Pewnego razu w odległej Japonii żył sobie pewien bezlitosny chuligan, który był na tyle bezlitosny, że ludzkie życie znaczyło dla niego mniej niż okres godowy emu.
Młodzieniec ów, Tatsumi Oga o uroczej ksywce Szalony Ogr, uczęszcza do szkoły średniej w Ishiyamie, szkoły dla delikwentów. Sam zresztą do świętych nie należy, a choć jest pierwszoroczniakiem, już zaznacza swoją obecność, bezlitośnie tłukąc nieopatrznie wchodzących mu w drogę senpaiów. Podczas jednej ze zwyczajowych bójek nad rzeką, w której Oga daje solidną nauczkę atakującym go przeciwnikom, dostrzega płynące z nurtem ciało mężczyzny i rzuca się na ratunek. Kiedy wyciąga "topielca" na brzeg, ten nieoczekiwanie rozpada się na pół, z jego wnętrza wyskakuje niemowlę, a sam topielec zupełnie żwawo odpływa sobie kraulem w siną dal. Skonsternowany Oga zabiera dzieciaka do domu i oczywiście dopiero wtedy zaczynają się jego kłopoty. Niemowlak okazuje się bowiem synem Władcy Piekieł i nosi wdzięczne imię Kaiser de Emperana Beelzebub IV (aka Beeluś). Ujęty pokazem siły, jaki Oga urządził nad rzeką, przyczepia się do chłopaka i wybiera go na swojego opiekuna, zawierając z nim kontrakt. Tak utworzonej więzi nie da się zniszczyć, a separacja od kontrahenta owocuje wrzaskiem i potokiem łez pełnym elektrycznych wyładowań. Ponadto, jeśli dzieciak oddali się na odległość większą niż kilkanaście metrów od przyszywanego tatusia, wspomniany przyszywany tatuś padnie trupem. O takich optymistycznych perspektywach Oga dowiaduje się od niańki piekielnego niemowlaka, Hildegardy, która nieoczekiwanie pojawia się na progu jego domu i przedstawia jego rodzinie, jako matka dziecka. Rodzinka Ogi oczywiście opacznie interpretuje całą sytuację i zmusza marnotrawnego syna do "wzięcia odpowiedzialności". W ten oto sposób Oga zostaje ojcem. Bycie ojcem w tak młodym wieku samo w sobie jest wystarczająco trudne, ale bycie ojcem Księciem Piekieł to już chyba lekkie przegięcie, szczególnie, gdy bachor ma zwyczaj rażenia wokół elektrycznością, chce utopić świat podczas okresowego moczenia i sprowadza na ludzkość plagi pod postacią piekielnych zabawek. Nic dziwnego, że wykończony rolą "tatusia" Oga postanawia pozbyć się kłopotu. A zrobić to może jedynie wtedy, gdy znajdzie kogoś silniejszego od siebie, bo tylko taką osobę zaakceptuje Beel. Wydawałoby się - nic prostszego, w końcu Ishiyama to raj wykolejeńców i psychopatów, wśród nich z pewnością znajdzie się ktoś, kto oprze się sile pięści Ogi...
A wszystko to to zaledwie początek serii, z której widz dowie się, że Alain Delon to demon, jak wygląda piekielna odmiana mahjonga, na ile sposobów można zdemolować szkołę i oczywiście jak zadebiutować z dzieckiem na placu zabaw!
Brzmi absurdalnie? Jasne, dokładnie takie jest, choć "w tym szaleństwie jest metoda". Beelzebub to anime, które nawet na moment nie przestaje być komedią. Gdybym miała pokusić się o porównania, najbliższa temu tytułowi wydaje mi się Gintama (z zastrzeżeniami). Ale nawet Gintama ma swoje poważne i patetyczne momenty, Beezlebub do końca nie wychodzi z komediowego trybu, choć nie brakuje w nim typowego dla shounenów mordobicia i naparzanek. Jak wskazuje początek fabuły - można się spodziewać, że nasz bohater będzie wdawał się w kolejne bójki z coraz silniejszymi przeciwnikami. Ale równocześnie nawet w sytuacjach kulminacyjnego napięcia Beelzebub sprawia, że widz turla się po podłodze ze śmiechu. Przy czym nie jest to humor abstrakcyjny jak w Sayonara Zetsubbou Sensei, raczej cała rzecz zasadza się na złośliwej ironii i sporej umowności. No i gra tu przede wszystkim komizm postaci.
Przyznam od razu, uwielbiam tę anime.
Zaczęło się od mangi, a gdy niedługo potem dowiedziałam się, że zrealizowano wersję telewizyjną, podchodziłam do niej sceptycznie - jakoś adaptacje częściej bywają dużo gorsze od papierowych pierwowzorów... Przystępowałam więc do oglądania z dużą dozą nieufności. Niepotrzebnie. Absurdalne postaci, humor i pomysłowa fabuła - wszystko to w dużej mierze udało się przenieść na ekran. Dużym plusem jest dobór seiyuu, aktorzy spisali się świetnie, znakomicie oddając charaktery swoich bohaterów. A ci są barwni i zróżnicowani - istna galeria osobliwości, szczególnie w drugim planie. Dla samych postaci warto to anime obejrzeć, nie tylko bawią, ale też wzbudzają autentyczną sympatię.
Fabuła jest z lekka absurdalna i początkowo dosyć wierna mandze, stąd zapewne epizodyczność wątków do połowy serii, z czasem nabiera jednolitości, choć daje się w ogólnym zarysie dość łatwo przewidzieć. Tytuł wpisuje się gładko w schemat shounena, ale kolejne odcinki nie nudziły. Końcówka jednak może rozczarować, wydała mi się jak ucięta nożem, szczególnie w porównaniu z mangą i zakończenie to chyba jedyny zarzut jaki mogłabym postawić tej serii.
Animacja nie stoi na jakimś super wysokim poziomie i należy do tych, które można by określić "nie razi i nie zachwyca". Ale też idealnie pasuje do Beelzebuba, szczególnie gdy idzie o projekty postaci. Można pewnie się przyczepić o szczegóły, tło, dalszy plan, ale jeśli w innych seriach mogło mi to przeszkadzać, tutaj tak skupiałam się na bohaterach, że kompletnie mi to nie przeszkadzało. Z drugiej strony, wycackana i wymuskana grafika jakoś zupełnie mi do Beelzebuba nie przystaje, więc z braku takowej jakoś nie jestem w stanie uczynić wady tego anime.
Natomiast muzyka to chyba standard dla tego typu serii. W trakcie trwania mamy sporo różnorodnych utworków do posłuchania, bo pojawia się pięć openingów i tyleż samo endingów. Jak już kiedyś wspomniałam ocena muzyki to rzecz mocno subiektywna, ale ta z Beelzebuba mi się spodobała. Na tyle, że ostatecznie całkiem zadomowiła się na mojej empetrójce. Jak napisałam, muzyka jest zróżnicowana brzmieniowo, dostajemy więc humorystyczne kawałki jak, swoją drogą oddający świetnie charakter anime Dadada czy (uwaga! słuchacie na własną odpowiedzialność, od tego ciężko się uwolnić) Papepipu papipepu papepipupo, przy którym doskonale się uprawia poranną gimnastykę ^^ Są też słodkie popowe utworki w rodzaju Hajimaru no wa, Sayonara czy Tsuyogari, ale także ostrzejsze brzmienia prezentowane w piosenkach Baby U, Hey! i Shoujo Traveller. Mamy też utwory niejako wypośrodkowane, pierwszy ending Answer i ostatni z openingów Only You-Kimito no Kizuna. Graficznie zarówno openingi jak i endingi mają niezły poziom, nie zdradzając wiele z fabuły, ale prezentując galerię postaci, zaś Dadada dodatkowo zarówno tekstem jak i grafiką nawiązujący do specyficznego humoru anime. Pod względem graficznym najbardziej spodobał mi się Nanairo Namida, ending jak na shounen bardzo shoujo ^^
Polecać nie polecać? Ja polecam, szczególnie tym, którzy mają ochotę się pośmiać. Beezlebub jest świetną komedią i poprawiaczem nastroju. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może odpowiadać ten rodzaj poczucia humoru. Radzę spróbować z pierwszym odcinkiem, to dobra próbka tego, co prezentuje całe anime. Ja z pewnością powrócę za jakiś czas do serialu, a póki co śledzę sobie dalsze perypetie bohaterów w mandze (która jest jeszcze lepsza od anime) i wciąż mam ubaw po pachy.
A nawet więcej ^^



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz