totoro

totoro

piątek, 21 grudnia 2012

Meri-kurisumasu!



 Czy jak tam jeszcze animowane postacie gadają w japońskich kreskówkach^^
 Na niemal wszystkich zdjęciach anime'owo christmasowych widnieją kawaii panienki, często na wpół roznegliżowane, ale udało mi się dla odmiany znaleźć przystojniaka ze świątecznym upominkiem. Przystojniak to Shizuo "Shizu-chan" Heiwajima z serii "Durarara!" którą porzuciłam swego czasu, a teraz mam ogromną ochotę do niej powrócić...
No, ale wcześniej będzie recenzja "Beelzebuba".
Wesołych Świąt! 

środa, 21 listopada 2012

Rzut oka na...

Jesień, jesień, a jesienią wysyp nowych animacji. Pewnie trochę późno na robienie bilansu jesiennego sezonu, zwłaszcza, że grudzień tuż, tuż, a większość serii premierę miała dawno temu, no ale... Trzeba się w końcu określić ^^ W tym sezonie nowych tytułów jak mrówków, aż trudno się zdecydować co tu oglądać! Szczególnie, że doba ma wciąż tylko 24 godziny i nijak nie chce zrobić się bardziej elastyczna... No, ale udało mi się pomimo to rzucić okiem na pierwsze epizody kilku nowych serii i przynajmniej częściowo zdecydować się, czy wrzucić coś na Listę Watch On. Musiałam się mocno ograniczać, zwłaszcza, że wciąż mam spore zaległości z poprzednich sezonów. Zatem po kolei:
Aoi Sekai no Chuushin de
Dwa królestwa Segua i Nintendo toczą ze sobą wojnę. Segua ponosi klęskę za klęską, do momentu, gdy w szeregi jej armii nie wkroczy pewien wyjątkowo utalentowany w walce chłopiec, o imieniu Gear. Seria według twórców ma być parodią gier wydawanych przez SEGę i NINTENDO (jak widać nazewnictwo dość bezpośrednio wskazuje, z czym będziemy mieć do czynienia), więc fani postaci z takich gier jak Zelda, Sonic czy Super Mario Bros zapewne będą zainteresowani tym tytułem. Mnie przyciągnął głównie gatunek, lubię fantasy, jednak pierwszy epizod anime okazał się sporym rozczarowaniem. Zaczęło się bardzo przewidywanie: bohater doświadczony traumą, decyduje się sprzeciwić najeźdźcy, który odebrał mu ukochanego brata i dołącza do armii Segui. Wykazuje niesłychany talent, powala przeciwników kilkakrotnie silniejszych i liczebniejszych, dostaje w końcu lanie, bo przecież prawem shonena, każdy w końcu natrafi na silniejszego od siebie. Ale bohater oczywiście się nie poddaje, w walce kompletuje sobie doborową drużynę i... witaj przygodo?
Wrażenia...Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że dalej będzie schematycznie do bólu. Ani fabuła, ani bohaterowie nie zdołali mnie jakoś przekonać do tego tytułu, szczególnie, że wykazuje on wszelkie przejawy nachalnego fanserwisu, czego nie trawię nawet w małych dawkach i anime musi mnie naprawdę mocno zainteresować, żebym była w stanie przymknąć na to oko. Tak więcej, raczej podziękuję, a tytuł wykreślam z listy.
Code: Breaker
Tytuł, przyznam dość mocno przeze mnie wyczekiwany, głównie dlatego, że od dłuższego czasu śledzę losy bohaterów przedstawione w mandze i ciekawa byłam animacji. Sakura Sakurakouji, piękna i niezwykle popularna uczennica szkoły średniej, postrzegana jest jako osóbka niezwykle delikatna, którą należy chronić i strzec. Rzeczywistość jest jednak nieco inna, Sakura ma bowiem czarny pas w sztukach walki i świetnie posługuje się mieczem. Pewnego dnia jest świadkiem brutalnego morderstwa w parku, morderstwa, które nosi cechy nadnaturalne: młody chłopak za pomocą niebieskiego płomienia obraca w popiół członków miejskiego gangu. Choć Sakura zgłasza sprawę policji, wszystko jednak zostaje zatuszowane, jakby nic nigdy się nie wydarzyło. Dziewczyna jest jednak pewna tego, co widziała. Jakie jest jej zdumienie, gdy zabójca pojawia się w jej szkole jako nowy uczeń, Ogami Rei. Posiadająca szczególne poczucie sprawiedliwości dziewczyna postanawia dowiedzieć się, co się dzieje i w ten sposób wkracza w świat ludzi o niezwykłych mocach, którzy oficjalnie nie istnieją, w świat Code Breakerów.
Wrażenia: bez emocji, ponieważ pierwszy odcinek jest odzwierciedleniem, niemal klatka po klatce tego, co dzieje się w mandze. Miałam dziwne wrażenie, że w anime wszystko rozgrywa się jakby wolniej i jest drętwawe, nie wiem czy to kwestia znajomości wersji papierowej czy też samo anime faktycznie pozbawione jest rytmu. Kreska zbliżona do tej w mandze, więc nie ma zaskoczeń, dobór seyiuu jak na razie mi nie zgrzyta, szczególnie jestem zadowolona z głosu Oagmiego, pasuje do tej chłodnej i starannie ukrywającej emocje postaci. W sumie, zapowiada się nieźle, ale mimo wszystko czegoś mi brakuje. Choć sama nie wiem czego. Niemniej, na listę wciągam, ale bez pośpiechu, priorytetem ten tytuł nie będzie.
K-Project
To również seria, na którą czekałam ze sporym zaciekawieniem. Trailery zachęcały, zwłaszcza jeśli chodzi o animację i to grafika w głównej mierze mnie do tego tytułu przyciągnęła. Akcja rozgrywa się w mieście Shizume w jakiejś tam rozwiniętej technologicznie przyszłości. Pomiędzy siedmioma królami zostają rozdzielone strefy wpływów, których granice są ciągle przesuwane, w zależności od poziomu mocy przeciwników. Jednak istnieje podobno jeszcze jeden król, który posiada niszczycielskie moce, zdolne pokonać wszystkie pozostałe klany i wszystko wskazuje na to, że jest nim Yashiro "Shiro" Isana, obdarzony niezwykle łagodną i przyjazną osobowością uczeń Ashinaka High School. Zaczynają polować na niego członkowie Homry, klanu Czerwonego Króla, ale jego śmierci pragnie także tajemniczy szermierz nieżyjącego Siódmego Króla - Kuroh Yatogami...
Wrażenia z pierwszego docinka są jak najbardziej pozytywne! Piękna grafika, znakomite sekwencje walk, bardzo ładnie zanimowana scena pościgu po całym mieście, ciekawie zapętlająca się fabuła, intryga i świetnie zapowiadające się charaktery (plus niesamowita obsada aktorska!), to wszystko tylko zachęca mnie, by bezwzględnie wciągnąć anime na listę. Niemniej jest kilka elementów, które budzą mój niepokój, w tym podejrzanie duża liczba bishonenów, a jeszcze się nie spotkałam z anime, któremu wróżyłoby to dobrze. No nic, zobaczymy, na liście ląduje z całkiem wysokim priorytetem. 
Kamisama Hajimemashita
Jak do tej pory były same shouneny, może czas by na jakieś shoujo... Choć gatunek ten chyba jednak lepiej sprawdza się w wersji mangowej. Niemniej, Kamisama Hajimemashita urzekło mnie wyniosłym i aroganckim spojrzeniem jednej z głównych postaci, więc sięgnęłam po pierwszy epizod, nie bardzo wiedząc z czym będę mieć do czynienia. Heroina tego anime Nanami Momozono zostaje pozbawiona dachu nad głową z powodu ojca, który pozaciągawszy hazardowe długi, beztrosko ulatnia się, pozostawiając dziewczynę samej sobie. Nie mając gdzie się podziać, dziewczę ulega namowom, spotkanego w parku dziwnego jegomościa, który za okazaną pomoc oferuje Nanami lokum. Szybko jednak okazuje się, gdzie tkwi w tej propozycji haczyk: lokum okazuje się starą zaniedbaną świątynią, a Nanami zostaje naznaczona jako bóstwo opiekuńcze tego miejsca, co zupełnie ale to zupełnie nie podoba się Tomoe, który pełnił rolę chowańca poprzedniego bóstwa Mikage. 
Wrażenia: hmm, słodkie toto jak cukierek i utrzymane w tonie komediowym, ale całkiem niespodziewanie mnie urzekło. Fabuła będzie raczej przewidywalna, podobnie jak typową bohaterką shoujo jest Nanami i nie spodziewam się zaskoczeń, ale seria zapowiada się na miłą, niewymagającą rozrywkę. W wolnej chwili, obejrzę, wciągam na listę. 
Psycho-Pass
W świecie zaawansowanej technologicznie przyszłości ludzkość tak bardzo poszła naprzód, że komputerowe skany mogą już określić stopień agresji u ludzi i podzielić jednostki na przyszłych przestępców oraz spokojnych obywateli. Osobniki, które wykazują przekraczający skalę pomiar agresji są albo eliminowane albo wdrażane do służb policyjnych jako "psy gończe", przydatne, ale stale pilnowane poprzez elektroniczne obroże. Do jednostki policyjnej zostaje przydzielona Akane Tsunemori, naiwna i pełna ideałów, która osiągnęła najwyższe punkty na rządowych egzaminach. Zostaje przydzielona do sił Wydziału Śledczego, gdzie od razu przypada jej udział w pierwszej akcji razem z Egzekutorami, potencjalnymi i faktycznymi kryminalistami, przydzielonymi do służb bezpieczeństwa. Pierwsza akcja zderza świeżo upieczoną panią inspektor z brutalną rzeczywistością i wydaje się całkowitą porażką... 
Wrażenia: dobre. Chociaż główna bohaterka dosyć mnie irytuje, anime zawiera w sobie wystarczającą ilość innych, ciekawie pomyślanych charakterów, żebym się nie musiała irytować. Konstrukcja anime'owej rzeczywistości jest intrygująca, przedstawiony świat zachwycił mnie swoją kontrastowością, a reguły rządzące nim, przypominają mi nieco świat GITSa. Odcinek zapowiada serię brutalną, z mrocznawym klimatem, łagodzonym jednak przez, mam wrażenie ironicznie tutaj użyte, hologramowe kawaii maskotki. Mam ochotę na odrobinę mrocznego klimatu i ciekawej intrygi w futurologicznej oprawie. Wciągam na listę bezwzględnie.
Zetsuen no Tempest
Bohaterami anime jest dwóch chłopców:  Mahiro Fuwa pełen determinacji poszukujący pomsty za tajemniczą śmierć ukochanej siostry i Yoshino Takigawa, jego przyjaciel, który niespodziewanie zostaje wplątany w serię nadprzyrodzonych zdarzeń, jakie zapoczątkowuje sojusz Mahiro z uwięzioną na nieznanej wyspie czarownicą z klanu Kusaribe - Hakase. Wyzwolona magia i walki wewnętrzne klanu Kusaribe mają straszliwe skutki, świat pogrąża się w chaosie, na ludzi spada tajemnicza zaraza, a na ziemi pojawiają się nieznane istoty przywołane mocą Drzewa Zetsuen. Przepowiednia głosi, że jeśli drzewo to się obudzi, świat czeka zagłada. Mahiro i Yoshino zostają wplątani w walki magów i muszą zdecydować, co jest prawdą, choć sami skrywają niejedną tajemnicę. 
Wrażenia: no ba! Czy mogłabym oprzeć się serii, w której jest tyle nawiązań do Szekspira, a bohaterowie gadają cytatami z "Hamleta"? Mieszanka magii i technologii to nigdy specjalnie nie były moje klimaty, wolę czystsze gatunkowo fantasy, ale dla Zetsuen no Tempest obniżę wymagania. Mam nadzieję, że seria mnie nie zawiedzie, bo po pierwszym epie pokładam w niej duże nadzieje!
I to już wszystko. Jak widać mocno przesiałam ofertę tegorocznego jesiennego sezonu, ale też z miejsca odrzuciłam wszelkie przesłodzone szkolne komedyjki, anime z mniejszą czy większą dawką ecchi i haremówki, których ostatnio wybitnie nie trawię. Nad kilkoma tytułami się wahałam, jak choćby Suki-tte Ii na yo, Robotics; Notes czy Magi: Labyrinth of Magic. Ominęłam też kontynuacje takie jak Jormungand Perfect Order, wciąż bowiem nie obejrzałam pierwszej serii i nie wiem czy przypadnie mi do gustu. Wszystko jest do nadrobienia jednak, mam nadzieję. W końcu nadzieja matką... ekhm...
Optymistów ^^

wtorek, 9 października 2012

Ciepło, z nutką nostalgii. Natsume Yuujinchou San


Moja wena postanowiła najwyraźniej wyemigrować w odległe rejony Amazonii i zaległości jakie mam w oglądaniu i recenzowaniu anime osiągnęły obecnie rozmiary obu Ameryk. Czas jednak skończyć z wymówkami, wzięłam więc wenę za fraki i zmusiłam do współpracy. Urlop wykorzystałam miedzy innymi na powtórzenie sobie, już w jednym ciągu, trzeciej serii o Natsume, chłopcu ze zdolnością widzenia ayakashi. Serii, którą chyba całe wieki temu obiecałam zrecenzować. Przy czym chyba już na samym początku powinnam się zastrzec: mam do tego anime ogromną słabość, więc nie wiem czy można tu liczyć na obiektywną, racjonalną ocenę... Zrzuciwszy z sumienia to wyznanie, mogę przejść do zachwytów nad Natsume Yuujinchou San ^^
Dla przypomnienia: introwertyczny nastolatek Takashi Natsume po babce odziedziczył zdolność postrzegania youkai, a także Księgę Przyjaciół, w której zapisane są imiona różnych ayakashi. Posiadanie notesu staje się dla chłopca kłopotliwe, ponieważ właściciel może mieć na swoje usługi wszystkie demony i duchy, które oddały swoje imiona, a zatem Księga – a wraz z nią Natsume – staje się celem łowów, nie tylko youkai. W trakcie trwania serii przed widzem powoli odsłania się postać głównego protagonisty, jego otoczenie i szereg postaci z dwóch światów: ludzkiego i demonicznego. Zasadniczo, każdy kto oglądał już dwa poprzednie sezony Natsume wie, czego się spodziewać po trzeciej. Dostajemy bowiem to, czego oczekiwaliśmy – nic więcej, nic mniej. I bardzo dobrze, anime jest bowiem tak doskonale wyważone, że jakiekolwiek zaburzenie proporcji mogłoby nie wyjść mu na dobre. Generalnie zatem NY San jest po prostu przedłużeniem serii wcześniejszych. To ten sam klimat, ciepłej, nieco nostalgicznej i bez pośpiechu snutej opowieści. Brak gwałtownych skoków akcji, choć przecież na ekranie sporo się dzieje. Całość jest epizodyczna, kolejne odcinki powtarzają schemat znany już z Zoku Natsume Yuujinchou. Ale dostajemy też nieco więcej. O ile dwie poprzednie serie mocno skupiały się na istnieniu Księgi Przyjaciół, w NY San przedmiot ten odgrywa już dużo mniejszą rolę; są epizody, w których całkowicie zanika, podobnie jak wspomnienie o babce Reiko. W zamian otrzymujemy więcej scenek z życia codziennego Natsume, obserwujemy bohatera w otoczeniu przyjaciół, zaangażowanego w szkolny festiwal, towarzyszącemu swojemu zastępczemu ojcu na wycieczce. Jest też kilka reminiscencji z dzieciństwa naszego bohatera, w tym moja ulubiona z czwartego epizodu – szalenie urocza! Seria trzecia powraca także do wątków poruszonych w odcinkach poprzedzającego sezonu – znów mamy do czynienia z klanem Matoba, tym razem Natsume poznaje groźnego, charyzmatycznego przywódcę rodziny; zostaje też pociągnięty wątek przyjaźni z Natorim.   
Na co jednak najbardziej zwróciłam uwagę w NY San to sposób, w jaki bohater powoli, acz konsekwentnie buduje więzi z otaczającymi go osobami. Jako wyobcowanemu i przerzucanemu z miejsca na miejsce dziecku, niełatwo mu się otworzyć, obdarzyć zaufaniem, czasem jest zadziwiająco bezradny w wydawałoby się zwyczajnych sytuacjach. Rozwinięty w tej serii wątek przyjaźni z Tanumą pokazuje najwyraźniej momenty wahań, zagubienia, zmieszania. Natsume bardzo powoli uczy się przyjaźni i polegania na innych, coraz mocniejsze relacje łączą go z osobami, które wiedzą o jego zdolnościach: Tanumą i Taki, ale też najnormalniejsza koleżeńska więź z Kitamoto czy Nishimurą staje się bezcenna, bo nigdy wcześniej nie doświadczona. Nawiasem mówiąc w jednym z odcinków mamy okazję podejrzeć początki tej przyjaźni – jaka ciepła i ujmująca scena! W retrospektywach twórcy odsłonili też zdarzenia, które doprowadziły Natsume do domu Fujiwarów – więc chociaż sequel Zoku NY wydaje się powtarzać schemat, wraz z rozwojem serii składają się, niczym puzzle, kolejne wątki, związane z głównym bohaterem. Natsume w NY San wzmacnia więzi nie tylko z ludźmi. O ile w pierwszej części świat ayakashi był dla niego obcy i groźny, w drugiej zaczął przybierać kształty bardziej swojskie, wciąż jednak był w opozycji do normalnego życia, to w trzecim sezonie chłopiec przestaje uważać swoją zdolność widzenia ayakashi za przekleństwo. Uświadamia sobie, że także w tym świecie zdobył przyjaciół, dla których jest ważny i na pomoc których może zawsze liczyć. W końcu potrafi połączyć obydwa światy, wyznaczając sobie własną ścieżkę, zgodną z odruchami serca, choć nie zawsze z rozsądkiem. Natsume Yuujinchou San to bardzo udana kontynuacja, która przynosi nam obraz powolutku ewoluującego, nietuzinkowego bohatera. Stawiam jeden krok za drugim, nawet jeśli są bardzo małe – stwierdza Natsume w jednym z odcinków i to chyba najlepsze podsumowanie fabuły.
Grafika niestety nie pozostała niezmienna. Wprawdzie wciąż mamy te same pastelowe barwy i wygaszone tonacje oraz nie przesłodzony design postaci, ale już w połowie serii niestety zaczyna się to psuć – rysunek staje się mocno uproszczony, tła statyczne, dynamika ruchu zachwiana. W porównaniu z poprzednimi sezonami z przykrością muszę stwierdzić, że jakość animacji uległa pogorszeniu i podczas seansu to niestety zaczyna irytować. Szczególnie, że w seriach poprzedzających animacja była na dość wysokim poziomie.
   Za to oprawa muzyczna wiele się nie zmieniła. Oczywiście mamy nowy opening i ending, ale utrzymane są one w tym samym co poprzednio brzmieniu. Sympatyczny utworek otwierający serię Boku ni Dekiru Koto w wykonaniu How Merry Marry idealnie wpisuje się w pół optymistyczny, pół nostalgiczny nastrój całego anime. Na tyle wpada w ucho, że przyłapywałam się na nuceniu go pod nosem. Graficznie opening jest bardzo przyjemny, pojawia się w nim cała galeria ważnych dla serialu i dobrze już znanych widzowi postaci. Z kolei ending Kimi no Kakera z wokalem Kousuke Atariego (wykonawcy pięknego Natsu yuuzora endingu pierwszej serii), któremu na skrzypcach akompaniuje Emiri Miyamoto to niemal tradycyjnie już utwór bardzo łagodny, kojący i chwytający za serce. Graficznie towarzyszy temu śliczna rodzinna sceneria letniej nocy. Zresztą charakterystyczna grafika endingowa zastosowana w prequelach NY San została tutaj pociągnięta, dodając temu tytułowi kolejny urokliwy akcent.
Przy najszczerszych chęciach nie jestem w stanie narzekać na wtórność, schematyczność czy inne niedociągnięcia trzeciej serii Natsume, które są wprawdzie dla mnie dostrzegalne, ale zbywam je machnięciem ręki. To prawda, że twórcy zafundowali nam sprawdzony przepis i NY San właściwie jest przedłużeniem Zoku NY, niewiele się od niego różniąc, ale kompletnie nie potrafię dostrzec w takim rozwiązaniu wady. Ta opowieść jest tak ciepła, sympatyczna, z charakterystyczną nutą nostalgii, że trudno zachować wobec niej obojętność. Zwyczajnie chwyta za serce. Mnie w każdym razie chwyciła mocno. Idealna na jesienną chandrę ^^

piątek, 5 października 2012

Przerywnik.

Panna Jeż wpadła w kociozachwyt, więc obiecana całe wieki temu recenzja Miyori no mori się nie ukaże. Przynajmniej nie w najbliższym czasie, ale nie dziwmy się. Koty mają swoje prawa, a kociarze swoje... słabości ^^ Ja mam przedweekendowy klawiaturo-wstręt, więc chociaż recenzja drugiej i trzeciej serii Natsume jest już sklecona, trzeba ją jednak jeszcze przepisać. Niestety nikt nie chce zatrudnić się na sekretarkę za dobre słowo, dlatego czekamy na wenę, stąd dzisiaj taki sobie przerywnik.
Jakby ktoś nie zwrócił uwagi to mamy jesień ^^ A jesień oznacza wysyp nowych serii anime! Z ciekawością przeglądałam tytuły tegorocznego jesiennego sezonu i muszę powiedzieć, że zapowiada się całkiem, całkiem interesująco. Dwa lub trzy tytuły mam na mur zaklepane, kilka pretenduje do "rzutu oka" na pierwszy epizod. Ale o tym wszystkim pod koniec października, kiedy już powychodzą wszystkie premierowe epizody serii, które chcę sobie obczaić. Bo jednak trailerom nie wierzę, zwiastuny są złudne - a często kompletnie nic nie mówią o serii. Co najwyżej przyciągną lub odrzucą grafiką. A ja w końcu muszę nadrobić zaległości i to co najmniej z dwóch sezonów do tyłu... Tymczasem  ta czytająca, jesienna panienka nie od parady w dzisiejszej notce, bo się pochwalę moim ostatnim książkowym zakupem. Nie. Wcale nie pomyliłam blogów, to miejsce jak najbardziej odpowiednie. Bo kupiłam sobie o to właśnie!
 „Studio Ghibli. Miejsce filmu animowanego w japońskiej kulturze”.
Czy nie cudne? Chyba pierwsza tego rodzaju poważniejsza publikacja w Polsce. Cytując za wydawcą: Książka ukazuje fenomen, jakim jest japoński film animowany, posługując się przykładem twórczości Studia Ghibli. Przeglądnęłam kilka rozdziałów, jedne są bardziej profesjonalne inne mniej, wszystkie prezentują ciekawe podejście do tematu. Więcej napiszę po przeczytaniu całości, bo nie chcę wybiegać z oceną do przodu. Wydawcą jest Kirin, książka od czerwca jest do nabycia. Cena wprawdzie nie najniższa, ale też chyba nie taka znów zaporowa.
No dobrze, tyle chwalenia się ^^ W następnych postach, już niedługo, obiecana recenzja Natsume i "rzut oka" na najnowsze serie anime, które ukazały się w październiku. Miłych jesiennych spacerów życzę!

sobota, 15 września 2012

Piękna i Bestia, Bestia i Piękny? Nie, Bijo ga Yajuu


Z niemałym zdziwieniem uświadomiłam sobie, że jakkolwiek w kwestii anime mam okropeczne zaległości, to jeśli chodzi o mangi taki problem nie występuje. Co więcej śledzę na bieżąco co najmniej kilkanaście tytułów o statusie „trwający” i to mimo zarzekania się... Jak ja się w to wszystko wplątałam, niech mi ktoś powie? Szkoda mi je porzucić, ale przyłapuję się na tym, że zaczynają mi się mieszać fabuły i wątki. Ale znalazł się wśród nich tytuł, który nie dość, że ma status „zakończony”, to jeszcze sprawił mi prawdziwą przyjemność. Jako, że wciąż eksperymentuję z shoujo, wyszukując co ciekawsze hybrydy i nietypowe ujęcia schematu, tropem tym natrafiłam na Bijo ga Yajuu (funkcjonujące też pod angielskojęzycznym tytułem Beauty is the Beast) autorstwa Tomo Matsumoto.
Historia zaczyna się dość zwyczajnie. Do żeńskiego akademika prywatnej szkoły Seiji trafia Eimi. Jak w każdej tego typu instytucji, tak i tu istnieje zwyczaj, by pierwszoroczniakom urządzać „chrzest”. Tym razem polega on na wykonaniu misji, Eimi zostaje wyznaczone zadanie zakradnięcia się o męskiego akademika i przyniesienia łupów:  plakietek dwóch dowolnie wybranych mieszkańców. Sprawa nie jest prosta, bo zarówno męskiego jak i damskiego akademika pilnują dozorcy, a konsekwencje w razie przyłapania mogą być poważne – z natychmiastowym wydaleniem włącznie. Mimo to Eimi decyduje się na wykonanie misji i tym sposobem trafia do pokoju Inuiego i Wanibuchina. Ten ostatni ma wśród studentów okropną opinię, wzbudza powszechny strach, krążą plotki o jego agresji, pobycie w poprawczaku. Istotnie Wanibuchin wyłamuje się ze szkolnego schematu, robi co chce i nie przejmuje się otoczeniem. Czy to dla kaprysu czy z innego powodu pomaga on Eimi wykonać zadanie i bezpiecznie wrócić do żeńskiego akademika, co przekonuje dziewczynę, że chłopak w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły. 
No dobrze, pojawili się już główni bohaterowie, można się więc spodziewać, że dalej już potoczy się wszystko według schematu „miła dziewczyna i niegrzeczny chłopak”. Nic z tych rzeczy, „Bijo ga Yajuu” łamie shoujo stereotypy.
Przede wszystkim Eimi okazuje się być bardzo nietypową bohaterką mangi dla dziewczyn. Wrażenie z pierwszego rozdziału jest tu mocno złudne, to w jakim kierunku idzie rozwój tej postaci w kolejnych chapterach jest chyba jednym z największych zaskoczeń tej historii. Eimi jest kompletnie pozbawiona wyczucia romantyzmu. Właściwe strasznie ciężko ją sklasyfikować, czasem zachowuje się jak dziecko, którego głównym życiowym problemem jest napchanie brzucha, z drugiej strony zadziwiająco wiele dostrzega i ma dużą intuicję. Jest bardzo prostolinijna, ma jasno sprecyzowane poglądy i wbrew pozorom, mało podatna na wpływy i opinie innych. Trudno domyślić się, co się tam roi w jej głowie i jak za chwilę postąpi.
Wanibuchin już bardziej przypomina shoujojowe „ciacho”, typ niepokornego, z bolesnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Ale wątek związku pomiędzy nim a Eimi praktycznie nie istnieje. Po pierwsze chłopak w stosunku do Eimi wydaje się o wiele doroślejszy i często traktuje ją jak szczeniaka, który plącze się pod nogami i chce się bawić. Sam pozostaje w związku z dojrzałą kobietą i wcale nie ma ochoty z nią zerwać, gdy na horyzoncie pojawia się Eimi. Nie wykazuje też specjalnych uczuć, gdy przy Eimi zaczyna kręcić się Simone, który w końcu zyskuje oficjalny status chłopaka. Stosunki Eimi i Simone to zresztą osobna, przezabawna historia, choć chłopakowi należałoby współczuć, tyle się przez swoją wybrankę nacierpi. Swoją drogą w tym przypadku, mimo swojej nieraz błyskotliwej intuicji, Eimi wykazuje się nieprawdopodobną wręcz niedomyślnością. Sama Eimi obdarza Wanichina uczuciem uwielbienia fanki wobec idola, takie zauroczenia rzadko kiedy mogą być podstawą trwałego uczucia. I nawet fakt posiadania przez obiekt westchnień partnerki, jakoś niespecjalnie dziewczynie przeszkadza.
Brzmi nietypowo? I takie właśnie jest. Nic w tej krótkiej pięciotomowej zaledwie mandze nie układa się tak, jakby można się było spodziewać. Romansowi daleko do romansu, bohaterowie są co najmniej niesztampowi, brak tu scen wśród kwiatów i mydlanych baniek. Przy czym wszystko zostało podlane sosem specyficznego humoru. Czytając „Bijo ga Yajuu” zaśmiewałam się w głos, sytuacje i bohaterowie potrafią naprawdę rozbawić. Co ciekawe nie brak w tej historii poważniejszych, nostalgicznych scen. Wszystko jest jednak doskonale wyważone. Nie tylko główni protagoniści są tu ważni, swoją rolę odegrają inni mieszkańcy obydwu akademików. Generalnie całość to szereg scen z życia zarówno męskiego jak i damskiego domu studenta. Eimi szybko się tu aklimatyzuje, zdobywa przyjaciół – również perypetiom tych postaci autorka poświęciła trochę uwagi. Historie są spokojne, ale wyważone i w większości podobno oparte o własne doświadczenia mangaczki z czasów studenckich.
Kreska jest bardzo miła dla oka, ładna, dopracowana. Design postaci, nie ma tego przesłodzonego kawaii wyglądu, który tak bardzo mnie drażni w niektórych produkcjach z gatunku shoujo, choć męskim bohaterom nie brak cech bishounenów (choć bez przesady), więc przynajmniej tutaj mamy zachowane status quo ^^ Kadry w większości są czyste, tła puste, ale przyznam, że ta oszczędność bardzo do mnie przemawia. Nie przepadam za przeładowaniem rysunku, choć naturalnie są wyjątki (Otoyomegatari!). Całość zmieściła się w 5 tomikach i jest to jak najbardziej słuszna długość dla tego typu historii. Dłuższa prawdopodobnie w końcu by znużyła, krótsza pozostawiła niedosyt, a tak mam poczucie zadowolenia, choć zakończenie odrobinę mnie zdeprymowało. Aha, ostatni rozdział to zupełnie inna historia, typowy one shot, jakkolwiek uroczy z Bijo ga Yajuu” nie mający nic wspólnego. Ale po nim jest sympatyczne nawiązanie do głównego wątku, więc nie warto go pomijać.
Gdyby mi przyszło określić jednym słowem tę mangę, powiedziałabym po prostu – fajna! Bardzo przyjemnie się ją czyta, a dowodem na to fakt, że zdążyłam przeczytać ją trzykrotnie do czasu napisania tej recenzji i z pewnością jeszcze do niej powrócę. To już jest jakiś wyznacznik jakości... chyba? ^^
Na koniec mały bonus. Wprawdzie manga nie jest dostępna na polskim rynku wydawniczym, ale została przetłumaczona w całości na nasz ojczysty język. Sprawcą tego tłumaczenia jest grupa skanlacyjna Synthesiss i skany dostępne są na ich stronie oraz do czytania online na Centrum Mangi. Tłumaczenie to dobra translatorska robota, pierwszy rozdział jest jeszcze trochę szorstki, ale reszta chapterów to żywe dialogi i zgrabnie przetłumaczone uwagi i dopiski. Grupie wypada pogratulować udanego projektu, całość przeczytałam w ich tłumaczeniu i nic mi nie zgrzytało, co często dzieje się w polskich tłumaczeniach grup skanlacyjnych.
Polecam. Lavendowy znak jakości został „Bijo ga Yajuu” przyznany! ^^

czwartek, 2 sierpnia 2012

Saiyuki Never Ends

Znowu wsiąknęłam w Saiyukową never-ending-story.
AMVka jest cudna. Z wakacyjnymi pozdrowieniami dla wszystkich fanów Saiyuki ^^


PS. Cały czas czekamy oczywiście na Pannę Jeż... ^^

sobota, 5 maja 2012

Skalpel w dłoń! "Ray the animation"

W dalszym ciągu oczekujemy na wenę Jeża Rudzielca, którą wszakże porwała wiosna i kto wie, kiedy nam ją odda, zatem w maju znów pojawi się tylko lavendowa notatka. Ostatnio zajmowałam się głównie mangą, pora zatem na urozmaicenie i parę słów o jakimś anime. Krótkim, bo 13-odcinkowym zaledwie, ale czasem trzynaście odcinków to i tak o wiele za dużo i niestety tak było w przypadku tego tytułu. Sięgnęłam jakiś czas temu po Ray - the animation i muszę przyznać, że takiego kuriozum to chyba nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Opis fabuły był jednak dość zachęcający. Ray, jako dziecko została porwana i wraz z innymi dziećmi przetrzymywana w zamkniętym pokoju, stała się ofiarą nielegalnego handlu organami. Została wówczas jako dawczyni pozbawiona oczu. Z więzienia wydostał ją tajemniczy Black Jack, wybawca wszczepił jej też gałki oczne, dzięki którym zyskała rentgenowski wzrok. Nowe oczy, po ukończeniu przez dziewczynę medycyny, pomagają przeprowadzać skomplikowane operacje, które dla innych chirurgów nie byłyby możliwe. Rentgenowski wzrok przyda się Ray w kolejnej pracy, gdzie natrafi na szereg dziwnych przypadków i tylko od jej zdolności niezwykłego widzenia, szybkości i precyzji zależeć będzie dobro pacjentów. Jak do tej pory nie brzmi to źle, pomijając oczywisty nonsens jakim jest rentgen w oczach. No, ale będąc pokoleniem wychowanym na legendzie supermana i innych herosach ze stajni Marvela - mogłabym machnąć na to nieprawdopodobieństwo ręką. Tyle, że nieprawdopodobieństwa się mnożą i końca ich nie widać. Po pierwszym odcinku anime zapowiada się na serię z elementami science-fiction, niestety wraz ze wzrastającą liczbą odcinków rośnie konsternacja widza. Owszem sporo tu fiction, ale fikcja ta nie ma nawet minimalnego oparcia w żadnej z dziedzin nauki. Kolejne przypadki, z którymi musi się zmierzyć Ray są coraz bardziej kuriozalne i dla mnie osobiście, dosyć obrzydliwe. Udziwnione stworzenia w rodzaju roślinki obdarzonej samoświadomością, przejmującej kontrolę nad ludzkimi organizmami, pani chirurg operująca z szybkością rewolwerowca (aż niemal brak sceny, w której kręcąc młynka swoim skalpelem, z szatańską zręcznością wrzuciłaby go do kieszonki przy pasie), postaci poboczne wyjęte z zupełnie innej bajki (ordynator szpitala z drewnianą nogą i opaską na oku, któremu do pełni wizerunku brakuje tylko butelki rumu w ręce i klnącej soczyście papugi na ramieniu, oraz trio pielęgniarek o umiejętnościach wojowników ninja), wszystko to sprawiało, że patrzyłam na ekran z niedowierzaniem. Ale dziwactwom bynajmniej nie koniec na tym! Kolejne, coraz barwniejsze przypadki zbliżają panią doktor do głównego szwarccharakteru serii i pozwalają jej odkryć własną przeszłość, rekonstruując na wpół utracone wspomnienia z dzieciństwa. Zarówno ordynator jak i własna matka ukrywają przed Ray coś, co łączy ją ze sprawcą wszystkich tych dziwnych zdarzeń. Nic więcej zdradzać nie będę, gdyby ktoś jednak zechciał zapoznać się z tym "cudem", co jednak serdecznie odradzam.
O większości oglądanych dotąd anime, nawet jeśli nie przypadły mi do gustu pod względem fabularnym nie mogłam powiedzieć z zupełną stanowczością, że są złe. Pomimo niedostatków fabuły, miały plusy w postaci grafiki czy niezłej ścieżki muzycznej. Jakkolwiek bardzo nisko swego czasu oceniłam Uraboku, nie mogę mu odmówić świetnej oprawy graficznej. W przypadku Ray nie potrafię jednak wskazać żadnych plusów.  Główna, zupełnie znośna, bohaterka nie jest w stanie udźwignąć całej serii, a ta jest po prostu zła. Drętwe dialogi, dziwaczne wymysły fabuły, plastikowe postaci. Żałosne próby wstawienia w całość akcentów humorystycznych dały co najmniej żenujący efekt. Zakończenie zaskakuje i owszem, szkoda, że w tak negatywnym sensie. Jest po prostu idiotyczne!
Koszmarnej fabuły nie ratuje grafika, tutaj przeraźliwie przeciętna, z designem postaci co prawda poprawnym, ale już bardzo statystycznymi tłami i wadliwą dynamiką ruchu. Zwyczajna rzemieślnicza robota, niczym nie przyciągająca wzroku. A nie oszukujmy się, w seriach anime, grafika to naprawdę ważna rzecz i powinna być na poziomie. Muzyka teoretycznie gdzieś tam sobie plumka w tle, chyba... bo głowy za to nie dam. Absolutnie nie kojarzę ani jednej nuty z całego podkładu dźwiękowego. Mgliście przypomina mi się dość dynamiczny opening "Zero G" śpiewany przez Masami Okui oraz spokojny i wyjątkowo jak na tę serię ładnie zanimowany ending "Yuunagi" wykonywany przez Tomoe Oumi.
W sumie to, co mnie zaciekawiło najbardziej w tym anime to wątek Black Jacka, kompletnie tu niewykorzystany i pozostawiony sam sobie. Zdziwiło mnie to i po krótkich poszukiwaniach okazało się, że postać ta doczekała się co najmniej kilku wersji animowanych przygód, dwóch serii anime, OAVki i dwóch kinówek, a także 25-tomowej mangi. Mały rekonesans pozwolił ocenić, że Black Jack cieszy się popularnością i dobrymi opiniami, co zatem robi w tak kiepskiej serii?!
Ocena ostateczna: nie tykać, nawet kijem! Nie polecam w żadnym przypadku.  Co ciekawe tytuł ten został wydany w Polsce przez Anime-Gate. Zastanawiam się, co też skłoniło wydawnictwo, by wypuścić na rynek podobną osobliwość? Seria powinna zostać opatrzona hasłem na pudełku: Kuriozum! Tobie na imię Ray the animation!

niedziela, 11 marca 2012

"Róża w ogrodzie pełnym chwastów" - Hana Kimi

Miał być w tym miejscu tekst poświęcony Miyori no Mori Panny Jeż, ale ponieważ nasza recenzentka od kilku miesięcy starannie „zbiera myśli”, postanowiłam nie ingerować w proces twórczy i cierpliwie czekać na efekty. Możliwe, że doczekamy się jeszcze w tym roku ^^ Tymczasem postanowiłam wkleić coś nowego, zwłaszcza, że od ostatniej notki, trochę wody upłynęło. Zima minęła mi pod znakiem mang shoujo, na który to gatunek złapałam dużą „fazę” i zgłębiam go z zapałem neofitki. Okazał się on, tak jak i shounen, całkiem różnorodny i pojemny, spodziewam się więc, że materiału do recenzji mi nie zabraknie, na bardzo długi czas.
No ale do rzeczy, czyli do wspomnianego w tytule Hana Kimi czy też w oryginale Hanazakari no Kimitachi e, który to tytuł czekał na recenzję od dłuższego czasu.
Mizuki Ashiya jest Japonką mieszkającą w USA, w stanie Kalifornia. Któregoś dnia, podczas oglądania w telewizji zawodów lekkoatletyki, dostrzega wśród zawodników niezwykle utalentowanego japońskiego skoczka Sano Izumi. Od tej pory staje się on jej idolem. Istotnie gwiazda Izumiego lśni wyjątkowo jasno, toteż dla wszystkich ogromnym szokiem jest, gdy w parę lat później, po doznanej kontuzji, chłopak postanawia zrezygnować ze skoków i obiecującej kariery lekkoatlety. Dla Mizuki decyzja ta jest tyle szokująca, co kompletnie niezrozumiała. A ponieważ jest osobą szybką w działaniu, wpada więc na szalony pomysł, by zapisać się do tej samej szkoły w Japonii, do której uczęszcza Sano, zbliżyć się do niego i przekonać go, by powrócił do lekkoatletyki. Problem w tym, że szkoła, do której uczęszcza Sano, jest wyłącznie męska. Nie stanowi to jednak przeszkody dla naszej zdeterminowanej bohaterki, Mizuki ścina włosy, przebiera się za chłopaka i zapisuje się do Osaka Gakuen. Szczęśliwie się składa, Mizuki dość szybko poznaje Sano, na dodatek traf chce, że zostają współlokatorami. Izumi okazuje się jednak osobą, do której zbliżyć się niełatwo, a choć Mizuki dwoi się i troi, by skruszyć chłodny dystans chłopaka jej starania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. I już praktycznie na samym początku zostaje zdekonspirowana przez szkolnego lekarza Hokuto Umedę, przystojniaka i zdeklarowanego homoseksualistę, gdy przypadkiem zdarzyło jej się zasłabnąć. Jej płeć odkrywa także sam Sano, gdy niesie „kolegę” do lekarskiego gabinetu, postanawia jednak zatrzymać ten sekret dla siebie. Mizuki szczęśliwie udaje się przekonać Umedę do zachowania tajemnicy, ale to jak możemy się spodziewać, dopiero początek kłopotów. Udawanie osobnika płci męskiej w szkole pełnej chłopców to doprawdy karkołomne zadanie, a tu trzeba będzie stanąć przed wieloma niespodziewanymi zdarzeniami: przyjazd brata przekonanego, że ukochana siostrzyczka uczęszcza do zwykłej koedukacyjnej placówki, pojawienie się zbyt wiele dostrzegającego fotografa czy rosnące uczucie kolegi z dormitorium, który usiłuje sobie poradzić z faktem, że darzy miłością osobę tej samej płci... Wyzwań jest sporo, przy czym Mizuki z czasem coraz pewniej się czuje w Osaka Gakuen i coraz bardziej beztroska się staje, więc jedynie interwencje Sano czy Umedy chronią ją od całkowitej demaskacji.
Hana Kimi oparte jest na, do bólu eksploatowanym przez twórców japońskiej anime i mangi, pomyśle. „Przebieranki” to jeden z ulubionych motywów w tym przemyśle i wydawałoby się, że tak ograny chwyt powinien być już nużący. Ale nie. Powstała naprawdę sympatyczna i wciągająca historia, która potrafi wzbudzić w czytelniku pozytywne reakcje i ciepłe uczucia. Duża w tym zasługa bohaterów. Postaci zostały nakreślone z wyczuciem, a równocześnie wpisują się ładnie w pewien typowy dla shoujo schemat. Mamy tutaj wyraźnie zaznaczone różnice charakterologiczne, każda z postaci wykazuje się innym temperamentem i sposobem bycia. Mizuki jest miłą, otwartą, optymistyczną dziewczyną, nieco beztroską, którą dobre serce i chęć niesienia pomocy wpędzają w nieustanne kłopoty. Niezdolna do ukrywania uczuć, każdy jej nastrój widoczny jest jak na dłoni. Nie wykazuje się ani wybitną urodą, ani uzdolnieniami, jest przeciętna i najlepiej określa ją słowo „miła”. Z kolei Sano to typ milkliwy, opanowany i powściągliwy w okazywaniu emocji. Rzadko się uśmiecha, ale kieruje się w życiu określonym kodeksem wartości i zdecydowanie można na nim polegać. Zarówno w sporcie jak i w nauce osiąga wspaniałe wyniki, na dodatek nie zbywa mu na urodzie, jednym słowem wymarzony bohater dziewczęcego romansu. Na przeciwnym biegunie jest Nakatsu, który prezentuje typ ekstrawertyczny, wesoły, nieco hałaśliwy, prostolinijny, ale bardzo serdeczny. To ten rodzaj osoby, którą zawsze otacza grono ludzi, przyciągający otwartością i nie mający nigdy najmniejszego problemu z nawiązywaniem kontaktów. Nie należy do uzdolnionych bystrzaków, ale ma w sobie coś ujmującego, co zjednuje mu mnóstwo przyjaciół. To oczywisty kontrast dla stoickiego Sano. Wokół tego tria toczyć się będą główne wydarzenia i wątek romantyczny, ale nie braknie też zgrabnie zarysowanych wątków pobocznych i postaci drugoplanowych. Wśród nich koledzy z klasy Mizuki, przewodniczący dormitoriów, przebiegły fotograf Akiha czy wreszcie mój absolutny faworyt – doktor Hokuto Umeda, którego wredny charakterek sprawia, że taki doktor House to przy nim zaledwie sympatyczny dziwak ^^
Linia fabularna Hana Kimi jest właściwie dość prosta i zmierza do określonego, łatwego do przewidzenia finału. Po drodze mamy kilka naciąganych i mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności, ale generalnie czyta się to wszystko przyjemnie, bez większych trudności. Piramidalnych bzdur tu nie ma, a choć niektóre rozwiązania fabularne są grubymi nićmi szyte, to jednak jest to również poniekąd cecha gatunkowa, na która można spokojnie machnąć ręką. W sumie nie ma tu nagłych zwrotów akcji czy jakichś niezwykle wstrząsających wydarzeń, ale manga jest wciągająca i od lektury naprawdę trudno się oderwać. Przy czym należało by wspomnieć o naprawdę świetnym, ciepłym humorze, zawartym w tej historii, znakomicie wyważonym, nigdy nie przekraczającym dobrego smaku, a praktycznie stale obecnym, w mniejszym czy większym natężeniu. Uśmiech właściwie towarzyszy czytelnikowi cały czas podczas lektury.
Na piątkę zasługuje kreska: miękka, bez żadnych udziwnień, naprawdę ładna. Rysunek jest bardzo miły dla oka, postacie dopracowane i wykonane starannie, od razu widać, ze to praca doświadczonej mangaczki, nie debiut. Hisaya Nakajo istotnie debiutowała one-shotem dwa lata wcześniej, zanim zaczęła rysować Hana Kimi, miała więc sporo czasu by się wprawić. Bohaterowie są piękni, doskonale narysowani i stanowią estetyczną przyjemność dla oka. Łagodne linie, delikatne pociągnięcia nadają postaciom ową lekkość, tak istotną dla mang z tego gatunku. Z kolei po tłach nie ma się bardzo czego spodziewać, są, wykonane sprawnie i dobrze pełnią swoją rolę, ale praktycznie niedostrzegalne – tutaj pierwsze skrzypce grają bohaterowie. Rysunek w komediowych scenach przechodzi w SD, a że jest to przemyślane i nie nagminne, gładko wkomponowuje się w całość. Bardzo spodobało mi się także kompozycja poszczególnych rozdziałów, rozmieszczenie postaci, obiektów, a także tekstu – zrobiono to solidnie i w rezultacie otrzymaliśmy bardzo ładnie się prezentującą, także od strony czysto technicznej, mangę.
O ile się orientuję Hana Kimi jest dostępne na rynku europejskim. Zlicencjonowało ten tytuł amerykańskie wydawnictwo Viz Media, mangę wydano też we Francji, Niemczech i Włoszech. Papierowa wersja Hana Kimi niestety nie jest dostępna na naszym rynku, w Sieci można znaleźć skany, które tłumaczy Manga Journey i z tego co wiem, praca nad projektem jest już mocno zaawansowana. Niestety, nie miałam okazji zapoznać się z polskim przekładem, od razu sięgnęłam po angielskie tłumaczenie, więc nic na ten temat powiedzieć nie mogę. Gdyby jednak któreś z polskich wydawnictw zajmujących się mangą zdecydowało się wydać ten tytuł przyznam, że chętnie bym zakupiła – spodobało mi się. Przyjemna historia, ciekawi bohaterowie i ładna kreska – czego chcieć więcej? Zdecydowanie polecam, jeśli przyjdzie wam ochota na mangę shoujo, Hana Kimi jest dobrym wyborem!
PS. Na podstawie Hana Kimi powstało kilka telewizyjnych adaptacji i dram. Nie przepadam przyznam za dramą, jakoś nigdy nie mogłam przekonać się do serialowych produkcji azjatyckich, wydawały mi się nazbyt przerysowane i sztuczne. Uczyniłam wyjątek dla Hana Kimi i nie żałuję. Dawno się tak nie uśmiałam! W porównaniu z mangą jest sporo różnic fabularnych, na których traci trochę sama historia, ale warto to zobaczyć choćby dla Tomy Ikuty, aktora grającego Nakatsu. Jego dylematy i monologi wewnętrzne są absolutnie rozbrajające! ^^