totoro

totoro

niedziela, 20 lutego 2011

Męska rzecz czyli... koronki, falbanki i trochę różu?

     Touru Kono na skutek osobistych problemów musi się przenieść do nowej szkoły w środku semestru. Placówka, do której zdecydował się zdawać ma świetną opinię, osiąga wysokie notowania we wszelkiego typu rankingach i jest wyłącznie męska. Więc skąd już pierwszego dnia Touru natyka się na piękną dziewczynę w stroju gothic lolitki? W dodatku w szkole zostaje przyjęty aż nazbyt entuzjastycznie, a rzucane mu zachwycone spojrzenia jakoś budzą niezbyt dobre przeczucia... Tajemnica szybko zostaje wyjaśniona. Otóż w szkole działa coś, co określa się jako Hime System. Spośród uczniów zostają wybrani chłopcy o wyjątkowej, delikatnej urodzie. Zostają wdrożeni w program i przebrani za dziewczyny służą za coś w rodzaju szkolnych maskotek. Do tej pory jako księżniczki działali Yuujiro Shihoudani i Mikoto Yutaka. A ponieważ Touru wyróżniający się swoim dziewczęcym typem urody idealnie nadaje się na trzecią księżniczkę, Rada Uczniowska (która w szkole ma dużą swobodę działania) na czele z jej przewodniczącym Shuyą Arisadą zdecydowała, że dołączy on do księżniczkowego dormitorium. Touru początkowo degustowany i nieco przerażony szybko zmienia zdanie. Przyczyną tego nie jest wcale dobrowolny przymus (Rada ma moc i władzę nie klasyfikować ucznia, który nie zgodzi się pełnić obowiązków księżniczki), ale całkiem niezła sumka, jaką każda hime dostaje za swoją pracę. A budżet przeznaczony na System Księżniczek jest naprawdę imponujący. Czyżby w naszym bohaterze obudził się materialista?
No dobrze, tylko co w ogóle robi taka księżniczka? Ogólnie rzec by można: roztacza czar. Dopinguje zespoły, motywuje uczniów, porusza się z wdziękiem, przesyła pocałunki i służy za coś w rodzaju buforu dla szkolnych konfliktów i starć. Ostatecznie w szkole pełnej dorastających chłopców mogłoby zajść do sporo całkiem nieprzyjemnych zdarzeń. Księżniczki, skupiając na sobie uwagę i stając się obiektem westchnień i fantazji – niwelują napięcie. Touru szybko znajduje wspólny język z Yuujiro (który ze swoimi długimi blond włosami niewiele musi robić, by zostać wziętym za kobietę – w gruncie rzeczy ładniejsza z niego dziewczyna niż chłopak ^^) i razem usiłują spacyfikować Mikoto, który ze wszystkich sił opiera się odgrywaniu roli princessy. Touru szybko „łapie” atmosferę nowej szkoły i wydaje się, że przez większość czasu znakomicie się bawi, ale co tak naprawdę ukrywa za sympatycznym uśmiechem?
     Fabuła Princess Prinsess kręci się głównie wokół Księżniczkowego Tria, chłopcy poznają się bliżej, nawiązują więzy przyjaźni i wspierają wzajemnie. Każdy z nich ma swoje problemy osobiste – Yuuijiro ucieka od rodziny i poczucia wyobcowania, Mikoto za wszelką cenę chce ukryć przed swoją dziewczyną fakt, że w szkole paraduje ubrany w damskie ciuszki (wcale się nie dziwię, też bym nie chciała wiedzieć, że mój chłopak wygląda w damskiej wersji lepiej niż ja ^.^). Z kolei Touru również traktuje rolę księżniczki jako odskocznię od własnych rodzinnych kłopotów. A te są poważne. Bohaterowie Princess Princess to bardzo sympatyczna zbieranina charakterów. Od miłego, ujmującego Touru, nieco złośliwego Yuujiro, głośnego, odrobinę niezdarnego Mikoto, aż po bohaterów pobocznych: braci Sakamoto, Arisadę, radę uczniowską, Megumi i przebojową siostę Mikoto.
     Animacja przedstawia się raczej przyzwoicie, choć nie jest to jakiś szczególnie powalający poziom grafiki. A nawet, jeśli się dobrze przyjrzeć, widoczne są pewne niedoróbki (Touru w kilku scenach wygląda jakby miał obustronnego zeza). Nie jest to jednak coś nad czym trzeba jęczeć, lamentować i zgrzytać zębami. No może poza perfekcjonistami i specjalistami, którzy znają się na technice graficznej obróbki. Mogłabym właściwie przyczepić się do kolorystyki – zbyt cukierkowej jak na mój gust, ale mi się nie chce ^.~
Muzyka również przedstawia się na poziomie średnim. Raczej przyjemny popowy kawałek, który wykorzystano w openingu Kimi to Deatte Kara wykonany przez Atsushi Miyazawę wpada w ucho, ale na dłużej w nim nie zostaje. Odrobinę bardziej podobał mi się ending (także graficznie) Hohoemi o Agetai śpiewany przez tajemniczą formację team-F. I właściwie jest to wszystko, co można o ścieżce dźwiękowej do tego anime powiedzieć. Z pewnością  w trakcie jakieś brzmienia występują, ale nie udało mi się ich zarejestrować. Idealnie widać wtapiają się w tło ^.^
      Princess Princess odebrałam jako przyjemną, niezbyt wymagającą serię. Chyba określenie „sympatyczna” jest tu najwłaściwsze. Sam pomysł z lekka ryzykowny wykorzystano całkiem sprawnie, a twórcy nie przekroczyli granicy dobrego smaku – i chwała im za to. W dodatku został całkiem przekonywująco umotywowany, a to jest już pewną sztuką przekonać widza, że przebieranie chłopców za panienki ma głębszy sens ^.~ Humor miesza się tu z akcentami nieco bardziej dramatycznymi, ale punkt ciężkości nigdy się nie przesuwa – scenarzyści cały czas mają na uwadze, że to komedia, nie dramat. To również liczy się na plus.
W sumie Princess Princess przedstawia się jako lekka, zabawna i miła w odbiorze anime. Dla mnie osobiście jeden z sympatyczniejszych tytułów z gatunku shonen ai z jakim się zetknęłam. Zaraz, zaraz... to było shonen ai?!?! 
(Wątpliwości „Ałtorki” są uzasadnione. W całej serii mamy jedną jedyną scenę pocałunku, w dodatku udawanego, a oprócz tego bohaterowie przez większość czasu usiłują umówić się na randkę z przedstawicielkami płci przeciwnej. To, że sami są brani za dziewczyny - nawet w męskich mundurkach - specjalnie im sprawy nie ułatwia).
No cóż. Whatever. A serię polecam. Miło się ogląda.

wtorek, 8 lutego 2011

A może by tak jakąś mangę?


Przeglądałam sobie stojące na mojej półce mangi – ot, tak mnie natchnęło – wzięłam do ręki „X” i się mi jakoś zatęskniło za Clampem. Zespół rysowniczek ukrywający się pod tym pseudonimem ma na swoim koncie sporo dziełek, takich jak Lavenda lubi – zakręconych fabularnie, z piękną kreską i bohaterami, do których łatwo się przywiązać. Część z nich zekranizowano, niektóre nigdy przeniesienia na ekran się nie doczekały. W wersji papierowej pozostało sporo starszych prac Clampa, postanowiłam więc sobie ich poszukać i w ten sposób trafiłam na Gohou Drug. Tytuł ten funkcjonuje także jako Legal Drug czy Lawful Drug – chodzi dokładnie o tę samą mangę. Historia ta zaliczana jest do nurtu shonen ai (ekhm, proszę nie rzucać mi znaczących spojrzeń, to był przypadek ^^) i ostatni jej tom został wydany w 2005 roku. Ostatni, ale nie ostateczny, o czym później. Ilustratorką odpowiedzialną za ten tytuł jest Mick (Tsubaki) Nekoi, która stworzyła także „Wish” oraz „Suki Dakara Suki”.
Wbrew tytułowi, manga nie dotyczy narkotyków. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy Kazehaya Kudo zostaje znaleziony na zaśnieżonej ulicy i uratowany od zamarznięcia przez Rikuo Himurę. Ten tajemniczy młodzieniec zanosi chłopaka do miejsca, gdzie aktualnie mieszka i pracuje – apteki zwanej Green Drugstore, której właścicielem jest Kakei. Ten jednak nie robi nic za darmo. Młody Kazehaya musi zarobić na mieszkanie i jedzenie, stąd też nie tylko zaczyna pracować w aptece, ale też dołącza do Rikuo w tajemniczych misjach, zlecanych im przez właściciela Green Drugstore. Zlecenia te bywają, oględnie mówiąc, dość nietypowe. Raz chodzi o odzyskanie książki, innym razem o złapanie kota, jeszcze innym przyniesienie starej, drogocennej wazy albo złapanie kilku niewidzialnych świetlików. A w każdej z nich chłopcy korzystają ze swoich niezwyczajnych zdolności. Tak, tak – jak to u Clampa, bohaterowie obdarzeni są pewnymi mocami. Kazehaya potrafi poprzez dotyk odczytać emocje innych ludzi, Rikuo ma zdolność podobną do telekinezy, która pozwala mu otwierać zamki i wpływać na przedmioty. Także Kakei nie jest pozbawiony nadnaturalnych właściwości – to jasnowidz z bardzo rozwiniętą intuicją.
Legal Drug wyjątkowo przypadł mi do gustu. Bohaterowie, sposób rysowania, fabuła i humor – wszystko to sprawia, że ten tytuł Clampa czyta się naprawdę przyjemnie. Powiedziałabym, że przez większość czasu to lektura gładka i odprężająca, bo zawarta w niej dawka dowcipu – głównie sytuacyjnego – zapewnia znakomitą rozrywkę. Rikuo i Kazehaya to dwa różne typy osobowości, rzecz jasna musi dojść do starcia charakterów. Misje, na które wysyła obydwu Kakei również są przyczyną wielu zabawnych zdarzeń. Ale bohaterowie posiadają też głębszą, starannie ukrywaną stronę. W przeszłości obydwu kryją się tajemnicze kobiety i nierozwikłane zagadki, a i Kakei nie należy do najbardziej otwartych osób i sporo ukrywa. Tak wiec punkt ciężkości jest tu przesunięty na humor, ale manga nie pozbawiona jest elementów dramatycznych. W odpowiednich proporcjach daje to sympatyczną mieszankę. Bohaterowie są podstawą i wielką siłą Gohou Drug. Naiwny, prostolinijny Kazehaya, chłodny i sarkastyczny Rikuo, delikatny Kakei, który za pięknym uśmiechem skrywa charakter manipulatorski i zdolny do okrucieństwa. Oraz tajemniczy Saiga, który nigdy nie rozstaje się z ciemnymi szkłami okularów, wypowiada ironiczne, złośliwe uwagi oraz pozostaje z Kakeiem w związku jasno określonej natury ^^ O nim wiadomo najmniej, poza tym, że jest mistrzem w znajdowaniu informacji. Większą część fabuły zresztą zajmuje mu klejenie się do biszonenów serii, czemu wcale się nie dziwię, sama bym się do nich kleiła, gdybym mogła ^^
Napisałam gdzieś tam powyżej, że manga ta to shonen ai, ale także i ten wątek został potraktowany z lekką dozą ironii. Raz po raz twórczyni puszcza do czytelnika oko, kpiąc sobie z gatunku – zwolenniczki pełnych napięcia i dramatu romansów męsko-męskich mogą poczuć się cokolwiek rozczarowane. Brak tu dosłowności, a większość to aluzje i zmrużenie oka. Ot, choćby takie okładki, które sugerują całkiem sporo – Kazehaya i Rikuo w mocno yaoiowatych pozach. Okładka jest ewidentnym żartem, ponieważ w żadnym z rozdziałów pomiędzy obydwoma panami nie dzieje się nic z tego co sugeruje obrazek. Podobnie jak scenki typu Rikuo pochylający się nad Kazehayą. W yaoi to moment aż proszący się o pocałunek, tutaj jednak najczęściej zostaje skwitowany jakąś złośliwą uwagą Rikuo.
Clamp ma zwyczaj łączyć swoje dziełka. Nie inaczej jest w przypadku Legal Drug. Rikuo i Kazehaya pojawiają się w Tsubasa Chronicle a także w xxxHolic. Znajomość tych tytułów nie jest jednak konieczna, by zapoznać się z mangą pani Nekoi. Ot, po prostu jeden ze smaczków.
Słówko jeszcze o stronie graficznej. Kreska pani Nekoi nie jest tak specyficzna jak sposób rysowania Mokony, ale zachowuje charakterystyczne dla Clampa cechy – postacie są chude, długonogie, z dużymi oczami. Rysunek jest raczej delikatny, tła niemal puste w porównaniu z takim X, a całość może się wydać odrobinę niedopracowana dla osób, które twórczość Clampa kojarzą głównie z X, Card Captor Sakura czy Chobits. Ale ten sposób rysowania idealnie pasuje do opowiadanej historii, która jest zabawna, ale równocześnie zawiera w sobie nutę niepokoju. Opowieść zresztą tak wciąga, że drobnych błędów w rysunku praktycznie się nie zauważa.
Summa summarum: warto sięgnąć. Bardzo ciekawi bohaterowie, interesująca fabuła z mnóstwem niedopowiedzeń, humor i klimat. Do pierwszego tomu dodano rozdział ekstra, który stawia sporo znaków zapytania, o to, kim są główni protagoniści serii i co naprawdę ich łączy? Tajemnicza uwaga Kakeia w tym dodatku tyko rozbudza apetyt na więcej ^^ Niestety, więcej póki co nie ma. W roku 2005 wyszedł trzeci tomik mangi. Wprawdzie zapowiedziano wydanie czwartego tomiku, a w 2006 roku na Anime Expo mówiono, że ten tytuł zostanie pociągnięty, ale od tamtej pory cisza. Clamp ma ciekawe, intrygujące pomysły, niestety irytujący zwyczaj porzucania swoich prac, na czas nieokreślony. Kilka tytułów jest w trakcie powstawania, a ponieważ Clamp zajmuje się coraz to nowymi projektami, wiele z nich, w tym i Gohou Drug zostaje odłożonych na święty nigdy. Wielka szkoda, bo z tego co wiadomo te dotychczas 3 wydane tomiki, to zaledwie 1/5 całej historii. Ale moim zdaniem i tak warto. Nawet, jeśli to wciąż niedokończona opowieść ^^