totoro

totoro

wtorek, 22 marca 2011

Youkai pełna chata


Kolejny zwariowany dzień w Ukiyoe! Kiyo-kun uparł się, by całą naszą paczką wyruszyć po zmroku do opustoszałego gmachu szkoły. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, ten budynek roi się od youkai, ale przyjaciele zupełnie nie chcieli mnie słuchać. Oczywiście, omal nie doszło do wypadku, na szczęście Tsurara i Aotabou czuwali i nikomu nie stało się nic złego. Przy czym omal nie zdradziłem się ze swoim drugim ja – to by dopiero było! Co by powiedzieli moi przyjaciele, gdyby ujrzeli moją demoniczną formę? Udało się tego jednak uniknąć. Niemniej kiedy dziadek dowiedział się o całej eskapadzie znów nie dawał mi spokoju, z tą całą sprawą, żebym został Trzecim Następcą i zajął jego miejsce jako głowa rodu. No dajcie spokój, chcę sobie normalnie żyć jako zwykły człowiek, co z tego, że jestem w ¼ youkai? Nie, dziadku, nie poprowadzę Nocnej Parady Demonów i nie, nie zostanę Trzecim Nurarihyonem!
Takie oto stanowcze opinie wypowiada bohater Nurarihyon no mago - Rikuo Nura, trzynastolatek, w którego żyłach płynie ćwiartka krwi demona. Mimo przynależności do potężnego klanu Nura, panującego na tysiącami demonów, oraz planów dziadka, by wnuk kiedyś zajął należne mu miejsce jako jego następca, Rikuo zupełnie nie ma zamiaru podążać tą ścieżką. Jest zupełnie zadowolony z życia zwykłego gimnazjalisty, otoczonego kręgiem zgranych przyjaciół – tych ludzkich i tych youkai, pragnąc zachować przynależność do obydwu światów i nie musieć z żadnego zrezygnować. Zmieni jednak zdanie, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z silnym, bezwzględnym wrogiem, który pragnie obalić dominację klanu Nura i przejąć władzę nad demonami w Ukiyoe, co oznacza zagrożenie nie tylko dla youkai, ale i dla ludzi.
Wrażenia z serii mam niemal wyłącznie pozytywne. Bardzo dobrze zarysowani bohaterowie, od głównych po tych z dalszego planu, bez zbędnych traum i tragicznych przeszłości, całkiem normalni, jeśli pominąć drobny szczegół, że większość z nich to youkai ^^ Można by się przyczepić do braku kilku wątków w anime (jak choćby kwestia zupełnej nieobecności ojca Rikuo), ale to marginalna sprawa. Generalnie jest to anime idealnym przedstawicielem swojego gatunku – shonen jak się patrzy! Bardzo zgrabnie poprowadzona fabuła, bez zbędnych przestojów, sympatyczni, zróżnicowani bohaterowie – w tym cała galeria barwnych postaci youkai, istny przegląd japońskiej demonologii. Zaś sam Rikuo w swej demonicznej wersji sprawia, że dziewczynie miękną kolana... choć doradzałabym mu zmianę fryzjera ^^ Historia nie jest szczególnie skomplikowana, ale umiejętnie poprowadzone wątki i odpowiednio dozowane napięcie sprawia, że całość potrafi skutecznie wciągnąć.
Oprawa graficzna jest piękna. Rozbudowane tła, bardzo ładny design postaci, dopracowane wnętrza – animacja jest na wysokim poziomie, choć i tu nie obejdzie się bez mojego marudzenia. Wspominałam niejednokrotnie, że nie jestem zwolenniczką techniki 3D, której użycie często mnie razi. Owszem kwitnącemu drzewu wiśni nie sposób odmówić urody, ale jednak jest sztuczne – widać to najlepiej w porównaniu z seriami z lat 80-tych, gdy o efektach CG jeszcze nie słyszano, a jednak animatorom udawało się oddać piękno kwiecia sakury w całej jego pełni. Tak, jest to moja czepliwość i większości widzów pewnie spodobają się przejścia w 3D, zastosowane w omawianym tu anime. Z pewnością robią wrażenie, ale ja jednak jestem fanką tradycyjnej estetyki ^^ W każdym innym aspekcie grafika Nurarihyona jest więcej niż przyzwoita. Odrobinkę rozczarowuje choreografia walk, dużo tu efekciarstwa, a mało faktycznej walki, jak na shonen, ale cóż – nie każde anime może pochwalić się takimi cudeńkami w tej kwestii, jak to było chociażby w Seirei no moribito. Nie bądźmy nudnymi perfekcjonistami ;-)
A wielkim plusem jest muzyka. W ciągu całej serii mamy dwie czołówki i dwa endingi. Pierwszy opening to utworek Fast Forward, w wykonaniu formacji Monkey Majik – świetna, rytmiczna piosenka, której odsłuchiwanie długo się nie znudzi, a do tego sympatyczna grafika. W drugim openingu absolutnie się zakochałam Sunshine w wykonaniu tego samego zespołu zapadł mi w serce – bardzo optymistyczny, pozytywny kawałek (aktualnie ustawiony w komórce służy mi za budzik, nie ma to jak dobrze zacząć dzień! ^^) . Drugi opening jeszcze bardziej podoba mi się pod względem graficznym, pięknie skomponowany, obraz idealnie współgra z muzyką. Obydwa endingi również przedstawiają się bardzo sympatycznie. Zarówno Sparkly Start jak i Symphonic Dream są brzmieniowo dość podobne, to miłe popowe piosenki, z pewną dozą mroczniejszego klimatu, graficznie są natomiast zrealizowane według tego samego pomysłu – Kana, Tsurara i Yura w wersji chibi śpiewają i tańczą. Jest to i sympatyczne i zabawne, ponieważ ich układ choreograficzny wygląda jak typowy występ j-popowego girlsbandu. Obydwie piosenki wykonywane są przez seiyuu tych bohaterek, które utworzyły trio nazwane Katate SIZE. W innych partiach serii muzyka jest również dobrze skomponowana, nieźle brzmią kawałki użyte jako tło do scen walk – służą jako idealne uzupełnienie grafiki, ale równocześnie zaznaczają się jako więcej, niż tylko kontekst.
Po długim namyśle znalazłam jedyną rzecz, którą mogłabym uznać za większą wadę Nurarihyon no mago. Jest to zbyt gładkie poprowadzenie głównego bohatera. Nurarihyon praktycznie nie popełnia błędów i nie ponosi żadnej porażki, co w rezultacie pozbawia finał pewnego dreszczyku emocji, od początku widz doskonale wie, kto zwycięży. Pytanie co najwyżej stanowi „jak?” I tak, jest to największy zarzut jaki mogłabym postawić serii ^^ Drobiazg, prawda? Który absolutnie nie zmienia ogólnego wrażenia, a to jest bardzo dobre! Jako anime w swoim z gatunku Nurariohyon no mago zdobyło sobie moje pełne uznanie. Podobało mi się, nie zawaham się stwierdzić, że to jedna z lepszych serii 2010 roku i mieć nadziei na więcej, mimo rozwiązania wątków. Szczególnie, że manga autorstwa Hiroshiego Shiibashi wciąż wychodzi. Nadzieja zresztą nie jest tak całkiem bezpodstawna, na MAL pojawiła się zapowiedź drugiego sezonu, na ile wiarygodna – zobaczymy. Jak będę mieć niedosyt, sięgnę po mangę. Papierowa wersja opinie ma rewelacyjne. A póki co animowaną polecam, polecam, polecam. Oceniam Nurarihyon na solidną siódemkę. Z dużym plusem. Znakomicie spędziłam czas, oglądając to anime.
A w ogóle podziękowania się należą Jeżowi, bo mi przypomniała swego czasu o tym tytule ^^

sobota, 12 marca 2011

Bez serc, bez ducha...

W zasadzie zastanawiam się, co skłoniło mnie do sięgnięcia po ten tytuł? Oprócz chętki na shonen ai, wiadomo. Ach tak. Motywacja była zupełnie banalna – długowłosy bisz w okularach rzucający powłóczyste spojrzenie z jakiegoś znalezionego w Sieci obrazka. Uznałam, że seria ma już jeden plus – jest na czym oko zawiesić. Dla estety to wcale niemało ^^ Niestety prawda i nauczka okazała się bolesna – nie oceniaj anime po jednym biszu.
Rzecz rozgrywa się w świecie, w którym najwyraźniej ludzkość zmiksowała swoje geny z kocimi. W rezultacie do momentu utraty dziewictwa, ludzie posiadają dodatek w postaci kocich uszu i ogona. Hm, jak dla mnie pomysł nieco... krępujący, wziąwszy pod uwagę wszystkie społeczne implikacje, ale niechże sobie będzie. Licentia poetica i tak dalej. Ritsuka Aoyagi to dwunastolatek, który niedawno zmienił szkołę. Jest zamknięty w sobie, nieufny i opryskliwy. Trudno się jednak temu dziwić, życie go nie rozpieszcza. Niedawno w niejasnych okolicznościach stracił ukochanego starszego brata, a jego matka wykazuje objawy psychozy, w rezultacie czego chłopiec nieraz oberwie, a potem musi tłumaczyć się z plastrów i bandaży. Można by wręcz pomyśleć, że wyjątkowa z niego niezdara, tak często z jego ust padają słowa ”Przewróciłem się” czy „Wpadłem na coś”. Brzmi oczywiście jak typowa ofiara przemocy domowej i aż dziw, że nikt do tej pory nie zwrócił na to baczniejszej uwagi. Ponadto Ritsuka cierpi okresowo na amnezję, stąd namiętnie wszystko fotografuje, by zachować jakiekolwiek wspomnienia. Wziąwszy do tego zamiłowanie do lektury dzieł Nietzschego trudno się dziwić jego neurotycznej i pozbawionej optymizmu naturze. Pewnego dnia przed Ritsuką pojawia się piękny, długowłosy mężczyzna, który beznamiętnym głosem oznajmia, że go kocha i że od tej chwili zostanie jego Wojownikiem. Przedstawia się jako Soubi Agatsuma i należy do organizacji Siedem Księżyców, której członkowie walczą w parach Wojownik-Ofiara. Zarówno Soubi jak i Siedem Księżyców łączy wiele z bratem Ritsuki – Seimeiem, który jak się okazuje miał przed swoją rodziną sporo sekretów.
     Anime sprawia wrażenie jakby scenariusz do niego pisała osoba na potężnym kacu. Wszystko tutaj „rozłazi się w szwach”. Całość opiera się na w gruncie rzeczy ciekawych, ale niestety niedokończonych pomysłach. Tak jakby twórcy zebrali się, zrobili burzę mózgów, a potem beż żadnej obróbki wrzucili wszystko do jednego kotła, zamieszali i voila! Wyszło Loveless ^^ Mamy zatem jakąś tajemniczą organizację (skąd się wzięła i po co istnieje tego nawet twórcy nie wiedzą), w której najwyraźniej toczy się walka o wpływy. Mamy wojowników, którzy walczą – zawsze w parach – jaki jest jednak cel ich działań, widz może zgubić się w domysłach. Fabułę Loveless niby posiada, jeśli tylko te zarysowane i pourywane wątki można tak określić. Budzi ona jednak co najwyżej dezorientację – widz widzi, że coś się na ekranie rozgrywa – ale po co, dlaczego, do czego zmierza? Tajemnica.
Loveless jest dramatem. W całym negatywnym wydźwięku tego słowa. Takiej dawki idiotyzmu dawno już w anime nie widziałam i pod tym względem seria ta może z powodzeniem konkurować z Uraboku (choć prześcignąć go raczej nie prześcignie, Uraboku wygrywa ilością odcinków – w 26 epizodach mimo wszystko można zamieścić więcej bzdur niż w 12). W dodatku wielki, spodziewany plus serii okazał się największym rozczarowaniem. Soubi jest po prostu niebywale irytujący, na dodatek wykazujący zbyt wiele objawów shoutaconu. No dobrze ja rozumiem, wymogi gatunku, shounen ai, nawet lekką perwersję jestem w stanie przyjąć, ale na litość, Ritsuka ma tylko 12 lat! Dla mnie to już pachnie zboczeniem, gdy dorosły facet klei się do dzieciaka. Gdybyż Ritsuka miał choć te szesnaście wiosen, nie wydawałoby mi się to wszystko tak bardzo nie na miejscu. A tak – budzi we mnie niesmak. Pozostali bohaterowie też wydają się jacyś mało przekonujący, choć kilka postaci drugoplanowych może wzbudzić iskrę sympatii.
     Pewnym pocieszeniem jest grafika. Naprawdę przyzwoita z ładnie skomponowanymi przejściami w komputerowy trójwymiar i ślicznym designem postaci. Jest na co popatrzeć. Muzyka z kolei niezbyt mi się spodobała. O ile jeszcze Tsuki no Curse w wykonaniu Reiki Okina brzmi w moich uszach znośnie (co najwyżej znośnie), to ending Michiyuki wyśpiewany monotonnym głosem Kaori Hikita przyprawił mnie o potężny atak ziewania. Muzyka jednak to w tak ogromnej mierze rzecz gustu, że z przyjmowaniem cudzych opinii trzeba być tu ostrożnym ^^ Reszta ścieżki dźwiękowej niczym nie przykuwa uwagi i rozpływa się gdzieś w animowym tle.
     Loveless ma właściwie same minusy. Plusów dopatrzyłam się tylko dwóch, jednak są one niepodważalne ^^ Po pierwsze – seria ma tylko dwanaście odcinków. Nie męczy zatem niedorzecznościami więcej niż przez cztery godziny seansu. Drugim plusem, który przytrzymał mnie przy  ekranie i sprawił, że jakoś przetrawiłam wszystkie te nonsensy był Ritsuka. Po prostu świetny z niego dzieciak! Z miejsca zapadł mi w serce, jeden z sympatyczniejszych bohaterów z jakimi zetknęłam się w anime. Gdyby tylko dostał rolę w jakiejś innej serii... Tak, rozmarzyłam się ^^
     A tak ogólnie – obejrzeć warto czy nie? Cóż do Loveless idealnie pasuje mi stare powiedzonko „Szkoda czasu i atłasu”. Ja zdecydowanie odradzam. Gdybym zaczęła zapoznawanie się z gatunkiem od tego anime nabawiłabym się z pewnością trwałego urazu...