Przyszedłem przynieść ci pecha... takie oto słowa padają z ust złotookiego młodzieńca w czarnym płaszczu, zanim pociągnie za spust. Train Heartnet jest zabójcą na usługach tajemniczej organizacji o nazwie Chronos. Bezwzględny, niezwykle skuteczny, jego imię wzbudza prawdziwy strach w środowisku przestępczym. Chronos oznacza swoich likwidatorów numerami tatuowanymi na ciele. Numerem Traina jest rzymska trzynastka, stąd też jego przydomek – Black Cat – Czarny Kot. Istotnie osobom, które widzą go twarzą w twarz szczęścia raczej nie przyniesie. Wydaje się, że Train nie ma większych moralnych skrupułów, wykonuje zlecenia szybko, bez wahania i nie zadaje pytań. Tak się sprawy mają dopóki na jego drodze nie stanie Saya Minatsuki, nietypowa najemniczka, odziana w yukatę. Jej słowa („Jeśli nie musisz strzelać, nie strzelaj”) dają mu do myślenia i rewidują światopogląd. Równorzędnymi (wbrew tytułowi) bohaterami serii są Eve, tajemnicza dziewczynka, na którą Kot otrzymuje zlecenie oraz Sven Vollfied, najemnik-dżentelmen o nieco staroświeckich przekonaniach. Ową trójkę los zetknie ze sobą tyleż nietypowo, co trwale, dalsze wydarzenia będą już bezpośrednio wiązać się z tymi postaciami.
Oglądając Black Cat nie mogłam opędzić się od uczucia lekkiego deja vu. Tak bowiem mogłoby wyglądać Darker than black, w lżejszej, komediowej wersji. Postacie Traina i Eve jako żywo przypominają mi duet Hei & Yin, a choć z czasem charakter Kota odwraca się niemal o sto osiemdziesiąt stopni (ta zmiana jest bardzo zaskakująca, na szczęście nie tak zupełnie nieprawdopodobna), Eve nadal pozostaje niemal kopią małomównej, introwertycznej Yin. Postacie są niewątpliwie siłą tej serii. Bo niestety, nie jest nią fabuła, poszarpana na niezbyt pasujące do siebie kawałki. Bardziej wrażliwi na logikę zdarzeń widzowie mogą mieć kilka powodów do irytacji. Brak tu rozsądnego ciągu przyczynowo-skutkowego, akcja pędzi do przodu, niezbyt dbając o cel i motywacje działań bohaterów. Wspomniałam o postaciach głównych, ale i te z drugiego planu prezentują się interesująco – Creed Diskenth, drugi co do skuteczności zabójca Chronosa, autentycznie sfiksowany na punkcie Traina (nie, wbrew pozorom nie jest gejem ^^); Rinslet Walker, genialna złodziejka, przed którą żaden sejf nie ma tajemnic, dowódcy i likwidatorzy Chronosa z Sephirią Arks na czele, przeciwnicy i sprzymierzeńcy oraz przewijający się przez sporą liczbę odcinków rozmaitej konduity wolni strzelcy – to tłumek całkiem barwny i różnorodny. W tej pstrokatej zbieraninie można by stracić z oczu głównych „bad guy’ów”, gdyby nie cecha, która wyróżnia wszystkie czarne charaktery anime – maniacki śmiech. Zaledwie jeden Pan Zły zejdzie ze sceny, drugi, który dotychczas ograniczał się do ironicznego uśmieszku, zajmując jego miejsce, natychmiast wybucha obłąkańczym chichotem. Najwyraźniej to jest już wpisane w pakiet „szwarccharakter”.
Animacja Black Cat jest nierówna – w zależności od odcinka. Niestety, o ile pierwsze epizody prezentują się na całkiem przyzwoitym poziomie: design postaci ładny, tła nie powalające, ale znośne i niezła choreografia walk, to im dalej w las, tym grafika traci na jakości. W niektórych miejscach jest zwyczajnie niedbała. Nie na tyle, żeby specjalnie razić, ale skoro dało się zachować jakiś poziom na początku, dlaczego nie można było i później?
Postaci oceniłam na plus, animację na minus, jak dotąd seria w tej ocenie prezentuje się co najwyżej przeciętnie. Co z muzyką w takim razie? A tutaj – zaskoczenie. Muzyka w przeciwieństwie do grafiki jest naprawdę dobra. Zdecydowanie się wyróżnia i nie jest jedynie plumkającym tłem dla dialogów i zdarzeń. Mocne, dynamiczne brzmienia w trakcie walk, łagodniejsze tony w scenach bardziej lirycznych – ścieżka dźwiękowa do Black Cat zapada w pamięć. Bardzo przypadł mi do gustu opening, w czasie tych kilku dni, gdy oglądałam anime, niejednokrotnie przyłapałam się na tym, że nucę (lub też usiłuję nucić ^^”) Daia no Hana. Przyjemny mocny głos wokalistki wpada w ucho, a zmieniające się tonacje openingu nie nudzą się szybko. Endingi są dwa. O ile pierwszy przeszedł w moim przypadku bez echa, to drugi już spodobał mi się wyjątkowo – nie tylko ładnie brzmi, ale jeszcze lepiej wygląda. Samotny bohater pośród opadających płatków śniegu – może to i banalne, ale pięknie komponuje się z liryczną piosenką Kutsuzure. Jeszcze jeden utwór ze ścieżki dźwiękowej do Black Cat zasługuje na uwagę. To piosenka, którą śpiewa Saya, w chwili, gdy Train spotyka ją po raz pierwszy. Nosi tytuł Konoyo no uta, śpiewa Iwasaki Taku. Urzekająca.
Jak więc wypada ogólna ocena anime? Gdybym miała być całkowicie i brutalnie szczera, Black Cat w MALowej punktacji, otrzymałby zaledwie szóstkę. Ale ponieważ mam swoje sentymenty, bohaterów polubiłam (nie wspominając o przyjemnych doznaniach muzycznych), sympatia zwyciężyła bezlitosny obiektywizm i anime dostaje ode mnie siódemkę. Po prostu, przyjemnie się oglądało!

Tego jeszcze nie oglądałam, choć mignęło mi kilka razy przed oczami, więc jestem we właściwym miejscu i we właściwej grupie czytelników ^^ Ciekawi bohaterowie, podobieństwo do DtB i dobra muzyka w zasadzie mnie zachęcają. Muszę jednak się zastanowić, czy należę do "widzów bardziej wrażliwych na logikę wydarzeń" i podjąć ostateczną decyzję o oglądaniu lub nie ;P
OdpowiedzUsuńA mnie to własnie nigdy nawet nie mignęło! Zastanawiam się jak seria o takim tytule mogła umykać mojej uwadze długi czas? ^^ Do ogladania musisz zachęcić się sama, jak wspomniałam anime jest przeciętne, choć nadrabia niedostatki charakterami. Może zaintryguje cię Eve, która nieprzypadkowo nosi takie imię...? ;)
OdpowiedzUsuń