Z niemałym zdziwieniem
uświadomiłam sobie, że jakkolwiek w kwestii anime mam okropeczne zaległości, to
jeśli chodzi o mangi taki problem nie występuje. Co więcej śledzę na bieżąco co
najmniej kilkanaście tytułów o statusie „trwający” i to mimo zarzekania się...
Jak ja się w to wszystko wplątałam, niech mi ktoś powie? Szkoda mi je porzucić,
ale przyłapuję się na tym, że zaczynają mi się mieszać fabuły i wątki. Ale
znalazł się wśród nich tytuł, który nie dość, że ma status „zakończony”, to
jeszcze sprawił mi prawdziwą przyjemność. Jako, że wciąż eksperymentuję z
shoujo, wyszukując co ciekawsze hybrydy i nietypowe ujęcia schematu, tropem tym
natrafiłam na „Bijo ga Yajuu” (funkcjonujące też pod angielskojęzycznym tytułem Beauty is the Beast) autorstwa Tomo Matsumoto.
Historia zaczyna się dość
zwyczajnie. Do żeńskiego akademika prywatnej szkoły Seiji trafia Eimi. Jak w
każdej tego typu instytucji, tak i tu istnieje zwyczaj, by pierwszoroczniakom
urządzać „chrzest”. Tym razem polega on na wykonaniu misji, Eimi zostaje
wyznaczone zadanie zakradnięcia się o męskiego akademika i przyniesienia
łupów: plakietek dwóch dowolnie
wybranych mieszkańców. Sprawa nie jest prosta, bo zarówno męskiego jak i
damskiego akademika pilnują dozorcy, a konsekwencje w razie przyłapania mogą
być poważne – z natychmiastowym wydaleniem włącznie. Mimo to Eimi decyduje się
na wykonanie misji i tym sposobem trafia do pokoju Inuiego i Wanibuchina. Ten
ostatni ma wśród studentów okropną opinię, wzbudza powszechny strach, krążą
plotki o jego agresji, pobycie w poprawczaku. Istotnie Wanibuchin wyłamuje się
ze szkolnego schematu, robi co chce i nie przejmuje się otoczeniem. Czy to dla
kaprysu czy z innego powodu pomaga on Eimi wykonać zadanie i bezpiecznie wrócić
do żeńskiego akademika, co przekonuje dziewczynę, że chłopak w gruncie rzeczy
wcale nie jest taki zły.
No dobrze, pojawili się już
główni bohaterowie, można się więc spodziewać, że dalej już potoczy się
wszystko według schematu „miła dziewczyna i niegrzeczny chłopak”. Nic z tych
rzeczy, „Bijo ga Yajuu” łamie shoujo stereotypy.
Przede wszystkim Eimi okazuje się
być bardzo nietypową bohaterką mangi dla dziewczyn. Wrażenie z pierwszego
rozdziału jest tu mocno złudne, to w jakim kierunku idzie rozwój tej postaci w
kolejnych chapterach jest chyba jednym z największych zaskoczeń tej historii.
Eimi jest kompletnie pozbawiona wyczucia romantyzmu. Właściwe strasznie ciężko
ją sklasyfikować, czasem zachowuje się jak dziecko, którego głównym życiowym
problemem jest napchanie brzucha, z drugiej strony zadziwiająco wiele dostrzega
i ma dużą intuicję. Jest bardzo prostolinijna, ma jasno sprecyzowane poglądy i
wbrew pozorom, mało podatna na wpływy i opinie innych. Trudno domyślić się, co
się tam roi w jej głowie i jak za chwilę postąpi.
Wanibuchin już bardziej
przypomina shoujojowe „ciacho”, typ niepokornego, z bolesnymi wspomnieniami z
dzieciństwa. Ale wątek związku pomiędzy nim a Eimi praktycznie nie istnieje. Po
pierwsze chłopak w stosunku do Eimi wydaje się o wiele doroślejszy i często
traktuje ją jak szczeniaka, który plącze się pod nogami i chce się bawić. Sam
pozostaje w związku z dojrzałą kobietą i wcale nie ma ochoty z nią zerwać, gdy
na horyzoncie pojawia się Eimi. Nie wykazuje też specjalnych uczuć, gdy przy
Eimi zaczyna kręcić się Simone, który w końcu zyskuje oficjalny status
chłopaka. Stosunki Eimi i Simone to zresztą osobna, przezabawna historia, choć
chłopakowi należałoby współczuć, tyle się przez swoją wybrankę nacierpi. Swoją
drogą w tym przypadku, mimo swojej nieraz błyskotliwej intuicji, Eimi wykazuje
się nieprawdopodobną wręcz niedomyślnością. Sama Eimi obdarza Wanichina
uczuciem uwielbienia fanki wobec idola, takie zauroczenia rzadko kiedy mogą być
podstawą trwałego uczucia. I nawet fakt posiadania przez obiekt westchnień
partnerki, jakoś niespecjalnie dziewczynie przeszkadza.
Brzmi nietypowo? I takie właśnie
jest. Nic w tej krótkiej pięciotomowej zaledwie mandze nie układa się tak,
jakby można się było spodziewać. Romansowi daleko do romansu, bohaterowie są co
najmniej niesztampowi, brak tu scen wśród kwiatów i mydlanych baniek. Przy czym
wszystko zostało podlane sosem specyficznego humoru. Czytając „Bijo ga Yajuu”
zaśmiewałam się w głos, sytuacje i bohaterowie potrafią naprawdę rozbawić. Co
ciekawe nie brak w tej historii poważniejszych, nostalgicznych scen. Wszystko
jest jednak doskonale wyważone. Nie tylko główni protagoniści są tu ważni,
swoją rolę odegrają inni mieszkańcy obydwu akademików. Generalnie całość to
szereg scen z życia zarówno męskiego jak i damskiego domu studenta. Eimi szybko
się tu aklimatyzuje, zdobywa przyjaciół – również perypetiom tych postaci
autorka poświęciła trochę uwagi. Historie są spokojne, ale wyważone i w
większości podobno oparte o własne doświadczenia mangaczki z czasów
studenckich.
Kreska jest bardzo miła dla oka,
ładna, dopracowana. Design postaci, nie ma tego przesłodzonego kawaii
wyglądu, który tak bardzo mnie drażni w niektórych produkcjach z gatunku
shoujo, choć męskim bohaterom nie brak cech bishounenów (choć bez przesady),
więc przynajmniej tutaj mamy zachowane status quo ^^ Kadry w większości są czyste,
tła puste, ale przyznam, że ta oszczędność bardzo do mnie przemawia. Nie przepadam
za przeładowaniem rysunku, choć naturalnie są wyjątki (Otoyomegatari!). Całość zmieściła się w
5 tomikach i jest to jak najbardziej słuszna długość dla tego typu historii. Dłuższa
prawdopodobnie w końcu by znużyła, krótsza pozostawiła niedosyt, a tak mam poczucie
zadowolenia, choć zakończenie odrobinę mnie zdeprymowało. Aha, ostatni rozdział
to zupełnie inna historia, typowy one shot, jakkolwiek uroczy z „Bijo ga Yajuu” nie mający nic wspólnego. Ale po nim jest sympatyczne nawiązanie do głównego
wątku, więc nie warto go pomijać.
Gdyby mi przyszło określić jednym
słowem tę mangę, powiedziałabym po prostu – fajna! Bardzo przyjemnie się ją
czyta, a dowodem na to fakt, że zdążyłam przeczytać ją trzykrotnie do czasu
napisania tej recenzji i z pewnością jeszcze do niej powrócę. To już jest
jakiś wyznacznik jakości... chyba? ^^
Na koniec mały bonus. Wprawdzie manga
nie jest dostępna na polskim rynku wydawniczym, ale została przetłumaczona w
całości na nasz ojczysty język. Sprawcą tego tłumaczenia jest grupa skanlacyjna
Synthesiss i skany dostępne są na ich stronie oraz do czytania online na
Centrum Mangi. Tłumaczenie to dobra translatorska robota, pierwszy rozdział
jest jeszcze trochę szorstki, ale reszta chapterów to żywe dialogi i zgrabnie
przetłumaczone uwagi i dopiski. Grupie wypada pogratulować udanego projektu,
całość przeczytałam w ich tłumaczeniu i nic mi nie zgrzytało, co często dzieje
się w polskich tłumaczeniach grup skanlacyjnych.
Polecam. Lavendowy znak jakości został
„Bijo ga Yajuu” przyznany! ^^



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz