totoro

totoro

wtorek, 9 października 2012

Ciepło, z nutką nostalgii. Natsume Yuujinchou San


Moja wena postanowiła najwyraźniej wyemigrować w odległe rejony Amazonii i zaległości jakie mam w oglądaniu i recenzowaniu anime osiągnęły obecnie rozmiary obu Ameryk. Czas jednak skończyć z wymówkami, wzięłam więc wenę za fraki i zmusiłam do współpracy. Urlop wykorzystałam miedzy innymi na powtórzenie sobie, już w jednym ciągu, trzeciej serii o Natsume, chłopcu ze zdolnością widzenia ayakashi. Serii, którą chyba całe wieki temu obiecałam zrecenzować. Przy czym chyba już na samym początku powinnam się zastrzec: mam do tego anime ogromną słabość, więc nie wiem czy można tu liczyć na obiektywną, racjonalną ocenę... Zrzuciwszy z sumienia to wyznanie, mogę przejść do zachwytów nad Natsume Yuujinchou San ^^
Dla przypomnienia: introwertyczny nastolatek Takashi Natsume po babce odziedziczył zdolność postrzegania youkai, a także Księgę Przyjaciół, w której zapisane są imiona różnych ayakashi. Posiadanie notesu staje się dla chłopca kłopotliwe, ponieważ właściciel może mieć na swoje usługi wszystkie demony i duchy, które oddały swoje imiona, a zatem Księga – a wraz z nią Natsume – staje się celem łowów, nie tylko youkai. W trakcie trwania serii przed widzem powoli odsłania się postać głównego protagonisty, jego otoczenie i szereg postaci z dwóch światów: ludzkiego i demonicznego. Zasadniczo, każdy kto oglądał już dwa poprzednie sezony Natsume wie, czego się spodziewać po trzeciej. Dostajemy bowiem to, czego oczekiwaliśmy – nic więcej, nic mniej. I bardzo dobrze, anime jest bowiem tak doskonale wyważone, że jakiekolwiek zaburzenie proporcji mogłoby nie wyjść mu na dobre. Generalnie zatem NY San jest po prostu przedłużeniem serii wcześniejszych. To ten sam klimat, ciepłej, nieco nostalgicznej i bez pośpiechu snutej opowieści. Brak gwałtownych skoków akcji, choć przecież na ekranie sporo się dzieje. Całość jest epizodyczna, kolejne odcinki powtarzają schemat znany już z Zoku Natsume Yuujinchou. Ale dostajemy też nieco więcej. O ile dwie poprzednie serie mocno skupiały się na istnieniu Księgi Przyjaciół, w NY San przedmiot ten odgrywa już dużo mniejszą rolę; są epizody, w których całkowicie zanika, podobnie jak wspomnienie o babce Reiko. W zamian otrzymujemy więcej scenek z życia codziennego Natsume, obserwujemy bohatera w otoczeniu przyjaciół, zaangażowanego w szkolny festiwal, towarzyszącemu swojemu zastępczemu ojcu na wycieczce. Jest też kilka reminiscencji z dzieciństwa naszego bohatera, w tym moja ulubiona z czwartego epizodu – szalenie urocza! Seria trzecia powraca także do wątków poruszonych w odcinkach poprzedzającego sezonu – znów mamy do czynienia z klanem Matoba, tym razem Natsume poznaje groźnego, charyzmatycznego przywódcę rodziny; zostaje też pociągnięty wątek przyjaźni z Natorim.   
Na co jednak najbardziej zwróciłam uwagę w NY San to sposób, w jaki bohater powoli, acz konsekwentnie buduje więzi z otaczającymi go osobami. Jako wyobcowanemu i przerzucanemu z miejsca na miejsce dziecku, niełatwo mu się otworzyć, obdarzyć zaufaniem, czasem jest zadziwiająco bezradny w wydawałoby się zwyczajnych sytuacjach. Rozwinięty w tej serii wątek przyjaźni z Tanumą pokazuje najwyraźniej momenty wahań, zagubienia, zmieszania. Natsume bardzo powoli uczy się przyjaźni i polegania na innych, coraz mocniejsze relacje łączą go z osobami, które wiedzą o jego zdolnościach: Tanumą i Taki, ale też najnormalniejsza koleżeńska więź z Kitamoto czy Nishimurą staje się bezcenna, bo nigdy wcześniej nie doświadczona. Nawiasem mówiąc w jednym z odcinków mamy okazję podejrzeć początki tej przyjaźni – jaka ciepła i ujmująca scena! W retrospektywach twórcy odsłonili też zdarzenia, które doprowadziły Natsume do domu Fujiwarów – więc chociaż sequel Zoku NY wydaje się powtarzać schemat, wraz z rozwojem serii składają się, niczym puzzle, kolejne wątki, związane z głównym bohaterem. Natsume w NY San wzmacnia więzi nie tylko z ludźmi. O ile w pierwszej części świat ayakashi był dla niego obcy i groźny, w drugiej zaczął przybierać kształty bardziej swojskie, wciąż jednak był w opozycji do normalnego życia, to w trzecim sezonie chłopiec przestaje uważać swoją zdolność widzenia ayakashi za przekleństwo. Uświadamia sobie, że także w tym świecie zdobył przyjaciół, dla których jest ważny i na pomoc których może zawsze liczyć. W końcu potrafi połączyć obydwa światy, wyznaczając sobie własną ścieżkę, zgodną z odruchami serca, choć nie zawsze z rozsądkiem. Natsume Yuujinchou San to bardzo udana kontynuacja, która przynosi nam obraz powolutku ewoluującego, nietuzinkowego bohatera. Stawiam jeden krok za drugim, nawet jeśli są bardzo małe – stwierdza Natsume w jednym z odcinków i to chyba najlepsze podsumowanie fabuły.
Grafika niestety nie pozostała niezmienna. Wprawdzie wciąż mamy te same pastelowe barwy i wygaszone tonacje oraz nie przesłodzony design postaci, ale już w połowie serii niestety zaczyna się to psuć – rysunek staje się mocno uproszczony, tła statyczne, dynamika ruchu zachwiana. W porównaniu z poprzednimi sezonami z przykrością muszę stwierdzić, że jakość animacji uległa pogorszeniu i podczas seansu to niestety zaczyna irytować. Szczególnie, że w seriach poprzedzających animacja była na dość wysokim poziomie.
   Za to oprawa muzyczna wiele się nie zmieniła. Oczywiście mamy nowy opening i ending, ale utrzymane są one w tym samym co poprzednio brzmieniu. Sympatyczny utworek otwierający serię Boku ni Dekiru Koto w wykonaniu How Merry Marry idealnie wpisuje się w pół optymistyczny, pół nostalgiczny nastrój całego anime. Na tyle wpada w ucho, że przyłapywałam się na nuceniu go pod nosem. Graficznie opening jest bardzo przyjemny, pojawia się w nim cała galeria ważnych dla serialu i dobrze już znanych widzowi postaci. Z kolei ending Kimi no Kakera z wokalem Kousuke Atariego (wykonawcy pięknego Natsu yuuzora endingu pierwszej serii), któremu na skrzypcach akompaniuje Emiri Miyamoto to niemal tradycyjnie już utwór bardzo łagodny, kojący i chwytający za serce. Graficznie towarzyszy temu śliczna rodzinna sceneria letniej nocy. Zresztą charakterystyczna grafika endingowa zastosowana w prequelach NY San została tutaj pociągnięta, dodając temu tytułowi kolejny urokliwy akcent.
Przy najszczerszych chęciach nie jestem w stanie narzekać na wtórność, schematyczność czy inne niedociągnięcia trzeciej serii Natsume, które są wprawdzie dla mnie dostrzegalne, ale zbywam je machnięciem ręki. To prawda, że twórcy zafundowali nam sprawdzony przepis i NY San właściwie jest przedłużeniem Zoku NY, niewiele się od niego różniąc, ale kompletnie nie potrafię dostrzec w takim rozwiązaniu wady. Ta opowieść jest tak ciepła, sympatyczna, z charakterystyczną nutą nostalgii, że trudno zachować wobec niej obojętność. Zwyczajnie chwyta za serce. Mnie w każdym razie chwyciła mocno. Idealna na jesienną chandrę ^^

piątek, 5 października 2012

Przerywnik.

Panna Jeż wpadła w kociozachwyt, więc obiecana całe wieki temu recenzja Miyori no mori się nie ukaże. Przynajmniej nie w najbliższym czasie, ale nie dziwmy się. Koty mają swoje prawa, a kociarze swoje... słabości ^^ Ja mam przedweekendowy klawiaturo-wstręt, więc chociaż recenzja drugiej i trzeciej serii Natsume jest już sklecona, trzeba ją jednak jeszcze przepisać. Niestety nikt nie chce zatrudnić się na sekretarkę za dobre słowo, dlatego czekamy na wenę, stąd dzisiaj taki sobie przerywnik.
Jakby ktoś nie zwrócił uwagi to mamy jesień ^^ A jesień oznacza wysyp nowych serii anime! Z ciekawością przeglądałam tytuły tegorocznego jesiennego sezonu i muszę powiedzieć, że zapowiada się całkiem, całkiem interesująco. Dwa lub trzy tytuły mam na mur zaklepane, kilka pretenduje do "rzutu oka" na pierwszy epizod. Ale o tym wszystkim pod koniec października, kiedy już powychodzą wszystkie premierowe epizody serii, które chcę sobie obczaić. Bo jednak trailerom nie wierzę, zwiastuny są złudne - a często kompletnie nic nie mówią o serii. Co najwyżej przyciągną lub odrzucą grafiką. A ja w końcu muszę nadrobić zaległości i to co najmniej z dwóch sezonów do tyłu... Tymczasem  ta czytająca, jesienna panienka nie od parady w dzisiejszej notce, bo się pochwalę moim ostatnim książkowym zakupem. Nie. Wcale nie pomyliłam blogów, to miejsce jak najbardziej odpowiednie. Bo kupiłam sobie o to właśnie!
 „Studio Ghibli. Miejsce filmu animowanego w japońskiej kulturze”.
Czy nie cudne? Chyba pierwsza tego rodzaju poważniejsza publikacja w Polsce. Cytując za wydawcą: Książka ukazuje fenomen, jakim jest japoński film animowany, posługując się przykładem twórczości Studia Ghibli. Przeglądnęłam kilka rozdziałów, jedne są bardziej profesjonalne inne mniej, wszystkie prezentują ciekawe podejście do tematu. Więcej napiszę po przeczytaniu całości, bo nie chcę wybiegać z oceną do przodu. Wydawcą jest Kirin, książka od czerwca jest do nabycia. Cena wprawdzie nie najniższa, ale też chyba nie taka znów zaporowa.
No dobrze, tyle chwalenia się ^^ W następnych postach, już niedługo, obiecana recenzja Natsume i "rzut oka" na najnowsze serie anime, które ukazały się w październiku. Miłych jesiennych spacerów życzę!