Zrealizowana na podstawie powieści i popularnej mangi anime, która w ubiegłym roku wyszła ze stajni FUNanimation Enternaiment zwróciła moją uwagę przede wszystkim olśniewająca grafiką. Dla strony wizualnej złamałam swoją zasadę nie oglądania żadnych trwających serii (obecnie zresztą łamię ją nagminnie, więc nie wiem czy można to jeszcze uznać za zobowiązujące ^.~). Obejrzawszy pierwszy odcinek poczułam zdecydowaną i nieodpartą ochotę na więcej.
Ryner Lute jest leniwym i stale szukającym okazji do drzemki studentem Specjalnej Królewskiej Akademii Wojskowej Rolandu. W wyniku wojny, większość jego szkolnych kolegów ginie, sam zaś Ryner okazuje się być posiadaczem tajemniczej i przeklętej mocy określanej jako Stygmat Alpha. Uwięziony w królewskich kazamatach, zostaje uwolniony przez Siona Astala, przyjaciela z Akademii, który po zakończeniu działań wojennych przejął władzę w kraju i stał się królem-bohaterem. Idealista, pragnie uczynić Roland królestwem pokoju, szczęścia i bogactwa. W tym celu wysyła Rynera w towarzystwie pięknej wojowniczki Ferris na poszukiwania magicznych artefaktów pozostałych po Legendarnych Bohaterach...
Densetsu no yuusha no densetsu ma wszystko to, co powinno uczynić z niego anime idealne – zawikłaną fabułę, ciekawych i licznych bohaterów, wspaniałą oprawę graficzną. Przy wszystkich tych zaletach nie jest jednak serią idealną, więcej – ma szereg wad, które nie pozwalają obiektywnie zaklasyfikować jej nawet do serii zwyczajnie dobrych. Na czym rzecz polega, już wyjaśniam.
Przede wszystkim fabuła. Zaczyna się to wszystko istotnie bardzo pięknie i intrygująco – z biegiem czasu wątki zapętlają się w całkiem obiecujący sposób, tworząc interesującą fabularną mozaikę. Co z tego? W którymś momencie widz zaczyna zdawać sobie sprawę, że niektóre ścieżki fabularne zmierzają donikąd. Sprawa poszukiwania legendarnych artefaktów z powodzeniem mogłaby zostać wycięta, nie wnosi praktycznie niczego do anime, za wyjątkiem kilku wątpliwej jakości gagów i postaci, które tak czy siak będą miały drugie wejście. Wreszcie dla licznie wprowadzonych wątków pobocznych zabrakło zwyczajnie czasu antenowego – tak rozbudowanej fabuły serial zwyczajnie w 24 odcinkach nie pomieścił. W rezultacie konia z rzędem temu, kto ogarnie o co tu i komu tak naprawdę chodzi? W gąszczu intryg gubi się gdzieś przyczynowość. Sprawą drugą są równie licznie zaprezentowani bohaterowie. Jest to jednocześnie zaleta jak i wielka wada tej serii. Zaleta, bo postaci są ciekawe, a ich charaktery mocno zróżnicowane, w rezultacie można wybierać i przebierać w sympatiach. Ale tutaj również zabrakło czasu antenowego, by oddać każdemu z bohaterów, co się mu należy. Szczególnie postaci drugoplanowe bardzo na tym tracą, a już po pobieżnym spojrzeniu widać, że warte są uwagi, kto wie czy nawet nie bardziej niż te główne. Nic tak nie irytuje jak zmarnowany potencjał. Kolejną kwestią, która zliczam do minusów serii jest nadmiar patosu. Wielokrotnie jest on łagodzony humorystycznymi wstawkami, to fakt, ale gdy już się skumuluje, dramatyzm scen rozstrzygających niebezpiecznie przekracza dawkę, która można strawić. Może akurat w tym przypadku jestem odrobinę przeczulona ^^ Następny minus na liście związany jest z... grafiką. Tak, tak, wiem, że na początku tego posta określiłam ją jako „olśniewającą”. I podtrzymuję tę opinię. Nie, nie przeczę sama sobie. W tym punkcie chodzi mi o niesamowitą ilość witraży. Densetsu jest pod tym względem przeładowane, co skłania mnie do zastanowienia, który z twórców miał na tym punkcie obsesję? Szczególnie Sion przedstawiany jest ciągle i do obrzydzenia w tęczowych poblaskach. Nie mam nic przeciwko kolorom i blikom, ale parafrazując przysłowie – nadmiar jest wrogiem dobrego! Skrytykowawszy element grafiki, skądinąd rzeczywiście zachwycającej, nie sposób nie przyczepić się do oprawy muzycznej. A ta nie dorasta do zamierzeń twórców i oczekiwań widza. Ani pierwszy opening LAMENT ~Yagate Yorokobi wo~ śpiewany przez Yuuki Aira, ani drugi Last Inferno w wykonaniu Ceui nie zachwycają, nie budzą emocji, nawet tych negatywnych – są tak bardzo przeciętne i niczym się nie wyróżniające. Z kolei pierwszy ending Truth Of My Destiny w aranżacji Ceui i drugi Hikari no Firumento śpiewany przez Takagaki Ayahi mają ładne teksty, ale również przeciętną melodię, która kompletnie nie zapada w pamięć. Oprawa dźwiękowa poza scenami dramatycznymi, gdzie mamy chórki i podniosłe tony, jest praktycznie niezauważalna i nie wyrasta ponad tło rozgrywających się zdarzeń. No dla uczciwości, trzeba wspomnieć o Energy, piosence śpiewanej gdzieś przy końcu serii w tle, która jedyna zapadła w pamięć. Również wykonywana przez Ceui.
No tak, przeczytawszy wszystko powyżej nasuwa się tylko jeden wniosek – kompletnie niewarte czasu. Można by wręcz odnieść wrażenie, że recenzentka za punkt honoru postawiła sobie bezlitosną krytykę omawianego anime. Tymczasem, nic podobnego. Sumiennie wyliczywszy wady produkcji, mogę się teraz skupić na jej zaletach, bo wbrew pozorom, takowe również posiada ^^ A do nich należy zaliczyć rewelacyjne postaci, które zaludniają świat Densetsu. Miałabym duże trudności ze wskazaniem faworyta, bo większość bohaterów przykuwa uwagę – cechami charakteru czy kierunkiem, w którym zmierzają jego losy. Są oczywiście też i takie, które pełnią wyłącznie rolę ozdobników (Noa, Milk, Iris), ale większość to intrygujące, warte poznania osobowości. Szkoda, że nie do końca rozwinięte.
Jak już wspomniałam wyżej do anime przyciągnęła mnie grafika. „Bright & Shiny” takimi słowami Rudzielec określiła kiedyś Rynera, ale jest to też fraza, która idealnie opisuje oprawę graficzną Densetsu. Animacja trzyma wysoki poziom, a design postaci jest po prostu prześliczny, a główną jego zaletą jest to, że bohaterowie (z kilkoma wyjątkami) wyglądają normalnie, a nie jak poddane kuracji hormonalnej przedszkolaki. Przesłodzony rysunek oczu i sylwetki nie wchodzi w grę. Ładnie dopracowane są tła, na krajobrazy i architekturę przyjemnie popatrzeć. Barwy i kolorystyka zwykle bardzo nasycone, w scenach walk zostają stonowane, a w momentach, gdy Ryner używa swojej mocy są monochromatyczne – utrzymane głównie w czerni i czerwieni. Gdyby nie nadmiar wątków, również fabuła byłaby mocnym punktem serii. Zapętlona, nieprzewidywalna, rozwijająca kolejne wątki – intryga goni intrygę, działania bohaterów determinowane są przez ruchy, które wykonują przeciwnicy, zdarzenia często przybierają niespodziewany obrót, a plany rozbijają o niespodziewane sploty wypadków. Taka wielowątkowość i mnogość intryg przykuwa do ekranu, niestety, wymknęło się to twórcom spod kontroli.
Zebrawszy wszystko razem, można mi zarzucić sprzeczność wypowiedzi, nieprawda? Ale takie właśnie jest Densetsu. Zalety są równocześnie wadami i na odwrót. Gdybym miała się pokusić o jedno słowo, którym można by określić to anime byłoby to słowo: nadmiar. Realizując ten tytuł przedobrzono niemal w każdym aspekcie: ilości wątków, bohaterów, elementów grafiki. A mimo wszystko ośmielę się zachęcić do sięgnięcia po serię, przede wszystkim osobom, które lubią przygodowe fantasy. Densetsu wprawdzie ma sporo zmarnowanego potencjału, w dalszym ciągu jednak pozostaje całkiem interesującym anime ze znakomitą grafiką.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz