totoro

totoro

środa, 23 stycznia 2013

Jak wychować Beelzebuba...

Pewnego razu w odległej Japonii żył sobie pewien bezlitosny chuligan, który był na tyle bezlitosny, że ludzkie życie znaczyło dla niego mniej niż okres godowy emu.
Młodzieniec ów,  Tatsumi Oga o uroczej ksywce Szalony Ogr, uczęszcza do szkoły średniej w Ishiyamie, szkoły dla delikwentów. Sam zresztą do świętych nie należy, a choć jest pierwszoroczniakiem, już zaznacza swoją obecność, bezlitośnie tłukąc nieopatrznie wchodzących mu w drogę senpaiów. Podczas jednej ze zwyczajowych bójek nad rzeką, w której Oga daje solidną nauczkę atakującym go przeciwnikom, dostrzega płynące z nurtem ciało mężczyzny i rzuca się na ratunek. Kiedy wyciąga "topielca" na brzeg, ten nieoczekiwanie rozpada się na pół, z jego wnętrza wyskakuje niemowlę, a sam topielec zupełnie żwawo odpływa sobie kraulem w siną dal. Skonsternowany Oga zabiera dzieciaka do domu i oczywiście dopiero wtedy zaczynają się jego kłopoty. Niemowlak okazuje się bowiem synem Władcy Piekieł i nosi wdzięczne imię Kaiser de Emperana Beelzebub IV (aka Beeluś). Ujęty pokazem siły, jaki Oga urządził nad rzeką, przyczepia się do chłopaka i wybiera go na swojego opiekuna, zawierając z nim kontrakt. Tak utworzonej więzi nie da się zniszczyć, a separacja od kontrahenta owocuje wrzaskiem i potokiem łez pełnym elektrycznych wyładowań. Ponadto, jeśli dzieciak oddali się na odległość większą niż kilkanaście metrów od przyszywanego tatusia, wspomniany przyszywany tatuś padnie trupem. O takich optymistycznych perspektywach Oga dowiaduje się od niańki piekielnego niemowlaka, Hildegardy, która nieoczekiwanie pojawia się na progu jego domu i przedstawia jego rodzinie, jako matka dziecka. Rodzinka Ogi oczywiście opacznie interpretuje całą sytuację i zmusza marnotrawnego syna do "wzięcia odpowiedzialności". W ten oto sposób Oga zostaje ojcem. Bycie ojcem w tak młodym wieku samo w sobie jest wystarczająco trudne, ale bycie ojcem Księciem Piekieł to już chyba lekkie przegięcie, szczególnie, gdy bachor ma zwyczaj rażenia wokół elektrycznością, chce utopić świat podczas okresowego moczenia i sprowadza na ludzkość plagi pod postacią piekielnych zabawek. Nic dziwnego, że wykończony rolą "tatusia" Oga postanawia pozbyć się kłopotu. A zrobić to może jedynie wtedy, gdy znajdzie kogoś silniejszego od siebie, bo tylko taką osobę zaakceptuje Beel. Wydawałoby się - nic prostszego, w końcu Ishiyama to raj wykolejeńców i psychopatów, wśród nich z pewnością znajdzie się ktoś, kto oprze się sile pięści Ogi...
A wszystko to to zaledwie początek serii, z której widz dowie się, że Alain Delon to demon, jak wygląda piekielna odmiana mahjonga, na ile sposobów można zdemolować szkołę i oczywiście jak zadebiutować z dzieckiem na placu zabaw!
Brzmi absurdalnie? Jasne, dokładnie takie jest, choć "w tym szaleństwie jest metoda". Beelzebub to anime, które nawet na moment nie przestaje być komedią. Gdybym miała pokusić się o porównania, najbliższa temu tytułowi wydaje mi się Gintama (z zastrzeżeniami). Ale nawet Gintama ma swoje poważne i patetyczne momenty, Beezlebub do końca nie wychodzi z komediowego trybu, choć nie brakuje w nim typowego dla shounenów mordobicia i naparzanek. Jak wskazuje początek fabuły - można się spodziewać, że nasz bohater będzie wdawał się w kolejne bójki z coraz silniejszymi przeciwnikami. Ale równocześnie nawet w sytuacjach kulminacyjnego napięcia Beelzebub sprawia, że widz turla się po podłodze ze śmiechu. Przy czym nie jest to humor abstrakcyjny jak w Sayonara Zetsubbou Sensei, raczej cała rzecz zasadza się na złośliwej ironii i sporej umowności. No i gra tu przede wszystkim komizm postaci. 
Przyznam od razu, uwielbiam tę anime. 
Zaczęło się od mangi, a gdy niedługo potem dowiedziałam się, że zrealizowano wersję telewizyjną, podchodziłam do niej sceptycznie - jakoś adaptacje częściej bywają dużo gorsze od papierowych pierwowzorów... Przystępowałam więc do oglądania z dużą dozą nieufności. Niepotrzebnie. Absurdalne postaci, humor i pomysłowa fabuła - wszystko to w dużej mierze udało się przenieść na ekran. Dużym plusem jest dobór seiyuu, aktorzy spisali się świetnie, znakomicie oddając charaktery swoich bohaterów. A ci są barwni i zróżnicowani - istna galeria osobliwości, szczególnie w drugim planie. Dla samych postaci warto to anime obejrzeć, nie tylko bawią, ale też wzbudzają autentyczną sympatię.
Fabuła jest z lekka absurdalna i początkowo dosyć wierna mandze, stąd zapewne epizodyczność wątków do połowy serii, z czasem nabiera jednolitości, choć daje się w ogólnym zarysie dość łatwo przewidzieć. Tytuł wpisuje się gładko w schemat shounena, ale kolejne odcinki nie nudziły. Końcówka jednak może rozczarować, wydała mi się jak ucięta nożem, szczególnie w porównaniu z mangą i zakończenie to chyba jedyny zarzut jaki mogłabym postawić tej serii. 
Animacja nie stoi na jakimś super wysokim poziomie i należy do tych, które można by określić "nie razi i nie zachwyca". Ale też idealnie pasuje do Beelzebuba, szczególnie gdy idzie o projekty postaci. Można pewnie się przyczepić o szczegóły, tło, dalszy plan, ale jeśli w innych seriach mogło mi to przeszkadzać, tutaj tak skupiałam się na bohaterach, że kompletnie mi to nie przeszkadzało. Z drugiej strony, wycackana i wymuskana grafika jakoś zupełnie mi do Beelzebuba nie przystaje, więc z braku takowej jakoś nie jestem w stanie uczynić wady tego anime. 
Natomiast muzyka to chyba standard dla tego typu serii. W trakcie trwania mamy sporo różnorodnych utworków do posłuchania, bo pojawia się pięć openingów i tyleż samo endingów. Jak już kiedyś wspomniałam ocena muzyki to rzecz mocno subiektywna, ale ta z Beelzebuba mi się spodobała. Na tyle, że ostatecznie całkiem zadomowiła się na mojej empetrójce. Jak napisałam, muzyka jest zróżnicowana brzmieniowo, dostajemy więc humorystyczne kawałki jak, swoją drogą oddający świetnie charakter anime Dadada czy (uwaga! słuchacie na własną odpowiedzialność, od tego ciężko się uwolnić) Papepipu papipepu papepipupo, przy którym doskonale się uprawia poranną gimnastykę ^^ Są też słodkie popowe utworki  w rodzaju Hajimaru no wa, Sayonara czy Tsuyogari, ale także ostrzejsze brzmienia prezentowane w piosenkach Baby U, Hey! i Shoujo Traveller.  Mamy też utwory niejako wypośrodkowane, pierwszy ending Answer i ostatni z openingów Only You-Kimito no Kizuna. Graficznie zarówno openingi jak i endingi mają niezły poziom, nie zdradzając wiele z fabuły, ale prezentując galerię postaci, zaś Dadada dodatkowo zarówno tekstem jak i grafiką nawiązujący do specyficznego humoru anime. Pod względem graficznym najbardziej spodobał mi się Nanairo Namida, ending jak na shounen bardzo shoujo ^^
Polecać nie polecać?  Ja polecam, szczególnie tym, którzy mają ochotę się pośmiać. Beezlebub jest świetną komedią i poprawiaczem nastroju. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może odpowiadać ten rodzaj poczucia humoru. Radzę spróbować z pierwszym odcinkiem, to dobra próbka tego, co prezentuje całe anime. Ja z pewnością powrócę za jakiś czas do serialu, a póki co śledzę sobie dalsze perypetie bohaterów w mandze (która jest jeszcze lepsza od anime) i wciąż mam ubaw po pachy.
A nawet więcej ^^

piątek, 21 grudnia 2012

Meri-kurisumasu!



 Czy jak tam jeszcze animowane postacie gadają w japońskich kreskówkach^^
 Na niemal wszystkich zdjęciach anime'owo christmasowych widnieją kawaii panienki, często na wpół roznegliżowane, ale udało mi się dla odmiany znaleźć przystojniaka ze świątecznym upominkiem. Przystojniak to Shizuo "Shizu-chan" Heiwajima z serii "Durarara!" którą porzuciłam swego czasu, a teraz mam ogromną ochotę do niej powrócić...
No, ale wcześniej będzie recenzja "Beelzebuba".
Wesołych Świąt! 

środa, 21 listopada 2012

Rzut oka na...

Jesień, jesień, a jesienią wysyp nowych animacji. Pewnie trochę późno na robienie bilansu jesiennego sezonu, zwłaszcza, że grudzień tuż, tuż, a większość serii premierę miała dawno temu, no ale... Trzeba się w końcu określić ^^ W tym sezonie nowych tytułów jak mrówków, aż trudno się zdecydować co tu oglądać! Szczególnie, że doba ma wciąż tylko 24 godziny i nijak nie chce zrobić się bardziej elastyczna... No, ale udało mi się pomimo to rzucić okiem na pierwsze epizody kilku nowych serii i przynajmniej częściowo zdecydować się, czy wrzucić coś na Listę Watch On. Musiałam się mocno ograniczać, zwłaszcza, że wciąż mam spore zaległości z poprzednich sezonów. Zatem po kolei:
Aoi Sekai no Chuushin de
Dwa królestwa Segua i Nintendo toczą ze sobą wojnę. Segua ponosi klęskę za klęską, do momentu, gdy w szeregi jej armii nie wkroczy pewien wyjątkowo utalentowany w walce chłopiec, o imieniu Gear. Seria według twórców ma być parodią gier wydawanych przez SEGę i NINTENDO (jak widać nazewnictwo dość bezpośrednio wskazuje, z czym będziemy mieć do czynienia), więc fani postaci z takich gier jak Zelda, Sonic czy Super Mario Bros zapewne będą zainteresowani tym tytułem. Mnie przyciągnął głównie gatunek, lubię fantasy, jednak pierwszy epizod anime okazał się sporym rozczarowaniem. Zaczęło się bardzo przewidywanie: bohater doświadczony traumą, decyduje się sprzeciwić najeźdźcy, który odebrał mu ukochanego brata i dołącza do armii Segui. Wykazuje niesłychany talent, powala przeciwników kilkakrotnie silniejszych i liczebniejszych, dostaje w końcu lanie, bo przecież prawem shonena, każdy w końcu natrafi na silniejszego od siebie. Ale bohater oczywiście się nie poddaje, w walce kompletuje sobie doborową drużynę i... witaj przygodo?
Wrażenia...Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że dalej będzie schematycznie do bólu. Ani fabuła, ani bohaterowie nie zdołali mnie jakoś przekonać do tego tytułu, szczególnie, że wykazuje on wszelkie przejawy nachalnego fanserwisu, czego nie trawię nawet w małych dawkach i anime musi mnie naprawdę mocno zainteresować, żebym była w stanie przymknąć na to oko. Tak więcej, raczej podziękuję, a tytuł wykreślam z listy.
Code: Breaker
Tytuł, przyznam dość mocno przeze mnie wyczekiwany, głównie dlatego, że od dłuższego czasu śledzę losy bohaterów przedstawione w mandze i ciekawa byłam animacji. Sakura Sakurakouji, piękna i niezwykle popularna uczennica szkoły średniej, postrzegana jest jako osóbka niezwykle delikatna, którą należy chronić i strzec. Rzeczywistość jest jednak nieco inna, Sakura ma bowiem czarny pas w sztukach walki i świetnie posługuje się mieczem. Pewnego dnia jest świadkiem brutalnego morderstwa w parku, morderstwa, które nosi cechy nadnaturalne: młody chłopak za pomocą niebieskiego płomienia obraca w popiół członków miejskiego gangu. Choć Sakura zgłasza sprawę policji, wszystko jednak zostaje zatuszowane, jakby nic nigdy się nie wydarzyło. Dziewczyna jest jednak pewna tego, co widziała. Jakie jest jej zdumienie, gdy zabójca pojawia się w jej szkole jako nowy uczeń, Ogami Rei. Posiadająca szczególne poczucie sprawiedliwości dziewczyna postanawia dowiedzieć się, co się dzieje i w ten sposób wkracza w świat ludzi o niezwykłych mocach, którzy oficjalnie nie istnieją, w świat Code Breakerów.
Wrażenia: bez emocji, ponieważ pierwszy odcinek jest odzwierciedleniem, niemal klatka po klatce tego, co dzieje się w mandze. Miałam dziwne wrażenie, że w anime wszystko rozgrywa się jakby wolniej i jest drętwawe, nie wiem czy to kwestia znajomości wersji papierowej czy też samo anime faktycznie pozbawione jest rytmu. Kreska zbliżona do tej w mandze, więc nie ma zaskoczeń, dobór seyiuu jak na razie mi nie zgrzyta, szczególnie jestem zadowolona z głosu Oagmiego, pasuje do tej chłodnej i starannie ukrywającej emocje postaci. W sumie, zapowiada się nieźle, ale mimo wszystko czegoś mi brakuje. Choć sama nie wiem czego. Niemniej, na listę wciągam, ale bez pośpiechu, priorytetem ten tytuł nie będzie.
K-Project
To również seria, na którą czekałam ze sporym zaciekawieniem. Trailery zachęcały, zwłaszcza jeśli chodzi o animację i to grafika w głównej mierze mnie do tego tytułu przyciągnęła. Akcja rozgrywa się w mieście Shizume w jakiejś tam rozwiniętej technologicznie przyszłości. Pomiędzy siedmioma królami zostają rozdzielone strefy wpływów, których granice są ciągle przesuwane, w zależności od poziomu mocy przeciwników. Jednak istnieje podobno jeszcze jeden król, który posiada niszczycielskie moce, zdolne pokonać wszystkie pozostałe klany i wszystko wskazuje na to, że jest nim Yashiro "Shiro" Isana, obdarzony niezwykle łagodną i przyjazną osobowością uczeń Ashinaka High School. Zaczynają polować na niego członkowie Homry, klanu Czerwonego Króla, ale jego śmierci pragnie także tajemniczy szermierz nieżyjącego Siódmego Króla - Kuroh Yatogami...
Wrażenia z pierwszego docinka są jak najbardziej pozytywne! Piękna grafika, znakomite sekwencje walk, bardzo ładnie zanimowana scena pościgu po całym mieście, ciekawie zapętlająca się fabuła, intryga i świetnie zapowiadające się charaktery (plus niesamowita obsada aktorska!), to wszystko tylko zachęca mnie, by bezwzględnie wciągnąć anime na listę. Niemniej jest kilka elementów, które budzą mój niepokój, w tym podejrzanie duża liczba bishonenów, a jeszcze się nie spotkałam z anime, któremu wróżyłoby to dobrze. No nic, zobaczymy, na liście ląduje z całkiem wysokim priorytetem. 
Kamisama Hajimemashita
Jak do tej pory były same shouneny, może czas by na jakieś shoujo... Choć gatunek ten chyba jednak lepiej sprawdza się w wersji mangowej. Niemniej, Kamisama Hajimemashita urzekło mnie wyniosłym i aroganckim spojrzeniem jednej z głównych postaci, więc sięgnęłam po pierwszy epizod, nie bardzo wiedząc z czym będę mieć do czynienia. Heroina tego anime Nanami Momozono zostaje pozbawiona dachu nad głową z powodu ojca, który pozaciągawszy hazardowe długi, beztrosko ulatnia się, pozostawiając dziewczynę samej sobie. Nie mając gdzie się podziać, dziewczę ulega namowom, spotkanego w parku dziwnego jegomościa, który za okazaną pomoc oferuje Nanami lokum. Szybko jednak okazuje się, gdzie tkwi w tej propozycji haczyk: lokum okazuje się starą zaniedbaną świątynią, a Nanami zostaje naznaczona jako bóstwo opiekuńcze tego miejsca, co zupełnie ale to zupełnie nie podoba się Tomoe, który pełnił rolę chowańca poprzedniego bóstwa Mikage. 
Wrażenia: hmm, słodkie toto jak cukierek i utrzymane w tonie komediowym, ale całkiem niespodziewanie mnie urzekło. Fabuła będzie raczej przewidywalna, podobnie jak typową bohaterką shoujo jest Nanami i nie spodziewam się zaskoczeń, ale seria zapowiada się na miłą, niewymagającą rozrywkę. W wolnej chwili, obejrzę, wciągam na listę. 
Psycho-Pass
W świecie zaawansowanej technologicznie przyszłości ludzkość tak bardzo poszła naprzód, że komputerowe skany mogą już określić stopień agresji u ludzi i podzielić jednostki na przyszłych przestępców oraz spokojnych obywateli. Osobniki, które wykazują przekraczający skalę pomiar agresji są albo eliminowane albo wdrażane do służb policyjnych jako "psy gończe", przydatne, ale stale pilnowane poprzez elektroniczne obroże. Do jednostki policyjnej zostaje przydzielona Akane Tsunemori, naiwna i pełna ideałów, która osiągnęła najwyższe punkty na rządowych egzaminach. Zostaje przydzielona do sił Wydziału Śledczego, gdzie od razu przypada jej udział w pierwszej akcji razem z Egzekutorami, potencjalnymi i faktycznymi kryminalistami, przydzielonymi do służb bezpieczeństwa. Pierwsza akcja zderza świeżo upieczoną panią inspektor z brutalną rzeczywistością i wydaje się całkowitą porażką... 
Wrażenia: dobre. Chociaż główna bohaterka dosyć mnie irytuje, anime zawiera w sobie wystarczającą ilość innych, ciekawie pomyślanych charakterów, żebym się nie musiała irytować. Konstrukcja anime'owej rzeczywistości jest intrygująca, przedstawiony świat zachwycił mnie swoją kontrastowością, a reguły rządzące nim, przypominają mi nieco świat GITSa. Odcinek zapowiada serię brutalną, z mrocznawym klimatem, łagodzonym jednak przez, mam wrażenie ironicznie tutaj użyte, hologramowe kawaii maskotki. Mam ochotę na odrobinę mrocznego klimatu i ciekawej intrygi w futurologicznej oprawie. Wciągam na listę bezwzględnie.
Zetsuen no Tempest
Bohaterami anime jest dwóch chłopców:  Mahiro Fuwa pełen determinacji poszukujący pomsty za tajemniczą śmierć ukochanej siostry i Yoshino Takigawa, jego przyjaciel, który niespodziewanie zostaje wplątany w serię nadprzyrodzonych zdarzeń, jakie zapoczątkowuje sojusz Mahiro z uwięzioną na nieznanej wyspie czarownicą z klanu Kusaribe - Hakase. Wyzwolona magia i walki wewnętrzne klanu Kusaribe mają straszliwe skutki, świat pogrąża się w chaosie, na ludzi spada tajemnicza zaraza, a na ziemi pojawiają się nieznane istoty przywołane mocą Drzewa Zetsuen. Przepowiednia głosi, że jeśli drzewo to się obudzi, świat czeka zagłada. Mahiro i Yoshino zostają wplątani w walki magów i muszą zdecydować, co jest prawdą, choć sami skrywają niejedną tajemnicę. 
Wrażenia: no ba! Czy mogłabym oprzeć się serii, w której jest tyle nawiązań do Szekspira, a bohaterowie gadają cytatami z "Hamleta"? Mieszanka magii i technologii to nigdy specjalnie nie były moje klimaty, wolę czystsze gatunkowo fantasy, ale dla Zetsuen no Tempest obniżę wymagania. Mam nadzieję, że seria mnie nie zawiedzie, bo po pierwszym epie pokładam w niej duże nadzieje!
I to już wszystko. Jak widać mocno przesiałam ofertę tegorocznego jesiennego sezonu, ale też z miejsca odrzuciłam wszelkie przesłodzone szkolne komedyjki, anime z mniejszą czy większą dawką ecchi i haremówki, których ostatnio wybitnie nie trawię. Nad kilkoma tytułami się wahałam, jak choćby Suki-tte Ii na yo, Robotics; Notes czy Magi: Labyrinth of Magic. Ominęłam też kontynuacje takie jak Jormungand Perfect Order, wciąż bowiem nie obejrzałam pierwszej serii i nie wiem czy przypadnie mi do gustu. Wszystko jest do nadrobienia jednak, mam nadzieję. W końcu nadzieja matką... ekhm...
Optymistów ^^

wtorek, 9 października 2012

Ciepło, z nutką nostalgii. Natsume Yuujinchou San


Moja wena postanowiła najwyraźniej wyemigrować w odległe rejony Amazonii i zaległości jakie mam w oglądaniu i recenzowaniu anime osiągnęły obecnie rozmiary obu Ameryk. Czas jednak skończyć z wymówkami, wzięłam więc wenę za fraki i zmusiłam do współpracy. Urlop wykorzystałam miedzy innymi na powtórzenie sobie, już w jednym ciągu, trzeciej serii o Natsume, chłopcu ze zdolnością widzenia ayakashi. Serii, którą chyba całe wieki temu obiecałam zrecenzować. Przy czym chyba już na samym początku powinnam się zastrzec: mam do tego anime ogromną słabość, więc nie wiem czy można tu liczyć na obiektywną, racjonalną ocenę... Zrzuciwszy z sumienia to wyznanie, mogę przejść do zachwytów nad Natsume Yuujinchou San ^^
Dla przypomnienia: introwertyczny nastolatek Takashi Natsume po babce odziedziczył zdolność postrzegania youkai, a także Księgę Przyjaciół, w której zapisane są imiona różnych ayakashi. Posiadanie notesu staje się dla chłopca kłopotliwe, ponieważ właściciel może mieć na swoje usługi wszystkie demony i duchy, które oddały swoje imiona, a zatem Księga – a wraz z nią Natsume – staje się celem łowów, nie tylko youkai. W trakcie trwania serii przed widzem powoli odsłania się postać głównego protagonisty, jego otoczenie i szereg postaci z dwóch światów: ludzkiego i demonicznego. Zasadniczo, każdy kto oglądał już dwa poprzednie sezony Natsume wie, czego się spodziewać po trzeciej. Dostajemy bowiem to, czego oczekiwaliśmy – nic więcej, nic mniej. I bardzo dobrze, anime jest bowiem tak doskonale wyważone, że jakiekolwiek zaburzenie proporcji mogłoby nie wyjść mu na dobre. Generalnie zatem NY San jest po prostu przedłużeniem serii wcześniejszych. To ten sam klimat, ciepłej, nieco nostalgicznej i bez pośpiechu snutej opowieści. Brak gwałtownych skoków akcji, choć przecież na ekranie sporo się dzieje. Całość jest epizodyczna, kolejne odcinki powtarzają schemat znany już z Zoku Natsume Yuujinchou. Ale dostajemy też nieco więcej. O ile dwie poprzednie serie mocno skupiały się na istnieniu Księgi Przyjaciół, w NY San przedmiot ten odgrywa już dużo mniejszą rolę; są epizody, w których całkowicie zanika, podobnie jak wspomnienie o babce Reiko. W zamian otrzymujemy więcej scenek z życia codziennego Natsume, obserwujemy bohatera w otoczeniu przyjaciół, zaangażowanego w szkolny festiwal, towarzyszącemu swojemu zastępczemu ojcu na wycieczce. Jest też kilka reminiscencji z dzieciństwa naszego bohatera, w tym moja ulubiona z czwartego epizodu – szalenie urocza! Seria trzecia powraca także do wątków poruszonych w odcinkach poprzedzającego sezonu – znów mamy do czynienia z klanem Matoba, tym razem Natsume poznaje groźnego, charyzmatycznego przywódcę rodziny; zostaje też pociągnięty wątek przyjaźni z Natorim.   
Na co jednak najbardziej zwróciłam uwagę w NY San to sposób, w jaki bohater powoli, acz konsekwentnie buduje więzi z otaczającymi go osobami. Jako wyobcowanemu i przerzucanemu z miejsca na miejsce dziecku, niełatwo mu się otworzyć, obdarzyć zaufaniem, czasem jest zadziwiająco bezradny w wydawałoby się zwyczajnych sytuacjach. Rozwinięty w tej serii wątek przyjaźni z Tanumą pokazuje najwyraźniej momenty wahań, zagubienia, zmieszania. Natsume bardzo powoli uczy się przyjaźni i polegania na innych, coraz mocniejsze relacje łączą go z osobami, które wiedzą o jego zdolnościach: Tanumą i Taki, ale też najnormalniejsza koleżeńska więź z Kitamoto czy Nishimurą staje się bezcenna, bo nigdy wcześniej nie doświadczona. Nawiasem mówiąc w jednym z odcinków mamy okazję podejrzeć początki tej przyjaźni – jaka ciepła i ujmująca scena! W retrospektywach twórcy odsłonili też zdarzenia, które doprowadziły Natsume do domu Fujiwarów – więc chociaż sequel Zoku NY wydaje się powtarzać schemat, wraz z rozwojem serii składają się, niczym puzzle, kolejne wątki, związane z głównym bohaterem. Natsume w NY San wzmacnia więzi nie tylko z ludźmi. O ile w pierwszej części świat ayakashi był dla niego obcy i groźny, w drugiej zaczął przybierać kształty bardziej swojskie, wciąż jednak był w opozycji do normalnego życia, to w trzecim sezonie chłopiec przestaje uważać swoją zdolność widzenia ayakashi za przekleństwo. Uświadamia sobie, że także w tym świecie zdobył przyjaciół, dla których jest ważny i na pomoc których może zawsze liczyć. W końcu potrafi połączyć obydwa światy, wyznaczając sobie własną ścieżkę, zgodną z odruchami serca, choć nie zawsze z rozsądkiem. Natsume Yuujinchou San to bardzo udana kontynuacja, która przynosi nam obraz powolutku ewoluującego, nietuzinkowego bohatera. Stawiam jeden krok za drugim, nawet jeśli są bardzo małe – stwierdza Natsume w jednym z odcinków i to chyba najlepsze podsumowanie fabuły.
Grafika niestety nie pozostała niezmienna. Wprawdzie wciąż mamy te same pastelowe barwy i wygaszone tonacje oraz nie przesłodzony design postaci, ale już w połowie serii niestety zaczyna się to psuć – rysunek staje się mocno uproszczony, tła statyczne, dynamika ruchu zachwiana. W porównaniu z poprzednimi sezonami z przykrością muszę stwierdzić, że jakość animacji uległa pogorszeniu i podczas seansu to niestety zaczyna irytować. Szczególnie, że w seriach poprzedzających animacja była na dość wysokim poziomie.
   Za to oprawa muzyczna wiele się nie zmieniła. Oczywiście mamy nowy opening i ending, ale utrzymane są one w tym samym co poprzednio brzmieniu. Sympatyczny utworek otwierający serię Boku ni Dekiru Koto w wykonaniu How Merry Marry idealnie wpisuje się w pół optymistyczny, pół nostalgiczny nastrój całego anime. Na tyle wpada w ucho, że przyłapywałam się na nuceniu go pod nosem. Graficznie opening jest bardzo przyjemny, pojawia się w nim cała galeria ważnych dla serialu i dobrze już znanych widzowi postaci. Z kolei ending Kimi no Kakera z wokalem Kousuke Atariego (wykonawcy pięknego Natsu yuuzora endingu pierwszej serii), któremu na skrzypcach akompaniuje Emiri Miyamoto to niemal tradycyjnie już utwór bardzo łagodny, kojący i chwytający za serce. Graficznie towarzyszy temu śliczna rodzinna sceneria letniej nocy. Zresztą charakterystyczna grafika endingowa zastosowana w prequelach NY San została tutaj pociągnięta, dodając temu tytułowi kolejny urokliwy akcent.
Przy najszczerszych chęciach nie jestem w stanie narzekać na wtórność, schematyczność czy inne niedociągnięcia trzeciej serii Natsume, które są wprawdzie dla mnie dostrzegalne, ale zbywam je machnięciem ręki. To prawda, że twórcy zafundowali nam sprawdzony przepis i NY San właściwie jest przedłużeniem Zoku NY, niewiele się od niego różniąc, ale kompletnie nie potrafię dostrzec w takim rozwiązaniu wady. Ta opowieść jest tak ciepła, sympatyczna, z charakterystyczną nutą nostalgii, że trudno zachować wobec niej obojętność. Zwyczajnie chwyta za serce. Mnie w każdym razie chwyciła mocno. Idealna na jesienną chandrę ^^

piątek, 5 października 2012

Przerywnik.

Panna Jeż wpadła w kociozachwyt, więc obiecana całe wieki temu recenzja Miyori no mori się nie ukaże. Przynajmniej nie w najbliższym czasie, ale nie dziwmy się. Koty mają swoje prawa, a kociarze swoje... słabości ^^ Ja mam przedweekendowy klawiaturo-wstręt, więc chociaż recenzja drugiej i trzeciej serii Natsume jest już sklecona, trzeba ją jednak jeszcze przepisać. Niestety nikt nie chce zatrudnić się na sekretarkę za dobre słowo, dlatego czekamy na wenę, stąd dzisiaj taki sobie przerywnik.
Jakby ktoś nie zwrócił uwagi to mamy jesień ^^ A jesień oznacza wysyp nowych serii anime! Z ciekawością przeglądałam tytuły tegorocznego jesiennego sezonu i muszę powiedzieć, że zapowiada się całkiem, całkiem interesująco. Dwa lub trzy tytuły mam na mur zaklepane, kilka pretenduje do "rzutu oka" na pierwszy epizod. Ale o tym wszystkim pod koniec października, kiedy już powychodzą wszystkie premierowe epizody serii, które chcę sobie obczaić. Bo jednak trailerom nie wierzę, zwiastuny są złudne - a często kompletnie nic nie mówią o serii. Co najwyżej przyciągną lub odrzucą grafiką. A ja w końcu muszę nadrobić zaległości i to co najmniej z dwóch sezonów do tyłu... Tymczasem  ta czytająca, jesienna panienka nie od parady w dzisiejszej notce, bo się pochwalę moim ostatnim książkowym zakupem. Nie. Wcale nie pomyliłam blogów, to miejsce jak najbardziej odpowiednie. Bo kupiłam sobie o to właśnie!
 „Studio Ghibli. Miejsce filmu animowanego w japońskiej kulturze”.
Czy nie cudne? Chyba pierwsza tego rodzaju poważniejsza publikacja w Polsce. Cytując za wydawcą: Książka ukazuje fenomen, jakim jest japoński film animowany, posługując się przykładem twórczości Studia Ghibli. Przeglądnęłam kilka rozdziałów, jedne są bardziej profesjonalne inne mniej, wszystkie prezentują ciekawe podejście do tematu. Więcej napiszę po przeczytaniu całości, bo nie chcę wybiegać z oceną do przodu. Wydawcą jest Kirin, książka od czerwca jest do nabycia. Cena wprawdzie nie najniższa, ale też chyba nie taka znów zaporowa.
No dobrze, tyle chwalenia się ^^ W następnych postach, już niedługo, obiecana recenzja Natsume i "rzut oka" na najnowsze serie anime, które ukazały się w październiku. Miłych jesiennych spacerów życzę!

sobota, 15 września 2012

Piękna i Bestia, Bestia i Piękny? Nie, Bijo ga Yajuu


Z niemałym zdziwieniem uświadomiłam sobie, że jakkolwiek w kwestii anime mam okropeczne zaległości, to jeśli chodzi o mangi taki problem nie występuje. Co więcej śledzę na bieżąco co najmniej kilkanaście tytułów o statusie „trwający” i to mimo zarzekania się... Jak ja się w to wszystko wplątałam, niech mi ktoś powie? Szkoda mi je porzucić, ale przyłapuję się na tym, że zaczynają mi się mieszać fabuły i wątki. Ale znalazł się wśród nich tytuł, który nie dość, że ma status „zakończony”, to jeszcze sprawił mi prawdziwą przyjemność. Jako, że wciąż eksperymentuję z shoujo, wyszukując co ciekawsze hybrydy i nietypowe ujęcia schematu, tropem tym natrafiłam na Bijo ga Yajuu (funkcjonujące też pod angielskojęzycznym tytułem Beauty is the Beast) autorstwa Tomo Matsumoto.
Historia zaczyna się dość zwyczajnie. Do żeńskiego akademika prywatnej szkoły Seiji trafia Eimi. Jak w każdej tego typu instytucji, tak i tu istnieje zwyczaj, by pierwszoroczniakom urządzać „chrzest”. Tym razem polega on na wykonaniu misji, Eimi zostaje wyznaczone zadanie zakradnięcia się o męskiego akademika i przyniesienia łupów:  plakietek dwóch dowolnie wybranych mieszkańców. Sprawa nie jest prosta, bo zarówno męskiego jak i damskiego akademika pilnują dozorcy, a konsekwencje w razie przyłapania mogą być poważne – z natychmiastowym wydaleniem włącznie. Mimo to Eimi decyduje się na wykonanie misji i tym sposobem trafia do pokoju Inuiego i Wanibuchina. Ten ostatni ma wśród studentów okropną opinię, wzbudza powszechny strach, krążą plotki o jego agresji, pobycie w poprawczaku. Istotnie Wanibuchin wyłamuje się ze szkolnego schematu, robi co chce i nie przejmuje się otoczeniem. Czy to dla kaprysu czy z innego powodu pomaga on Eimi wykonać zadanie i bezpiecznie wrócić do żeńskiego akademika, co przekonuje dziewczynę, że chłopak w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. 
No dobrze, pojawili się już główni bohaterowie, można się więc spodziewać, że dalej już potoczy się wszystko według schematu „miła dziewczyna i niegrzeczny chłopak”. Nic z tych rzeczy, „Bijo ga Yajuu” łamie shoujo stereotypy.
Przede wszystkim Eimi okazuje się być bardzo nietypową bohaterką mangi dla dziewczyn. Wrażenie z pierwszego rozdziału jest tu mocno złudne, to w jakim kierunku idzie rozwój tej postaci w kolejnych chapterach jest chyba jednym z największych zaskoczeń tej historii. Eimi jest kompletnie pozbawiona wyczucia romantyzmu. Właściwe strasznie ciężko ją sklasyfikować, czasem zachowuje się jak dziecko, którego głównym życiowym problemem jest napchanie brzucha, z drugiej strony zadziwiająco wiele dostrzega i ma dużą intuicję. Jest bardzo prostolinijna, ma jasno sprecyzowane poglądy i wbrew pozorom, mało podatna na wpływy i opinie innych. Trudno domyślić się, co się tam roi w jej głowie i jak za chwilę postąpi.
Wanibuchin już bardziej przypomina shoujojowe „ciacho”, typ niepokornego, z bolesnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Ale wątek związku pomiędzy nim a Eimi praktycznie nie istnieje. Po pierwsze chłopak w stosunku do Eimi wydaje się o wiele doroślejszy i często traktuje ją jak szczeniaka, który plącze się pod nogami i chce się bawić. Sam pozostaje w związku z dojrzałą kobietą i wcale nie ma ochoty z nią zerwać, gdy na horyzoncie pojawia się Eimi. Nie wykazuje też specjalnych uczuć, gdy przy Eimi zaczyna kręcić się Simone, który w końcu zyskuje oficjalny status chłopaka. Stosunki Eimi i Simone to zresztą osobna, przezabawna historia, choć chłopakowi należałoby współczuć, tyle się przez swoją wybrankę nacierpi. Swoją drogą w tym przypadku, mimo swojej nieraz błyskotliwej intuicji, Eimi wykazuje się nieprawdopodobną wręcz niedomyślnością. Sama Eimi obdarza Wanichina uczuciem uwielbienia fanki wobec idola, takie zauroczenia rzadko kiedy mogą być podstawą trwałego uczucia. I nawet fakt posiadania przez obiekt westchnień partnerki, jakoś niespecjalnie dziewczynie przeszkadza.
Brzmi nietypowo? I takie właśnie jest. Nic w tej krótkiej pięciotomowej zaledwie mandze nie układa się tak, jakby można się było spodziewać. Romansowi daleko do romansu, bohaterowie są co najmniej niesztampowi, brak tu scen wśród kwiatów i mydlanych baniek. Przy czym wszystko zostało podlane sosem specyficznego humoru. Czytając „Bijo ga Yajuu” zaśmiewałam się w głos, sytuacje i bohaterowie potrafią naprawdę rozbawić. Co ciekawe nie brak w tej historii poważniejszych, nostalgicznych scen. Wszystko jest jednak doskonale wyważone. Nie tylko główni protagoniści są tu ważni, swoją rolę odegrają inni mieszkańcy obydwu akademików. Generalnie całość to szereg scen z życia zarówno męskiego jak i damskiego domu studenta. Eimi szybko się tu aklimatyzuje, zdobywa przyjaciół – również perypetiom tych postaci autorka poświęciła trochę uwagi. Historie są spokojne, ale wyważone i w większości podobno oparte o własne doświadczenia mangaczki z czasów studenckich.
Kreska jest bardzo miła dla oka, ładna, dopracowana. Design postaci, nie ma tego przesłodzonego kawaii wyglądu, który tak bardzo mnie drażni w niektórych produkcjach z gatunku shoujo, choć męskim bohaterom nie brak cech bishounenów (choć bez przesady), więc przynajmniej tutaj mamy zachowane status quo ^^ Kadry w większości są czyste, tła puste, ale przyznam, że ta oszczędność bardzo do mnie przemawia. Nie przepadam za przeładowaniem rysunku, choć naturalnie są wyjątki (Otoyomegatari!). Całość zmieściła się w 5 tomikach i jest to jak najbardziej słuszna długość dla tego typu historii. Dłuższa prawdopodobnie w końcu by znużyła, krótsza pozostawiła niedosyt, a tak mam poczucie zadowolenia, choć zakończenie odrobinę mnie zdeprymowało. Aha, ostatni rozdział to zupełnie inna historia, typowy one shot, jakkolwiek uroczy z Bijo ga Yajuu” nie mający nic wspólnego. Ale po nim jest sympatyczne nawiązanie do głównego wątku, więc nie warto go pomijać.
Gdyby mi przyszło określić jednym słowem tę mangę, powiedziałabym po prostu – fajna! Bardzo przyjemnie się ją czyta, a dowodem na to fakt, że zdążyłam przeczytać ją trzykrotnie do czasu napisania tej recenzji i z pewnością jeszcze do niej powrócę. To już jest jakiś wyznacznik jakości... chyba? ^^
Na koniec mały bonus. Wprawdzie manga nie jest dostępna na polskim rynku wydawniczym, ale została przetłumaczona w całości na nasz ojczysty język. Sprawcą tego tłumaczenia jest grupa skanlacyjna Synthesiss i skany dostępne są na ich stronie oraz do czytania online na Centrum Mangi. Tłumaczenie to dobra translatorska robota, pierwszy rozdział jest jeszcze trochę szorstki, ale reszta chapterów to żywe dialogi i zgrabnie przetłumaczone uwagi i dopiski. Grupie wypada pogratulować udanego projektu, całość przeczytałam w ich tłumaczeniu i nic mi nie zgrzytało, co często dzieje się w polskich tłumaczeniach grup skanlacyjnych.
Polecam. Lavendowy znak jakości został „Bijo ga Yajuu” przyznany! ^^

czwartek, 2 sierpnia 2012

Saiyuki Never Ends

Znowu wsiąknęłam w Saiyukową never-ending-story.
AMVka jest cudna. Z wakacyjnymi pozdrowieniami dla wszystkich fanów Saiyuki ^^


PS. Cały czas czekamy oczywiście na Pannę Jeż... ^^