totoro

totoro

sobota, 15 września 2012

Piękna i Bestia, Bestia i Piękny? Nie, Bijo ga Yajuu


Z niemałym zdziwieniem uświadomiłam sobie, że jakkolwiek w kwestii anime mam okropeczne zaległości, to jeśli chodzi o mangi taki problem nie występuje. Co więcej śledzę na bieżąco co najmniej kilkanaście tytułów o statusie „trwający” i to mimo zarzekania się... Jak ja się w to wszystko wplątałam, niech mi ktoś powie? Szkoda mi je porzucić, ale przyłapuję się na tym, że zaczynają mi się mieszać fabuły i wątki. Ale znalazł się wśród nich tytuł, który nie dość, że ma status „zakończony”, to jeszcze sprawił mi prawdziwą przyjemność. Jako, że wciąż eksperymentuję z shoujo, wyszukując co ciekawsze hybrydy i nietypowe ujęcia schematu, tropem tym natrafiłam na Bijo ga Yajuu (funkcjonujące też pod angielskojęzycznym tytułem Beauty is the Beast) autorstwa Tomo Matsumoto.
Historia zaczyna się dość zwyczajnie. Do żeńskiego akademika prywatnej szkoły Seiji trafia Eimi. Jak w każdej tego typu instytucji, tak i tu istnieje zwyczaj, by pierwszoroczniakom urządzać „chrzest”. Tym razem polega on na wykonaniu misji, Eimi zostaje wyznaczone zadanie zakradnięcia się o męskiego akademika i przyniesienia łupów:  plakietek dwóch dowolnie wybranych mieszkańców. Sprawa nie jest prosta, bo zarówno męskiego jak i damskiego akademika pilnują dozorcy, a konsekwencje w razie przyłapania mogą być poważne – z natychmiastowym wydaleniem włącznie. Mimo to Eimi decyduje się na wykonanie misji i tym sposobem trafia do pokoju Inuiego i Wanibuchina. Ten ostatni ma wśród studentów okropną opinię, wzbudza powszechny strach, krążą plotki o jego agresji, pobycie w poprawczaku. Istotnie Wanibuchin wyłamuje się ze szkolnego schematu, robi co chce i nie przejmuje się otoczeniem. Czy to dla kaprysu czy z innego powodu pomaga on Eimi wykonać zadanie i bezpiecznie wrócić do żeńskiego akademika, co przekonuje dziewczynę, że chłopak w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. 
No dobrze, pojawili się już główni bohaterowie, można się więc spodziewać, że dalej już potoczy się wszystko według schematu „miła dziewczyna i niegrzeczny chłopak”. Nic z tych rzeczy, „Bijo ga Yajuu” łamie shoujo stereotypy.
Przede wszystkim Eimi okazuje się być bardzo nietypową bohaterką mangi dla dziewczyn. Wrażenie z pierwszego rozdziału jest tu mocno złudne, to w jakim kierunku idzie rozwój tej postaci w kolejnych chapterach jest chyba jednym z największych zaskoczeń tej historii. Eimi jest kompletnie pozbawiona wyczucia romantyzmu. Właściwe strasznie ciężko ją sklasyfikować, czasem zachowuje się jak dziecko, którego głównym życiowym problemem jest napchanie brzucha, z drugiej strony zadziwiająco wiele dostrzega i ma dużą intuicję. Jest bardzo prostolinijna, ma jasno sprecyzowane poglądy i wbrew pozorom, mało podatna na wpływy i opinie innych. Trudno domyślić się, co się tam roi w jej głowie i jak za chwilę postąpi.
Wanibuchin już bardziej przypomina shoujojowe „ciacho”, typ niepokornego, z bolesnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Ale wątek związku pomiędzy nim a Eimi praktycznie nie istnieje. Po pierwsze chłopak w stosunku do Eimi wydaje się o wiele doroślejszy i często traktuje ją jak szczeniaka, który plącze się pod nogami i chce się bawić. Sam pozostaje w związku z dojrzałą kobietą i wcale nie ma ochoty z nią zerwać, gdy na horyzoncie pojawia się Eimi. Nie wykazuje też specjalnych uczuć, gdy przy Eimi zaczyna kręcić się Simone, który w końcu zyskuje oficjalny status chłopaka. Stosunki Eimi i Simone to zresztą osobna, przezabawna historia, choć chłopakowi należałoby współczuć, tyle się przez swoją wybrankę nacierpi. Swoją drogą w tym przypadku, mimo swojej nieraz błyskotliwej intuicji, Eimi wykazuje się nieprawdopodobną wręcz niedomyślnością. Sama Eimi obdarza Wanichina uczuciem uwielbienia fanki wobec idola, takie zauroczenia rzadko kiedy mogą być podstawą trwałego uczucia. I nawet fakt posiadania przez obiekt westchnień partnerki, jakoś niespecjalnie dziewczynie przeszkadza.
Brzmi nietypowo? I takie właśnie jest. Nic w tej krótkiej pięciotomowej zaledwie mandze nie układa się tak, jakby można się było spodziewać. Romansowi daleko do romansu, bohaterowie są co najmniej niesztampowi, brak tu scen wśród kwiatów i mydlanych baniek. Przy czym wszystko zostało podlane sosem specyficznego humoru. Czytając „Bijo ga Yajuu” zaśmiewałam się w głos, sytuacje i bohaterowie potrafią naprawdę rozbawić. Co ciekawe nie brak w tej historii poważniejszych, nostalgicznych scen. Wszystko jest jednak doskonale wyważone. Nie tylko główni protagoniści są tu ważni, swoją rolę odegrają inni mieszkańcy obydwu akademików. Generalnie całość to szereg scen z życia zarówno męskiego jak i damskiego domu studenta. Eimi szybko się tu aklimatyzuje, zdobywa przyjaciół – również perypetiom tych postaci autorka poświęciła trochę uwagi. Historie są spokojne, ale wyważone i w większości podobno oparte o własne doświadczenia mangaczki z czasów studenckich.
Kreska jest bardzo miła dla oka, ładna, dopracowana. Design postaci, nie ma tego przesłodzonego kawaii wyglądu, który tak bardzo mnie drażni w niektórych produkcjach z gatunku shoujo, choć męskim bohaterom nie brak cech bishounenów (choć bez przesady), więc przynajmniej tutaj mamy zachowane status quo ^^ Kadry w większości są czyste, tła puste, ale przyznam, że ta oszczędność bardzo do mnie przemawia. Nie przepadam za przeładowaniem rysunku, choć naturalnie są wyjątki (Otoyomegatari!). Całość zmieściła się w 5 tomikach i jest to jak najbardziej słuszna długość dla tego typu historii. Dłuższa prawdopodobnie w końcu by znużyła, krótsza pozostawiła niedosyt, a tak mam poczucie zadowolenia, choć zakończenie odrobinę mnie zdeprymowało. Aha, ostatni rozdział to zupełnie inna historia, typowy one shot, jakkolwiek uroczy z Bijo ga Yajuu” nie mający nic wspólnego. Ale po nim jest sympatyczne nawiązanie do głównego wątku, więc nie warto go pomijać.
Gdyby mi przyszło określić jednym słowem tę mangę, powiedziałabym po prostu – fajna! Bardzo przyjemnie się ją czyta, a dowodem na to fakt, że zdążyłam przeczytać ją trzykrotnie do czasu napisania tej recenzji i z pewnością jeszcze do niej powrócę. To już jest jakiś wyznacznik jakości... chyba? ^^
Na koniec mały bonus. Wprawdzie manga nie jest dostępna na polskim rynku wydawniczym, ale została przetłumaczona w całości na nasz ojczysty język. Sprawcą tego tłumaczenia jest grupa skanlacyjna Synthesiss i skany dostępne są na ich stronie oraz do czytania online na Centrum Mangi. Tłumaczenie to dobra translatorska robota, pierwszy rozdział jest jeszcze trochę szorstki, ale reszta chapterów to żywe dialogi i zgrabnie przetłumaczone uwagi i dopiski. Grupie wypada pogratulować udanego projektu, całość przeczytałam w ich tłumaczeniu i nic mi nie zgrzytało, co często dzieje się w polskich tłumaczeniach grup skanlacyjnych.
Polecam. Lavendowy znak jakości został „Bijo ga Yajuu” przyznany! ^^