Moja wena postanowiła
najwyraźniej wyemigrować w odległe rejony Amazonii i zaległości jakie mam w
oglądaniu i recenzowaniu anime osiągnęły obecnie rozmiary obu Ameryk. Czas
jednak skończyć z wymówkami, wzięłam więc wenę za fraki i zmusiłam do
współpracy. Urlop wykorzystałam miedzy innymi na powtórzenie sobie, już w
jednym ciągu, trzeciej serii o Natsume, chłopcu ze zdolnością widzenia
ayakashi. Serii, którą chyba całe wieki temu obiecałam zrecenzować. Przy czym
chyba już na samym początku powinnam się zastrzec: mam do tego anime ogromną
słabość, więc nie wiem czy można tu liczyć na obiektywną, racjonalną ocenę...
Zrzuciwszy z sumienia to wyznanie, mogę przejść do zachwytów nad Natsume
Yuujinchou San ^^
Dla przypomnienia: introwertyczny nastolatek Takashi Natsume po babce odziedziczył
zdolność postrzegania youkai, a także Księgę Przyjaciół, w której zapisane są
imiona różnych ayakashi. Posiadanie notesu staje się dla chłopca kłopotliwe,
ponieważ właściciel może mieć na swoje usługi wszystkie demony i duchy, które
oddały swoje imiona, a zatem Księga – a wraz z nią Natsume – staje się celem
łowów, nie tylko youkai. W trakcie trwania serii przed widzem powoli odsłania
się postać głównego protagonisty, jego otoczenie i szereg postaci z dwóch światów:
ludzkiego i demonicznego. Zasadniczo, każdy kto oglądał już dwa poprzednie
sezony Natsume wie, czego się spodziewać po trzeciej. Dostajemy bowiem
to, czego oczekiwaliśmy – nic więcej, nic mniej. I bardzo dobrze, anime jest
bowiem tak doskonale wyważone, że jakiekolwiek zaburzenie proporcji mogłoby nie
wyjść mu na dobre. Generalnie zatem NY San jest po prostu przedłużeniem
serii wcześniejszych. To ten sam klimat, ciepłej, nieco nostalgicznej i bez
pośpiechu snutej opowieści. Brak gwałtownych skoków akcji, choć przecież na
ekranie sporo się dzieje. Całość jest epizodyczna, kolejne odcinki powtarzają
schemat znany już z Zoku Natsume Yuujinchou. Ale dostajemy też nieco
więcej. O ile dwie poprzednie serie mocno skupiały się na istnieniu Księgi
Przyjaciół, w NY San przedmiot ten odgrywa już dużo mniejszą rolę; są
epizody, w których całkowicie zanika, podobnie jak wspomnienie o babce Reiko. W
zamian otrzymujemy więcej scenek z życia codziennego Natsume, obserwujemy
bohatera w otoczeniu przyjaciół, zaangażowanego w szkolny festiwal,
towarzyszącemu swojemu zastępczemu ojcu na wycieczce. Jest też kilka reminiscencji z dzieciństwa
naszego bohatera, w tym moja ulubiona z czwartego epizodu – szalenie urocza!
Seria trzecia powraca także do wątków poruszonych w odcinkach poprzedzającego sezonu – znów mamy do czynienia z klanem Matoba, tym razem Natsume poznaje
groźnego, charyzmatycznego przywódcę rodziny; zostaje też pociągnięty wątek
przyjaźni z Natorim.
Na co jednak najbardziej zwróciłam uwagę w NY San to
sposób, w jaki bohater powoli, acz konsekwentnie buduje więzi z otaczającymi go
osobami. Jako wyobcowanemu i przerzucanemu z miejsca na miejsce dziecku,
niełatwo mu się otworzyć, obdarzyć zaufaniem, czasem jest zadziwiająco bezradny
w wydawałoby się zwyczajnych sytuacjach. Rozwinięty w tej serii wątek przyjaźni
z Tanumą pokazuje najwyraźniej momenty wahań, zagubienia, zmieszania. Natsume
bardzo powoli uczy się przyjaźni i polegania na innych, coraz mocniejsze relacje
łączą go z osobami, które wiedzą o jego zdolnościach: Tanumą i Taki, ale też
najnormalniejsza koleżeńska więź z Kitamoto czy Nishimurą staje się bezcenna,
bo nigdy wcześniej nie doświadczona. Nawiasem mówiąc w jednym z odcinków mamy
okazję podejrzeć początki tej przyjaźni – jaka ciepła i ujmująca scena! W
retrospektywach twórcy odsłonili też zdarzenia, które doprowadziły Natsume do
domu Fujiwarów – więc chociaż sequel Zoku NY wydaje się powtarzać
schemat, wraz z rozwojem serii składają się, niczym puzzle, kolejne wątki,
związane z głównym bohaterem. Natsume w NY San wzmacnia więzi nie tylko z
ludźmi. O ile w pierwszej części świat ayakashi był dla niego obcy i groźny, w
drugiej zaczął przybierać kształty bardziej swojskie, wciąż jednak był w
opozycji do normalnego życia, to w trzecim sezonie chłopiec przestaje uważać swoją
zdolność widzenia ayakashi za przekleństwo. Uświadamia sobie, że także w tym
świecie zdobył przyjaciół, dla których jest ważny i na pomoc których może
zawsze liczyć. W końcu potrafi połączyć obydwa światy, wyznaczając sobie własną
ścieżkę, zgodną z odruchami serca, choć nie zawsze z rozsądkiem. Natsume
Yuujinchou San to bardzo udana kontynuacja, która przynosi nam obraz
powolutku ewoluującego, nietuzinkowego bohatera. Stawiam jeden krok za
drugim, nawet jeśli są bardzo małe – stwierdza Natsume w jednym z odcinków
i to chyba najlepsze podsumowanie fabuły.
Grafika niestety nie pozostała
niezmienna. Wprawdzie wciąż mamy te same pastelowe barwy i wygaszone tonacje
oraz nie przesłodzony design postaci, ale już w połowie serii niestety zaczyna
się to psuć – rysunek staje się mocno uproszczony, tła statyczne, dynamika
ruchu zachwiana. W porównaniu z poprzednimi sezonami z przykrością muszę
stwierdzić, że jakość animacji uległa pogorszeniu i podczas seansu to niestety
zaczyna irytować. Szczególnie, że w seriach poprzedzających animacja była na
dość wysokim poziomie.
Za to oprawa muzyczna wiele się
nie zmieniła. Oczywiście mamy nowy opening i ending, ale utrzymane są one w tym
samym co poprzednio brzmieniu. Sympatyczny utworek otwierający serię Boku ni Dekiru Koto w wykonaniu How Merry Marry idealnie wpisuje się w pół
optymistyczny, pół nostalgiczny nastrój całego anime. Na tyle wpada w ucho, że
przyłapywałam się na nuceniu go pod nosem. Graficznie opening jest bardzo
przyjemny, pojawia się w nim cała galeria ważnych dla serialu i dobrze już
znanych widzowi postaci. Z kolei ending Kimi no Kakera z wokalem Kousuke
Atariego (wykonawcy pięknego Natsu yuuzora endingu pierwszej serii), któremu
na skrzypcach akompaniuje Emiri Miyamoto to niemal tradycyjnie już utwór bardzo
łagodny, kojący i chwytający za serce. Graficznie towarzyszy temu śliczna rodzinna
sceneria letniej nocy. Zresztą charakterystyczna grafika endingowa zastosowana
w prequelach NY San została tutaj pociągnięta, dodając temu tytułowi kolejny
urokliwy akcent.
Przy najszczerszych chęciach nie jestem
w stanie narzekać na wtórność, schematyczność czy inne niedociągnięcia trzeciej
serii Natsume, które są wprawdzie dla mnie dostrzegalne, ale zbywam je
machnięciem ręki. To prawda, że twórcy zafundowali nam sprawdzony przepis i NY
San właściwie jest przedłużeniem Zoku NY, niewiele się od niego różniąc,
ale kompletnie nie potrafię dostrzec w takim rozwiązaniu wady. Ta opowieść jest
tak ciepła, sympatyczna, z charakterystyczną nutą nostalgii, że trudno zachować
wobec niej obojętność. Zwyczajnie chwyta za serce. Mnie w każdym razie chwyciła
mocno. Idealna na jesienną chandrę ^^



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz