plusów dopatrzyłam się tylko dwóch, jednak są one niepodważalne ^^ Po pierwsze – seria ma tylko dwanaście odcinków. Nie męczy zatem niedorzecznościami więcej niż przez cztery godziny seansu. Drugim plusem, który przytrzymał mnie przy  ekranie i sprawił, że jakoś przetrawiłam wszystkie te nonsensy był Ritsuka. Po prostu świetny z niego dzieciak! Z miejsca zapadł mi w serce, jeden z sympatyczniejszych bohaterów z jakimi zetknęłam się w anime. Gdyby tylko dostał rolę w jakiejś innej serii... Tak, rozmarzyłam się ^^
     A tak ogólnie – obejrzeć warto czy nie? Cóż do Loveless idealnie pasuje mi stare powiedzonko „Szkoda czasu i atłasu”. Ja zdecydowanie odradzam. Gdybym zaczęła zapoznawanie się z gatunkiem od tego anime nabawiłabym się z pewnością trwałego urazu...

niedziela, 20 lutego 2011

Męska rzecz czyli... koronki, falbanki i trochę różu?

     Touru Kono na skutek osobistych problemów musi się przenieść do nowej szkoły w środku semestru. Placówka, do której zdecydował się zdawać ma świetną opinię, osiąga wysokie notowania we wszelkiego typu rankingach i jest wyłącznie męska. Więc skąd już pierwszego dnia Touru natyka się na piękną dziewczynę w stroju gothic lolitki? W dodatku w szkole zostaje przyjęty aż nazbyt entuzjastycznie, a rzucane mu zachwycone spojrzenia jakoś budzą niezbyt dobre przeczucia... Tajemnica szybko zostaje wyjaśniona. Otóż w szkole działa coś, co określa się jako Hime System. Spośród uczniów zostają wybrani chłopcy o wyjątkowej, delikatnej urodzie. Zostają wdrożeni w program i przebrani za dziewczyny służą za coś w rodzaju szkolnych maskotek. Do tej pory jako księżniczki działali Yuujiro Shihoudani i Mikoto Yutaka. A ponieważ Touru wyróżniający się swoim dziewczęcym typem urody idealnie nadaje się na trzecią księżniczkę, Rada Uczniowska (która w szkole ma dużą swobodę działania) na czele z jej przewodniczącym Shuyą Arisadą zdecydowała, że dołączy on do księżniczkowego dormitorium. Touru początkowo degustowany i nieco przerażony szybko zmienia zdanie. Przyczyną tego nie jest wcale dobrowolny przymus (Rada ma moc i władzę nie klasyfikować ucznia, który nie zgodzi się pełnić obowiązków księżniczki), ale całkiem niezła sumka, jaką każda hime dostaje za swoją pracę. A budżet przeznaczony na System Księżniczek jest naprawdę imponujący. Czyżby w naszym bohaterze obudził się materialista?
No dobrze, tylko co w ogóle robi taka księżniczka? Ogólnie rzec by można: roztacza czar. Dopinguje zespoły, motywuje uczniów, porusza się z wdziękiem, przesyła pocałunki i służy za coś w rodzaju buforu dla szkolnych konfliktów i starć. Ostatecznie w szkole pełnej dorastających chłopców mogłoby zajść do sporo całkiem nieprzyjemnych zdarzeń. Księżniczki, skupiając na sobie uwagę i stając się obiektem westchnień i fantazji – niwelują napięcie. Touru szybko znajduje wspólny język z Yuujiro (który ze swoimi długimi blond włosami niewiele musi robić, by zostać wziętym za kobietę – w gruncie rzeczy ładniejsza z niego dziewczyna niż chłopak ^^) i razem usiłują spacyfikować Mikoto, który ze wszystkich sił opiera się odgrywaniu roli princessy. Touru szybko „łapie” atmosferę nowej szkoły i wydaje się, że przez większość czasu znakomicie się bawi, ale co tak naprawdę ukrywa za sympatycznym uśmiechem?
     Fabuła Princess Prinsess kręci się głównie wokół Księżniczkowego Tria, chłopcy poznają się bliżej, nawiązują więzy przyjaźni i wspierają wzajemnie. Każdy z nich ma swoje problemy osobiste – Yuuijiro ucieka od rodziny i poczucia wyobcowania, Mikoto za wszelką cenę chce ukryć przed swoją dziewczyną fakt, że w szkole paraduje ubrany w damskie ciuszki (wcale się nie dziwię, też bym nie chciała wiedzieć, że mój chłopak wygląda w damskiej wersji lepiej niż ja ^.^). Z kolei Touru również traktuje rolę księżniczki jako odskocznię od własnych rodzinnych kłopotów. A te są poważne. Bohaterowie Princess Princess to bardzo sympatyczna zbieranina charakterów. Od miłego, ujmującego Touru, nieco złośliwego Yuujiro, głośnego, odrobinę niezdarnego Mikoto, aż po bohaterów pobocznych: braci Sakamoto, Arisadę, radę uczniowską, Megumi i przebojową siostę Mikoto.
     Animacja przedstawia się raczej przyzwoicie, choć nie jest to jakiś szczególnie powalający poziom grafiki. A nawet, jeśli się dobrze przyjrzeć, widoczne są pewne niedoróbki (Touru w kilku scenach wygląda jakby miał obustronnego zeza). Nie jest to jednak coś nad czym trzeba jęczeć, lamentować i zgrzytać zębami. No może poza perfekcjonistami i specjalistami, którzy znają się na technice graficznej obróbki. Mogłabym właściwie przyczepić się do kolorystyki – zbyt cukierkowej jak na mój gust, ale mi się nie chce ^.~
Muzyka również przedstawia się na poziomie średnim. Raczej przyjemny popowy kawałek, który wykorzystano w openingu Kimi to Deatte Kara wykonany przez Atsushi Miyazawę wpada w ucho, ale na dłużej w nim nie zostaje. Odrobinę bardziej podobał mi się ending (także graficznie) Hohoemi o Agetai śpiewany przez tajemniczą formację team-F. I właściwie jest to wszystko, co można o ścieżce dźwiękowej do tego anime powiedzieć. Z pewnością  w trakcie jakieś brzmienia występują, ale nie udało mi się ich zarejestrować. Idealnie widać wtapiają się w tło ^.^
      Princess Princess odebrałam jako przyjemną, niezbyt wymagającą serię. Chyba określenie „sympatyczna” jest tu najwłaściwsze. Sam pomysł z lekka ryzykowny wykorzystano całkiem sprawnie, a twórcy nie przekroczyli granicy dobrego smaku – i chwała im za to. W dodatku został całkiem przekonywująco umotywowany, a to jest już pewną sztuką przekonać widza, że przebieranie chłopców za panienki ma głębszy sens ^.~ Humor miesza się tu z akcentami nieco bardziej dramatycznymi, ale punkt ciężkości nigdy się nie przesuwa – scenarzyści cały czas mają na uwadze, że to komedia, nie dramat. To również liczy się na plus.
W sumie Princess Princess przedstawia się jako lekka, zabawna i miła w odbiorze anime. Dla mnie osobiście jeden z sympatyczniejszych tytułów z gatunku shonen ai z jakim się zetknęłam. Zaraz, zaraz... to było shonen ai?!?! 
(Wątpliwości „Ałtorki” są uzasadnione. W całej serii mamy jedną jedyną scenę pocałunku, w dodatku udawanego, a oprócz tego bohaterowie przez większość czasu usiłują umówić się na randkę z przedstawicielkami płci przeciwnej. To, że sami są brani za dziewczyny - nawet w męskich mundurkach - specjalnie im sprawy nie ułatwia).
No cóż. Whatever. A serię polecam. Miło się ogląda.

wtorek, 8 lutego 2011

A może by tak jakąś mangę?


Przeglądałam sobie stojące na mojej półce mangi – ot, tak mnie natchnęło – wzięłam do ręki „X” i się mi jakoś zatęskniło za Clampem. Zespół rysowniczek ukrywający się pod tym pseudonimem ma na swoim koncie sporo dziełek, takich jak Lavenda lubi – zakręconych fabularnie, z piękną kreską i bohaterami, do których łatwo się przywiązać. Część z nich zekranizowano, niektóre nigdy przeniesienia na ekran się nie doczekały. W wersji papierowej pozostało sporo starszych prac Clampa, postanowiłam więc sobie ich poszukać i w ten sposób trafiłam na Gohou Drug. Tytuł ten funkcjonuje także jako Legal Drug czy Lawful Drug – chodzi dokładnie o tę samą mangę. Historia ta zaliczana jest do nurtu shonen ai (ekhm, proszę nie rzucać mi znaczących spojrzeń, to był przypadek ^^) i ostatni jej tom został wydany w 2005 roku. Ostatni, ale nie ostateczny, o czym później. Ilustratorką odpowiedzialną za ten tytuł jest Mick (Tsubaki) Nekoi, która stworzyła także „Wish” oraz „Suki Dakara Suki”.
Wbrew tytułowi, manga nie dotyczy narkotyków. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy Kazehaya Kudo zostaje znaleziony na zaśnieżonej ulicy i uratowany od zamarznięcia przez Rikuo Himurę. Ten tajemniczy młodzieniec zanosi chłopaka do miejsca, gdzie aktualnie mieszka i pracuje – apteki zwanej Green Drugstore, której właścicielem jest Kakei. Ten jednak nie robi nic za darmo. Młody Kazehaya musi zarobić na mieszkanie i jedzenie, stąd też nie tylko zaczyna pracować w aptece, ale też dołącza do Rikuo w tajemniczych misjach, zlecanych im przez właściciela Green Drugstore. Zlecenia te bywają, oględnie mówiąc, dość nietypowe. Raz chodzi o odzyskanie książki, innym razem o złapanie kota, jeszcze innym przyniesienie starej, drogocennej wazy albo złapanie kilku niewidzialnych świetlików. A w każdej z nich chłopcy korzystają ze swoich niezwyczajnych zdolności. Tak, tak – jak to u Clampa, bohaterowie obdarzeni są pewnymi mocami. Kazehaya potrafi poprzez dotyk odczytać emocje innych ludzi, Rikuo ma zdolność podobną do telekinezy, która pozwala mu otwierać zamki i wpływać na przedmioty. Także Kakei nie jest pozbawiony nadnaturalnych właściwości – to jasnowidz z bardzo rozwiniętą intuicją.
Legal Drug wyjątkowo przypadł mi do gustu. Bohaterowie, sposób rysowania, fabuła i humor – wszystko to sprawia, że ten tytuł Clampa czyta się naprawdę przyjemnie. Powiedziałabym, że przez większość czasu to lektura gładka i odprężająca, bo zawarta w niej dawka dowcipu – głównie sytuacyjnego – zapewnia znakomitą rozrywkę. Rikuo i Kazehaya to dwa różne typy osobowości, rzecz jasna musi dojść do starcia charakterów. Misje, na które wysyła obydwu Kakei również są przyczyną wielu zabawnych zdarzeń. Ale bohaterowie posiadają też głębszą, starannie ukrywaną stronę. W przeszłości obydwu kryją się tajemnicze kobiety i nierozwikłane zagadki, a i Kakei nie należy do najbardziej otwartych osób i sporo ukrywa. Tak wiec punkt ciężkości jest tu przesunięty na humor, ale manga nie pozbawiona jest elementów dramatycznych. W odpowiednich proporcjach daje to sympatyczną mieszankę. Bohaterowie są podstawą i wielką siłą Gohou Drug. Naiwny, prostolinijny Kazehaya, chłodny i sarkastyczny Rikuo, delikatny Kakei, który za pięknym uśmiechem skrywa charakter manipulatorski i zdolny do okrucieństwa. Oraz tajemniczy Saiga, który nigdy nie rozstaje się z ciemnymi szkłami okularów, wypowiada ironiczne, złośliwe uwagi oraz pozostaje z Kakeiem w związku jasno określonej natury ^^ O nim wiadomo najmniej, poza tym, że jest mistrzem w znajdowaniu informacji. Większą część fabuły zresztą zajmuje mu klejenie się do biszonenów serii, czemu wcale się nie dziwię, sama bym się do nich kleiła, gdybym mogła ^^
Napisałam gdzieś tam powyżej, że manga ta to shonen ai, ale także i ten wątek został potraktowany z lekką dozą ironii. Raz po raz twórczyni puszcza do czytelnika oko, kpiąc sobie z gatunku – zwolenniczki pełnych napięcia i dramatu romansów męsko-męskich mogą poczuć się cokolwiek rozczarowane. Brak tu dosłowności, a większość to aluzje i zmrużenie oka. Ot, choćby takie okładki, które sugerują całkiem sporo – Kazehaya i Rikuo w mocno yaoiowatych pozach. Okładka jest ewidentnym żartem, ponieważ w żadnym z rozdziałów pomiędzy obydwoma panami nie dzieje się nic z tego co sugeruje obrazek. Podobnie jak scenki typu Rikuo pochylający się nad Kazehayą. W yaoi to moment aż proszący się o pocałunek, tutaj jednak najczęściej zostaje skwitowany jakąś złośliwą uwagą Rikuo.
Clamp ma zwyczaj łączyć swoje dziełka. Nie inaczej jest w przypadku Legal Drug. Rikuo i Kazehaya pojawiają się w Tsubasa Chronicle a także w xxxHolic. Znajomość tych tytułów nie jest jednak konieczna, by zapoznać się z mangą pani Nekoi. Ot, po prostu jeden ze smaczków.
Słówko jeszcze o stronie graficznej. Kreska pani Nekoi nie jest tak specyficzna jak sposób rysowania Mokony, ale zachowuje charakterystyczne dla Clampa cechy – postacie są chude, długonogie, z dużymi oczami. Rysunek jest raczej delikatny, tła niemal puste w porównaniu z takim X, a całość może się wydać odrobinę niedopracowana dla osób, które twórczość Clampa kojarzą głównie z X, Card Captor Sakura czy Chobits. Ale ten sposób rysowania idealnie pasuje do opowiadanej historii, która jest zabawna, ale równocześnie zawiera w sobie nutę niepokoju. Opowieść zresztą tak wciąga, że drobnych błędów w rysunku praktycznie się nie zauważa.
Summa summarum: warto sięgnąć. Bardzo ciekawi bohaterowie, interesująca fabuła z mnóstwem niedopowiedzeń, humor i klimat. Do pierwszego tomu dodano rozdział ekstra, który stawia sporo znaków zapytania, o to, kim są główni protagoniści serii i co naprawdę ich łączy? Tajemnicza uwaga Kakeia w tym dodatku tyko rozbudza apetyt na więcej ^^ Niestety, więcej póki co nie ma. W roku 2005 wyszedł trzeci tomik mangi. Wprawdzie zapowiedziano wydanie czwartego tomiku, a w 2006 roku na Anime Expo mówiono, że ten tytuł zostanie pociągnięty, ale od tamtej pory cisza. Clamp ma ciekawe, intrygujące pomysły, niestety irytujący zwyczaj porzucania swoich prac, na czas nieokreślony. Kilka tytułów jest w trakcie powstawania, a ponieważ Clamp zajmuje się coraz to nowymi projektami, wiele z nich, w tym i Gohou Drug zostaje odłożonych na święty nigdy. Wielka szkoda, bo z tego co wiadomo te dotychczas 3 wydane tomiki, to zaledwie 1/5 całej historii. Ale moim zdaniem i tak warto. Nawet, jeśli to wciąż niedokończona opowieść ^^

piątek, 21 stycznia 2011

Komu, kooomu szonenaja? Prosto z cukierni!


     Yaoi? Nie tykam tego nawet kijem!  - oświadczyłam kiedyś Rudowłosej. Życie bardzo lubi weryfikować takie stanowczo wygłaszane opinie, wcale nie inaczej było w moim przypadku. Nagle i zupełnie bez powodu poczułam chętkę na shonen ai. Chętka była tak duża, że w końcu uległam kaprysowi i obejrzałam coś z „tego gatunku”. No i... Ale od początku.
     Antique Bakery to nazwa cukierni, w której i wokół której rozgrywa się akcja tej 13-odcinkowej serii anime. Cukiernię otwiera Tachibana Keiichiro, 32-letni syn wpływowej, bogatej rodziny japońskiej. Otwiera głównie po to, by wreszcie zmierzyć się z koszmarem z dzieciństwa. Jaką traumę można mieć w związku z cukiernią? Ano, okazuje się można. Tachibana jako dziecko został porwany i przetrzymywany siłą. Szczęśliwie udało mu się powrócić do rodziny, ale zostawiło to na nim trwały ślad. Z tego okresu zostały mu luki w pamięci, senne koszmary i niechęć do słodyczy. Jedyne, co pamięta to to, że porywacz karmił go deserami. Głónym cukiernikiem Tachibany zostaje Ono Yusuke. Obaj panowie znali się jeszcze ze szkoły, a swego czasu Ono wyznał Tachibanie miłość. Ten zaś odmówił mu w słowach raniących i okrutnych. Po tym incydencie Ono zmienił całkowicie swoje życie, został mistrzem cukiernictwa, by po pewnym czasie trafić do Antique Bakery. Dlaczego osoba uważana za geniusza deserów nie może nigdzie zagrzać miejsca na dłużej? No cóż, wszystko związane jest z jego orientacją seksualną i wbrew pozorom, nie chodzi tu o dyskryminację. Ale z racji tego, że to jeden z zabawniejszych wątków anime, nie będę spoilerować ^^ Z czasem do obsady AB dołączają młody ex-bokser, Kanda Eiji, którego kariera sportowa skończyła się szybciej, niż się zaczęła oraz Kobayakawa Chikage, przyjaciel Tachibany i jego ochroniarz, a jednocześnie niezdara i duże dziecko. Taaa, zdążyliście porobić pairingi miedzy bohaterami? Nic z tego! ^^ Zdeklarowanymi gejami w tej serii będzie tylko dwóch bohaterów. Tachibana to stuprocentowy hetero, a choć w przypadku Eijiego można by mieć wątpliwości, to jego relacje z Ono nie wykraczają poza formułę uczeń-sensei. Choćby nie wiem jak wysilał wyobraźnię, nie będzie to nic innego ^^ Fabuła anime dotyczy głównie relacji pomiędzy panami, opowiada o zdarzeniach z ich życia, a każdy z nich boryka się ze swoimi problemami. Co ciekawe, są to sprawy niebanalne, bohaterowie bynajmniej nie są przewidywalni. Wątek shonen ai obecny dość mocno, nie dominuje jednak całej serii, podany jest raz w tonacji komediowej, raz w sposób nie pozbawiony dramatyzmu. Mnie osobiście romans męsko-męski niezbyt przypadł do gustu – niektóre sceny niebezpiecznie pachną kiczem. No proszę wybaczyć, ale moment, w którym Yusuke i Chikage objęci różanym blaskiem, „tańczą wśród opadających kropel deszczu” rozłożył mnie na łopatki. Takiej sztampy nie zniosłabym w wykonaniu pary hetero, a o homoseksualnej nie wspomnę. Może brak mi poczucia romantyzmu? ^^”
     Animacja to kolejny punkt, na który sobie ponarzekam. Choć wynika to z osobistych preferencji, niż oczywistych wad produkcji. Jeśli jest coś, czego w anime nie cierpię, to łączenie grafiki komputerowej z tradycyjnym rysunkiem. Pól biedy, gdy praca komputera widoczna jest tylko od czasu do czasu, a przejścia realizowane są gładko. Ale gdy grafika wygenerowana komputerowo odcina się wyraźnie od tej „zwyczajnej”... Drażni mnie to nieprzeciętnie. W Antique Bakery niestety obecność komputera jest widoczna aż nazbyt. Mogę to przełknąć przy ujęciach pustych wnętrz, ale gdy do nich dodamy postacie... Zgrzyta! Poza tym jednym, animacji nie mam wiele więcej do zarzucenia (choć to jedno akurat wystarcza za całą listę), design postaci jest sympatyczny – panowie nie są powalająco biszowaci,  niemniej bardziej pasuje to do tak „życiowej” serii jaką jest Antique, niż nadanie im lalkowej urody. Tradycyjnie mają nieproporcjonalny wzrost,  ale to już chyba grzech główny większości japońskich rysowników.
Muzyka... No tak. Chciałam napisać coś o ścieżce dźwiękowej i uświadomiłam sobie, że nie pamiętam ani jednego utworu z tej serii, a opening kojarzę tylko graficznie. Czyli musiało być słabo, a muzyka nie zwróciła żadna nutą mojej uwagi. Dla porządku jednak podaję opening Life Goes On ~ Side K w wykonaniu CHEMISTRY oraz ending Life Goes On ~ Side D tego samego wykonawcy. Opening jest o tyle ciekawie zrobiony, że na rzeczywiste wnętrza nałożone są kartonowe postaci. Tyle co do muzyki.
     Czas na ogólne podsumowania. Zachwytów w tym co napisałam powyżej nie było i teraz tez ich nie będzie. Antique Bakery jest serią sympatyczną i dobrą na przerywnik, lub chwilę, gdy kompletnie nie ma się pomysłu, co oglądać. Nie zrozumiejmy się źle, to nie jest złe anime. Tyle tylko, że nie porywa. Dla mnie boleśnie przeciętna – ani bohaterowie nie zdołali mnie do siebie przekonać, o grafice i muzyce już wspomniałam, słowem nie ma tu nic, co mogłoby mnie skłonić do zawyżenia końcowej oceny. Owszem istnieje sporo gorszych serii. Antique potrafi rozbawić, zaskoczyć, domyślam się, że nawet wzruszyć - co bardziej czułe na miłosne perypetie serca. Mnie jakoś brak na takowe wrażliwości. Więc zapytana o to anime mogłabym tylko odpowiedzieć: Antique Bakery? Ot, takie sobie. 

PS. Jeszcze jedno. Nie radzę oglądać tego anime, gdy jesteście na diecie lub słodyczowym głodzie, a w pobliżu nie ma ani kruszyny najmarniejszego cukierka. Seria potrafi wzbudzić ogromną, niepohamowaną ochotę na słodkości - te ciasta, ciasteczka, desery... Mmmniam!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Gdy Czarny Kot przebiegnie ci drogę...


     Przyszedłem przynieść ci pecha... takie oto słowa padają z ust złotookiego młodzieńca w czarnym płaszczu, zanim pociągnie za spust. Train Heartnet jest zabójcą na usługach tajemniczej organizacji o nazwie Chronos. Bezwzględny, niezwykle skuteczny, jego imię wzbudza prawdziwy strach w środowisku przestępczym. Chronos oznacza swoich likwidatorów numerami tatuowanymi na ciele. Numerem Traina jest rzymska trzynastka, stąd też jego przydomek – Black Cat – Czarny Kot. Istotnie osobom, które widzą go twarzą w twarz szczęścia raczej nie przyniesie. Wydaje się, że Train nie ma większych moralnych skrupułów, wykonuje zlecenia szybko, bez wahania i nie zadaje pytań. Tak się sprawy mają dopóki na jego drodze nie stanie Saya Minatsuki, nietypowa najemniczka, odziana w yukatę. Jej słowa („Jeśli nie musisz strzelać, nie strzelaj”) dają mu do myślenia i rewidują światopogląd.  Równorzędnymi (wbrew tytułowi) bohaterami serii są Eve, tajemnicza dziewczynka, na którą Kot otrzymuje zlecenie oraz Sven Vollfied, najemnik-dżentelmen o nieco staroświeckich przekonaniach. Ową trójkę los zetknie ze sobą tyleż nietypowo, co trwale, dalsze wydarzenia będą już bezpośrednio wiązać się z tymi postaciami.
     Oglądając Black Cat nie mogłam opędzić się od uczucia lekkiego deja vu. Tak bowiem mogłoby wyglądać Darker than black,  w lżejszej, komediowej wersji. Postacie Traina i Eve jako żywo przypominają mi duet Hei & Yin, a choć z czasem charakter Kota odwraca się niemal o sto osiemdziesiąt stopni (ta zmiana jest bardzo zaskakująca, na szczęście nie tak zupełnie nieprawdopodobna), Eve nadal pozostaje niemal kopią małomównej, introwertycznej Yin. Postacie są niewątpliwie siłą tej serii. Bo niestety, nie jest nią fabuła, poszarpana na niezbyt pasujące do siebie kawałki. Bardziej wrażliwi na logikę zdarzeń widzowie mogą mieć kilka powodów do irytacji. Brak tu rozsądnego ciągu przyczynowo-skutkowego, akcja pędzi do przodu, niezbyt dbając o cel i motywacje działań bohaterów. Wspomniałam o postaciach głównych, ale i te z drugiego planu prezentują się interesująco – Creed Diskenth, drugi co do skuteczności zabójca Chronosa, autentycznie sfiksowany na punkcie Traina (nie, wbrew pozorom nie jest gejem ^^); Rinslet Walker, genialna złodziejka, przed którą żaden sejf nie ma tajemnic, dowódcy i likwidatorzy Chronosa z Sephirią Arks na czele, przeciwnicy i sprzymierzeńcy oraz przewijający się przez sporą liczbę odcinków rozmaitej konduity wolni strzelcy – to tłumek całkiem barwny i różnorodny. W tej pstrokatej zbieraninie można by stracić z oczu głównych „bad guy’ów”, gdyby nie cecha, która wyróżnia wszystkie czarne charaktery anime – maniacki śmiech. Zaledwie jeden Pan Zły zejdzie ze sceny, drugi, który dotychczas ograniczał się do ironicznego uśmieszku, zajmując jego miejsce, natychmiast wybucha obłąkańczym chichotem. Najwyraźniej to jest już wpisane w pakiet „szwarccharakter”.
     Animacja Black Cat jest nierówna – w zależności od odcinka. Niestety, o ile pierwsze epizody prezentują się na całkiem przyzwoitym poziomie: design postaci ładny, tła nie powalające, ale znośne i niezła choreografia walk, to im dalej w las, tym grafika traci na jakości. W niektórych miejscach jest zwyczajnie niedbała. Nie na tyle, żeby specjalnie razić, ale skoro dało się zachować jakiś poziom na początku, dlaczego nie można było i później?
     Postaci oceniłam na plus, animację na minus, jak dotąd seria w tej ocenie prezentuje się co najwyżej przeciętnie. Co z muzyką w takim razie? A tutaj – zaskoczenie. Muzyka w przeciwieństwie do grafiki jest naprawdę dobra. Zdecydowanie się wyróżnia i nie jest jedynie plumkającym tłem dla dialogów i zdarzeń. Mocne, dynamiczne brzmienia w trakcie walk, łagodniejsze tony w scenach bardziej lirycznych – ścieżka dźwiękowa do Black Cat zapada w pamięć. Bardzo przypadł mi do gustu opening, w czasie tych kilku dni, gdy oglądałam anime, niejednokrotnie przyłapałam się na tym, że nucę (lub też usiłuję nucić ^^”) Daia no Hana. Przyjemny mocny głos wokalistki wpada w ucho, a zmieniające się tonacje openingu nie nudzą się szybko. Endingi są dwa. O ile pierwszy przeszedł w moim przypadku bez echa, to drugi już spodobał mi się wyjątkowo – nie tylko ładnie brzmi, ale jeszcze lepiej wygląda. Samotny bohater pośród opadających płatków śniegu – może to i banalne, ale pięknie komponuje się z liryczną piosenką Kutsuzure. Jeszcze jeden utwór ze ścieżki dźwiękowej do Black Cat zasługuje na uwagę. To piosenka, którą śpiewa Saya, w chwili, gdy Train spotyka ją po raz pierwszy. Nosi tytuł Konoyo no uta, śpiewa Iwasaki Taku. Urzekająca.
     Jak więc wypada ogólna ocena anime? Gdybym miała być całkowicie i brutalnie szczera, Black Cat w MALowej punktacji, otrzymałby zaledwie szóstkę. Ale ponieważ mam swoje sentymenty, bohaterów polubiłam (nie wspominając o przyjemnych doznaniach muzycznych), sympatia zwyciężyła bezlitosny obiektywizm i anime dostaje ode mnie siódemkę. Po prostu, przyjemnie się oglądało!

piątek, 7 stycznia 2011

Po prostu - Miyazaki




Po czym można poznać czarownicę? Ależ to oczywiste! Każda czarownica ubiera się na czarno, ma miły uśmiech i jest bardzo życzliwa, nieustannie pomagając ludziom. Ach! Słyszeliście co innego? Rozumiem, karmili was w dzieciństwie bajkami o staruszkach kanibalkach, zamieszkujących domy z piernika i mających upodobanie do dziatek w jadłospisie. Więc czas spojrzeć z nieco innej perspektywy!
      Przedstawiam Wam Kiki. Oczywiście, jest czarownicą. W świecie czarownic panuje zasada – każda z młodych adeptek magii po ukończeniu 13 lat, musi się usamodzielnić. Słowem wsiąść na miotłę, znaleźć miejsce, gdzie dotąd nie osiedliła się żadna z koleżanek po fachu i pomagać ludziom. Nie inaczej było w przypadku Kiki, która po osiągnięciu odpowiedniego wieku, w towarzystwie czworonożnego ulubieńca (czarny kot Jiji nie jest niezbędnym dodatkiem do image’u czarownicy, ale niewątpliwie pożytecznym), pofrunęła szukać miasta, gdzie mogłaby osiąść. Jej poszukiwania zakończyły się sukcesem i Kiki znalazła Koriko, miasto, w którym nie tylko nie było żadnej czarownicy, ale też spełniało wymagania młodej czarodziejki. Pierwsze spotkania z miejscową społecznością nie obeszły się bez zgrzytów – Kiki może nie została odrzucona, ale potraktowana z dużą dozą ostrożności (baśnie braci Grimm dotarły i tutaj?) Czarowniczka wykazała się jednak naturą optymistyczną i nie dała zniechęcić. Wkrótce też los się do niej uśmiechnął, a Kiki dzięki swoim umiejętnościom zdobywa przyjaciół i zakłada coś na kształt firmy kurierskiej. Poczta Kiki pod względem skuteczności bije polską na głowę ^^ No owszem, początkowo nie obyło się bez przygód, ale już wkrótce Kiki na miotle staje się nieodłączną częścią pejzażu nadmorskiego miasteczka.
    
Kiki’s Delivery Service jest produkcją, która wyszła spod reżyserskiej ręki Hayao Miyazakiego, twórcy Księżniczki Mononoke i Spirited Away. Jak większość jego filmów, tak i ten zalicza się do kręgu kina familijnego. Jest ciepły, uroczy i zabawny. Nie rubasznym humorem ze „Shreka”, ale dyskretnym, rozbrajającym, często sytuacyjnym, gdzieś na drugim planie. Ale równocześnie to całkiem poważna opowieść o dorastaniu, nie pozbawiona morału, choć bez natrętnej dydaktyki. Kiki przeżywa swoje pierwsze niepowodzenia, niepokoje związane z samodzielnością, zawiera przyjaźnie, uczy się życia w społeczności. Ten 102 minutowy seans to moim prywatnym zdaniem czysta przyjemność.
Słówko o animacji i niewiele więcej, bo kreska jest po prostu charakterystyczna dla Studia Ghibli. Ładne kolory, które nie biją po oczach, tak, że trzeba wsuwać na nos przeciwsłoneczne okulary, jak w większości nowszych produkcji. Postaci rysowane tą trudną do pomylenia „ghiblowską” kreską, miękką, nie piękną (żadnego bisza tu nie uświadczy ^^), ale bardzo sympatyczną. No i prześliczne tła oraz starannie dopracowane szczegóły, do czego studio już zresztą widza przyzwyczaiło. Nie ma tu komputera, wszystko jest żmudną pracą ludzkiej ręki.
Muzyka oczywiście nie ustępuje animacji, ale co w tym dziwnego, skoro odpowiedzialny jest za nią Joe Hisashi? Kompozytor Miyazakiego, tak się zwykło już o nim mówić, bo współpraca obu panów jest niemal czymś zwyczajowym. I bardzo dobrze, Hisashi jak nikt rozumie chyba ideę filmów Miyazakiego. A na pewno potrafi stworzyć do nich idealną ścieżkę dźwiękową. W tle opowieści o Kiki, słychać całą gamę instrumentów, od akordeonu, przez flet, skrzypce, fortepian. Są też utwory orkiestrowe. Trochę ta muzyka przypomina francuski folklor, trochę włoski, mało tu odniesień do muzyki japońskiej, ale takie było reżyserskie zamierzenie. W końcu Koriko wzorowane było na szwajcarskim miasteczku, stąd i europejski charakter ścieżki dźwiękowej.  Na pewno brzmi tu mnóstwo stylizacji. I szalenie przyjemnie się tego słucha. Piszę cały czas o oryginalnej ścieżce dźwiękowej, gdyż Amerykanie, przenosząc film na swój grunt, dosyć mocno przerobili ścieżkę do Kiki. Niekoniecznie z pożytkiem.
Podniebna poczta Kiki to jedno z bardziej uroczych i sympatycznych anime pełnometrażowych, jakie dane mi było oglądać. Szczerze polecam na seans familijny, pozbawiony jest drastycznych scen, więc bez uszczerbku dla psychiki mogą go oglądać młodsze dzieci, ale jest na tyle przyjemny, by nie zanudzić starszego widza. Trudno oddać słowami magię filmów Miyazakiego, tego trzeba po prostu doświadczyć. Są w jego dziełach zaklęte niemałe emocje, budzą ukryte w każdym dziecko. Miyazaki ma niebywałą zdolność pokazywania zwyczajnej codzienności jako czegoś niezwykłego, barwnego, gdzie czeka przygoda i dobra zabawa. Wystarczy tylko troszeczkę inaczej spojrzeć...