Dwa ostatnie miesiące nie obfitowały w nadmiar wolnego czasu, nawet więc nie brałam się za oglądanie żadnej dłuższej serii, zerkając tylko od czasu do czasu na jakąś mangę lub OAVki anime już mi znanych. Udało mi się wszakże wśród nawału zajęć prześledzić kilka anime’owych nowinek, między innymi i tę, że manga autorstwa Nobuhiro Watsuki Rurouni Kenshin zostanie zaadaptowana na film live. Ciekawa jestem efektu? Tymczasem już dawno miałam wypowiedzieć się na temat nowości anime na lato 2011, ale najpierw brak czasu, a potem dolce far niente, któremu oddałam się z bezwstydnym zaangażowaniem sprawiły, że notka opóźniła się nieprzeciętnie. Lato trwa już w najlepsze, postanowiłam więc rzucić okiem przynajmniej na kilka z tych nowych tytułów, które się ukazały wraz z nastaniem lipca. Przynajmniej dwa z nich to kontynuacje i to takie, na które czekałam z utęsknieniem, lub pewną niecierpliwością, dwa inne z kolei zaintrygowały mnie na tyle, żeby wrzucić je na listę Plan to Watch. No to, lecimy!
Najbardziej wyczekiwanym przeze mnie tytułem tego kwartału było Natsume Yuujinchou San – trzecia już seria znakomitego anime z gatunku fantasy i slice of life; anime, które przyznam to bez oporów, całkowicie mnie urzekło. Osierocony w dzieciństwie i przerzucany od jednej do drugiej rodziny zastępczej Takashi Natsume, po babce odziedziczył zdolność dostrzegania ayakashi. Umiejętność przyniosła mu już mnóstwo problemów i cierpień, a dziedzictwo babki nie tylko w postaci wątpliwego daru, ale też całkiem realnej, tajemniczej Księgi Przyjaciół, sprawia mu dodatkowe kłopoty, ale też zmienia jego życie i pomaga się otworzyć na innych. Pierwszy odcinek Natsume Yuujinchou San zapowiada to, co widzowie znają z dwóch poprzednich serii: Natsume Yuujinchou i Zoku Natsume Yuujinchou – spokojny tok wydarzeń, stopniową ewolucję bohaterów, przegląd ciekawych charakterów – ludzkich i demonich. Zmiany w porównaniu do serii wcześniejszych są właściwie niezauważalne – ta sama pastelowa paleta barw, nieco uproszczona kreska, niewyróżniający się design postaci. Wszystko to idealnie pasuje do opowieści, która snuje się nieśpiesznie jak letnie, gorące popołudnie. Oprawa muzyczna też niczym nie zaskoczy, zarówno opening jak i ending nowej serii, tak pod względem kompozycji graficznej jak i dźwiękowo przypominają to, co widz zna już z dwóch minionych sezonów Natsume. Trzecia seria zapowiada się znakomicie – fani tego tytułu mogą spokojnie powrócić w pełen uroku, ciepły świat i ponownie dać się oczarować magii tego anime. Ci, którzy wynudzili się na poprzednich seansach naprawdę nie mają czego szukać w Natsume Yuujinchou San. Ja oczywiście będę kontynuować oglądanie, choć pewnie poczekam, aż w końcu ukaże się całość. Można się nawet spodziewać recenzji tego tytułu na blogu. W każdym razie pierwsze wrażenia – mniam, mniam.
Kolejnym wyczekiwanym przeze mnie tytułem tego kwartału był Nurarihyon no Mago: Sennen Makyou. Kontynuacja przygód Rikuo Nury i jego przyjaciół ucieszyła mnie bardzo p[o pozytywnych wrażeniach, opisanych zresztą na blogu, z serii pierwszej. Z ciekawością rzuciłam więc okiem na pierwszy odcinek serii drugiej. Od razu rzuca się w oczy, że i tym razem nie poskąpiono budżetu, animacja stoi na wysokim poziomie, z nieodłącznymi efektami CG, design postaci bardzo ładny – wszystko, co znamy z pierwszego sezonu, nic mniej. Fabularnie zdaje się zapowiadać równie ciekawie, najwyraźniej twórcy postanowili sięgnąć po wątki potraktowane poprzednio po macoszemu. Pierwszy odcinek rozbudowuje epizod z dzieciństwa Rikuo, dokładniej podając okoliczności jego pierwszej przemiany w youkai. Wreszcie też prawdopodobnie dowiemy się, co stało się z Drugim Następcą (niewtajemniczonym wyjaśniam, że chodzi o ojca Rikuo, o którym pierwsza seria nie wspominała praktycznie słowem). Trochę światła zostaje też rzucone na motywy naszego bohatera, który jak się okazuje nie zawsze był tak niechętny, by objąć pozycję Trzeciego Następcy klanu Nura. Słowem, początek jest obiecujący, a co dalej – zobaczymy. Jedynym mankamentem, po pierwszym epizodzie wydaje mi się oprawa muzyczna, openingu zaprezentowanego w końcówce odcinka nie da się słuchać bez skrzywienia. Przynajmniej ja nie mogłam. Miejmy nadzieję, że będzie to jedyny powód do narzekań... Kontynuacja tego tytułu zaklepana, recenzja raczej pewna.
I Natsume i Nurarihyon to kontynuacje, po których w dużej mierze wiadomo czego się spodziewać. Dwa zupełnie nowe tytuły przyciągnęły mnie – jeden fabułą, drugi grafiką. W przypadku Usagi drop dużo wcześniej natknęłam się na trailer filmu live, którego premiera ma mieć miejsce jakoś tak porównywalnie z wypuszczeniem na rynek wersji animowanej. Trailer mnie urzekł, historia zaciekawiła, zdecydowałam się zatem zerknąć na anime (a pewnie w przyszłości także na mangę). Hm, nie jest to dokładnie to, czego bym się spodziewała, ale pierwszy epizod bynajmniej nie okazał się rozczarowaniem. Usagi drop ma w sobie potencjał na świetną serię z przedziału gatunkowego „okruchy życia”. Daikichi jest trzydziestoletnim kawalerem, który wraca do rodzinnego domu na pogrzeb dziadka. Na miejscu okazuje się, że dziadek kilka lat przed śmiercią zafundował sobie nieślubne dziecko. Matka podrzuciła dziewczynkę jego krewnym, po czym zniknęła. Na stypie pomiędzy członkami rodziny wywiązuje się spór, kto ma zająć się Rin, w końcu pada propozycja oddania dziewczynki do domu dziecka. Oburzony postawą rodziny Daikichi, spontanicznie oświadcza, że weźmie małą do siebie. Ale co samotny, przyzwyczajony do niezależności mężczyzna może wiedzieć o wychowaniu dziecka? Seria posiada nietypową, jakby specjalnie niedbałą grafikę, utrzymaną w pastelowych kolorach. Spokojny tok narracji, zawiązująca się niespiesznie fabuła i ciekawie zapowiadający się bohaterowie, to wszystko zachęca, by bliżej przyjrzeć się temu anime. Usagi drop zanosi się na bardzo przyjemną serię, nie tylko dla oka, również dla ucha. Kompozycje ze ścieżki dźwiękowej pierwszego epizodu brzmią przyjaźnie dla ucha, a opening jest uroczy. Obejrzę na pewno i zrecenzuję.
W ten oto sposób dotarłam do serii, która – po obejrzeniu pierwszego odcinka – wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Mowa o Dantalian no Shoka. Tytuł zachwycił mnie animacją i designem postaci, w dodatku rozgrywa się w Anglii okresu międzywojnia, a ja lubię tę epokę. Oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie, co tu dużo mówić, potrafi zachwycić, choć oczywiście większość tych urzekających plenerów to dzieło komputera. Mam wrażenie - choć pewna być nie mogę, bo się na tym nie znam - że niektóre z nich, to po prostu fotografie nakładane na kadry animowane . Robi wrażenie, nie powiem. Muzycznie również jest nieźle, da się słuchać bez szkody dla słuchu, choć jeszcze nie jestem przekonana czy lubię opening, muszę go parę razy usłyszeć. Endingu na pewno nie lubię. I nie chodzi mi o dźwięk, raczej o obraz. Zrezygnowano tu z animacji, na rzecz żywych aktorów i mrocznej gotyckiej stylizacji, co w efekcie sprawia wrażenie scenek wprost wyjętych z japońskiego horroru. Co, w połączeniu z dość brutalnymi scenami z pierwszego odcinka, przekonuje, że nie jest to anime dla najmłodszych. Co mnie lekko skonfundowało, to uczucie deja vu, jeśli chodzi o bohaterów i fabułę. Młodzieniec o imieniu Hugh otrzymuje w spadku po dziadku okazały dwór i obszerną bibliotekę. Ekscentryczny starszy pan miał bowiem obsesję na punkcie książek, kolekcjonując je zapamiętale, aż powstał pokaźny zbiór rzadkich i jak się okazuje niebezpiecznych egzemplarzy. Istnieją bowiem książki, które w nieodpowiednich rękach mogą stać się przyczyną śmierci, zmieniając fikcję w rzeczywistość. powołując do życia światy, które opisują. Strażniczką owego niebezpiecznego księgozbioru jest Dantalian – tajemnicze dziewczę, na które Hugh, trafia tuż po przybyciu do majątku dziadka. No dobrze, fabuła nie jest pozbawiona potencjału, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że Dantalian to imię jednego z najpotężniejszych demonów w okultyzmie. Ale to, że ma on postać gotyckiej lolitki, której design aż za bardzo przypomina Alice z Pandora Hearts, a na dodatek miejsce i czas akcji, oraz duet postaci jakby żywcem przejęte są z Gosick – trudno się chyba dziwić moim mieszanym uczuciom. Póki co ocena pierwszego epizodu oscyluje pomiędzy „niezłe” a „wtórne” i chyba muszę obejrzeć jeszcze jeden, dwa odcinki, zanim zdecyduję, co dalej z tym anime. Kwestia Dantalian no Shoka pozostaje więc otwarta. Tak oto prezentują się moje plany anime’owe po zerknięciu na premierowe odcinki. Najbliższy sezon mam już chyba zapełniony. I uważam, całkiem interesująco się zapowiada ^^



