totoro

totoro

niedziela, 11 marca 2012

"Róża w ogrodzie pełnym chwastów" - Hana Kimi

Miał być w tym miejscu tekst poświęcony Miyori no Mori Panny Jeż, ale ponieważ nasza recenzentka od kilku miesięcy starannie „zbiera myśli”, postanowiłam nie ingerować w proces twórczy i cierpliwie czekać na efekty. Możliwe, że doczekamy się jeszcze w tym roku ^^ Tymczasem postanowiłam wkleić coś nowego, zwłaszcza, że od ostatniej notki, trochę wody upłynęło. Zima minęła mi pod znakiem mang shoujo, na który to gatunek złapałam dużą „fazę” i zgłębiam go z zapałem neofitki. Okazał się on, tak jak i shounen, całkiem różnorodny i pojemny, spodziewam się więc, że materiału do recenzji mi nie zabraknie, na bardzo długi czas.
No ale do rzeczy, czyli do wspomnianego w tytule Hana Kimi czy też w oryginale Hanazakari no Kimitachi e, który to tytuł czekał na recenzję od dłuższego czasu.
Mizuki Ashiya jest Japonką mieszkającą w USA, w stanie Kalifornia. Któregoś dnia, podczas oglądania w telewizji zawodów lekkoatletyki, dostrzega wśród zawodników niezwykle utalentowanego japońskiego skoczka Sano Izumi. Od tej pory staje się on jej idolem. Istotnie gwiazda Izumiego lśni wyjątkowo jasno, toteż dla wszystkich ogromnym szokiem jest, gdy w parę lat później, po doznanej kontuzji, chłopak postanawia zrezygnować ze skoków i obiecującej kariery lekkoatlety. Dla Mizuki decyzja ta jest tyle szokująca, co kompletnie niezrozumiała. A ponieważ jest osobą szybką w działaniu, wpada więc na szalony pomysł, by zapisać się do tej samej szkoły w Japonii, do której uczęszcza Sano, zbliżyć się do niego i przekonać go, by powrócił do lekkoatletyki. Problem w tym, że szkoła, do której uczęszcza Sano, jest wyłącznie męska. Nie stanowi to jednak przeszkody dla naszej zdeterminowanej bohaterki, Mizuki ścina włosy, przebiera się za chłopaka i zapisuje się do Osaka Gakuen. Szczęśliwie się składa, Mizuki dość szybko poznaje Sano, na dodatek traf chce, że zostają współlokatorami. Izumi okazuje się jednak osobą, do której zbliżyć się niełatwo, a choć Mizuki dwoi się i troi, by skruszyć chłodny dystans chłopaka jej starania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. I już praktycznie na samym początku zostaje zdekonspirowana przez szkolnego lekarza Hokuto Umedę, przystojniaka i zdeklarowanego homoseksualistę, gdy przypadkiem zdarzyło jej się zasłabnąć. Jej płeć odkrywa także sam Sano, gdy niesie „kolegę” do lekarskiego gabinetu, postanawia jednak zatrzymać ten sekret dla siebie. Mizuki szczęśliwie udaje się przekonać Umedę do zachowania tajemnicy, ale to jak możemy się spodziewać, dopiero początek kłopotów. Udawanie osobnika płci męskiej w szkole pełnej chłopców to doprawdy karkołomne zadanie, a tu trzeba będzie stanąć przed wieloma niespodziewanymi zdarzeniami: przyjazd brata przekonanego, że ukochana siostrzyczka uczęszcza do zwykłej koedukacyjnej placówki, pojawienie się zbyt wiele dostrzegającego fotografa czy rosnące uczucie kolegi z dormitorium, który usiłuje sobie poradzić z faktem, że darzy miłością osobę tej samej płci... Wyzwań jest sporo, przy czym Mizuki z czasem coraz pewniej się czuje w Osaka Gakuen i coraz bardziej beztroska się staje, więc jedynie interwencje Sano czy Umedy chronią ją od całkowitej demaskacji.
Hana Kimi oparte jest na, do bólu eksploatowanym przez twórców japońskiej anime i mangi, pomyśle. „Przebieranki” to jeden z ulubionych motywów w tym przemyśle i wydawałoby się, że tak ograny chwyt powinien być już nużący. Ale nie. Powstała naprawdę sympatyczna i wciągająca historia, która potrafi wzbudzić w czytelniku pozytywne reakcje i ciepłe uczucia. Duża w tym zasługa bohaterów. Postaci zostały nakreślone z wyczuciem, a równocześnie wpisują się ładnie w pewien typowy dla shoujo schemat. Mamy tutaj wyraźnie zaznaczone różnice charakterologiczne, każda z postaci wykazuje się innym temperamentem i sposobem bycia. Mizuki jest miłą, otwartą, optymistyczną dziewczyną, nieco beztroską, którą dobre serce i chęć niesienia pomocy wpędzają w nieustanne kłopoty. Niezdolna do ukrywania uczuć, każdy jej nastrój widoczny jest jak na dłoni. Nie wykazuje się ani wybitną urodą, ani uzdolnieniami, jest przeciętna i najlepiej określa ją słowo „miła”. Z kolei Sano to typ milkliwy, opanowany i powściągliwy w okazywaniu emocji. Rzadko się uśmiecha, ale kieruje się w życiu określonym kodeksem wartości i zdecydowanie można na nim polegać. Zarówno w sporcie jak i w nauce osiąga wspaniałe wyniki, na dodatek nie zbywa mu na urodzie, jednym słowem wymarzony bohater dziewczęcego romansu. Na przeciwnym biegunie jest Nakatsu, który prezentuje typ ekstrawertyczny, wesoły, nieco hałaśliwy, prostolinijny, ale bardzo serdeczny. To ten rodzaj osoby, którą zawsze otacza grono ludzi, przyciągający otwartością i nie mający nigdy najmniejszego problemu z nawiązywaniem kontaktów. Nie należy do uzdolnionych bystrzaków, ale ma w sobie coś ujmującego, co zjednuje mu mnóstwo przyjaciół. To oczywisty kontrast dla stoickiego Sano. Wokół tego tria toczyć się będą główne wydarzenia i wątek romantyczny, ale nie braknie też zgrabnie zarysowanych wątków pobocznych i postaci drugoplanowych. Wśród nich koledzy z klasy Mizuki, przewodniczący dormitoriów, przebiegły fotograf Akiha czy wreszcie mój absolutny faworyt – doktor Hokuto Umeda, którego wredny charakterek sprawia, że taki doktor House to przy nim zaledwie sympatyczny dziwak ^^
Linia fabularna Hana Kimi jest właściwie dość prosta i zmierza do określonego, łatwego do przewidzenia finału. Po drodze mamy kilka naciąganych i mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności, ale generalnie czyta się to wszystko przyjemnie, bez większych trudności. Piramidalnych bzdur tu nie ma, a choć niektóre rozwiązania fabularne są grubymi nićmi szyte, to jednak jest to również poniekąd cecha gatunkowa, na która można spokojnie machnąć ręką. W sumie nie ma tu nagłych zwrotów akcji czy jakichś niezwykle wstrząsających wydarzeń, ale manga jest wciągająca i od lektury naprawdę trudno się oderwać. Przy czym należało by wspomnieć o naprawdę świetnym, ciepłym humorze, zawartym w tej historii, znakomicie wyważonym, nigdy nie przekraczającym dobrego smaku, a praktycznie stale obecnym, w mniejszym czy większym natężeniu. Uśmiech właściwie towarzyszy czytelnikowi cały czas podczas lektury.
Na piątkę zasługuje kreska: miękka, bez żadnych udziwnień, naprawdę ładna. Rysunek jest bardzo miły dla oka, postacie dopracowane i wykonane starannie, od razu widać, ze to praca doświadczonej mangaczki, nie debiut. Hisaya Nakajo istotnie debiutowała one-shotem dwa lata wcześniej, zanim zaczęła rysować Hana Kimi, miała więc sporo czasu by się wprawić. Bohaterowie są piękni, doskonale narysowani i stanowią estetyczną przyjemność dla oka. Łagodne linie, delikatne pociągnięcia nadają postaciom ową lekkość, tak istotną dla mang z tego gatunku. Z kolei po tłach nie ma się bardzo czego spodziewać, są, wykonane sprawnie i dobrze pełnią swoją rolę, ale praktycznie niedostrzegalne – tutaj pierwsze skrzypce grają bohaterowie. Rysunek w komediowych scenach przechodzi w SD, a że jest to przemyślane i nie nagminne, gładko wkomponowuje się w całość. Bardzo spodobało mi się także kompozycja poszczególnych rozdziałów, rozmieszczenie postaci, obiektów, a także tekstu – zrobiono to solidnie i w rezultacie otrzymaliśmy bardzo ładnie się prezentującą, także od strony czysto technicznej, mangę.
O ile się orientuję Hana Kimi jest dostępne na rynku europejskim. Zlicencjonowało ten tytuł amerykańskie wydawnictwo Viz Media, mangę wydano też we Francji, Niemczech i Włoszech. Papierowa wersja Hana Kimi niestety nie jest dostępna na naszym rynku, w Sieci można znaleźć skany, które tłumaczy Manga Journey i z tego co wiem, praca nad projektem jest już mocno zaawansowana. Niestety, nie miałam okazji zapoznać się z polskim przekładem, od razu sięgnęłam po angielskie tłumaczenie, więc nic na ten temat powiedzieć nie mogę. Gdyby jednak któreś z polskich wydawnictw zajmujących się mangą zdecydowało się wydać ten tytuł przyznam, że chętnie bym zakupiła – spodobało mi się. Przyjemna historia, ciekawi bohaterowie i ładna kreska – czego chcieć więcej? Zdecydowanie polecam, jeśli przyjdzie wam ochota na mangę shoujo, Hana Kimi jest dobrym wyborem!
PS. Na podstawie Hana Kimi powstało kilka telewizyjnych adaptacji i dram. Nie przepadam przyznam za dramą, jakoś nigdy nie mogłam przekonać się do serialowych produkcji azjatyckich, wydawały mi się nazbyt przerysowane i sztuczne. Uczyniłam wyjątek dla Hana Kimi i nie żałuję. Dawno się tak nie uśmiałam! W porównaniu z mangą jest sporo różnic fabularnych, na których traci trochę sama historia, ale warto to zobaczyć choćby dla Tomy Ikuty, aktora grającego Nakatsu. Jego dylematy i monologi wewnętrzne są absolutnie rozbrajające! ^^

środa, 5 października 2011

"Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?" - Venus Capriccio


Tamaki Habara wychowała się w rodzinie, w której przeważali mężczyźni. Mając za wzór czterech starszych braci, nic dziwnego, że sama stała się chłopczycą i przejęła ich głośny, energiczny i pozbawiony wdzięku styl zachowania. Matka, chcąc by córka stała się bardziej dziewczęca zapisała ją na lekcje gry na fortepianie. Tamaki, której zupełnie się to nie podobało uciekała z tych lekcji, kiedy się tylko dało. Podczas jednej z takich ucieczek, natknęła się na młodszego o dwa lata chłopca, Akirę Sasakiego, ten zaś zaproponował, że będzie ją uczył. Dzięki niemu Tamaki odkryła, że gra na fortepianie może sprawić prawdziwą frajdę. Nie zdawała sobie sprawy, że jej żywiołowe reakcje i radość życia w ten sam sposób wpłynęły na Akirę, który choć bardzo utalentowany, nie potrafił odnaleźć przyjemności w muzyce, jaką grał. Tak oto zawiązała się głęboka przyjaźń, trwająca przez całe dzieciństwo. Dla Tamaki Akira zawsze był kimś, kogo mogła podziwiać, jeszcze jeden brat, czy też - biorąc poprawkę na niezwykłą urodę chłopca – śliczna siostrzyczka. Tymczasem Akira któregoś dnia wyraźnie okazuje, że wcale nie uważa Tamaki za siostrę ani wyłącznie za przyjaciółkę i darzy ją znacznie głębszym uczuciem... Tamaki staje przed dylematem- jak się wobec takiego dictum zachować? A przede wszystkim, jakie są tak naprawdę jej własne uczucia wobec Akiry?
Na Venus Capriccio trafiłam, zapoznawszy się z inną mangą autorki, recenzowaną wcześniej Psi Boy. Wydała mi się podobna w klimacie do Nodame Cantabile, a ponieważ traktowała o muzyce, na dodatek miała status ukończonej, uznałam, że mogę się z nią zapoznać. Kreska pani Nishikaty już wcześniej przypadła mi do gustu, a że Venus Capriccio (Venus Kisoukyoku) to przedstawicielka gatunku shoujo, na który ostatnio miewam chętkę, sprawa była przesądzona. Lektura okazała się doznaniem zdecydowanie przyjemnym. Venus Capricio to manga i zabawna i poniekąd wzruszająca, a choć ma swoje ograniczenia i nie wolna jest od schematów, ostateczne wrażenia każą mi oceniać ten tytuł na plus. Fabuła nie jest tu najważniejsza. To szereg scenek i wydarzeń, które mają za zadanie przede wszystkim przybliżyć charaktery dwójki postaci – dopiero w ostatnich rozdziałach nabiera cech jednolitego ciągu przyczynowo-skutkowego. Dwójki, ponieważ to przede wszystkim Tamaki i Akira są bohaterami tej mangi, na nich skupia się niemal cała autorska uwaga, spychając pozostałe osoby do roli epizodów, lub katalizatorów, powodujących dalsze zdarzenia. Mamy tutaj rozwijający się powoli, wyrastający z dziecięcej przyjaźni, romans i stopniową, niemal niewidoczną ewolucję postaci. Bardzo spodobało mi się ukazanie w jak subtelny sposób bohaterowie na siebie wzajemnie wpływają, choć są całkowicie kontrastowi, dwa przeciwne bieguny. Tamaki to żywioł, pełna energii chłopczyca, która działa bez namysłu, mówi to, co myśli; bardzo otwarta, czasem irytująco niedomyślna i nietaktowna. Akira z kolei jest niezwykle wyciszony, introwertyczny, jak na swój młody wiek bardzo opanowany i dojrzały. Jest też utalentowanym pianistą, od czasu do czasu grywa w nocnym klubie, zaś styl gry jest odzwierciedleniem jego osobowości – łagodne, piękne interpretacje o miękkich tonach. Ta kontrastowość charakterów świetnie się tu sprawdza, stając się przyczyną wielu humorystycznych scenek, ale pomimo różnic – para świetnie się rozumie i wzajemnie wspiera. Tamaki przy Akirze się wycisza, z czasem staje mniej gwałtowna, Akira z kolei, grając dla dziewczyny odnajduje własny styl i radość płynącą z muzycznej interpretacji.
Mangaczka bodaj od drugiego tomu zaoferowała czytelnikowi zabawny akcent w postaci dodatku, w którym odwraca role i zamienia bohaterom charaktery, Tamaki czyniąc dojrzałą i opanowaną, Akirę wyposażając w nadmiar energii i pozbawiając gracji. To ciekawy zabieg, dający czytelnikowi sporo frajdy, gdy obserwuje protagonistów serii w tak nietypowych dla nich zachowaniach.
Wspominałam, że w mandze pojawiają się inne postaci. Owszem Venus Capriccio nie ogranicza się wyłącznie do Tamaki i Akiry, ale bez wątpienia to oni są tu najważniejsi, akcenty położone na postaciach rozłożone są bardzo nierównomiernie. Pozostali nie mają już tak pogłębionych charakterów, naszkicowani raczej, choć nie pozbawieni uroku. Kei Azegami, który dzięki interwencji Tamaki staje się przyjacielem Akiry, Oda Shinobu- dawny prywatny nauczyciel gry Akiry, obecnie sensei w szkole muzycznej, do której nasza para uczęszcza, a zarazem osoba, którą Akira szczerze nie znosi; Julian Clement, przybysz z zagranicy, którego pragnieniem jest usłyszeć grę Akiry i dzięki któremu chłopak na wiele spraw spojrzy z zupełnie nowej perspektywy. Wszystko to postaci, które stają się przyczyną zmian i popychają akcję ku kulminacyjnemu punktowi, jakim jest zmierzenie się
Akiry ze swoją przeszłością, a w rezultacie z wizją własnej przyszłości.
Napisałam nieco wcześniej, że tytuł ten skojarzył mi się z Nodame Cantabile, wrażenie to szybko jednak się rozwiało. Owszem są pewne podobieństwa, niemniej klimat obu historii jest jednak zupełnie inny, odbiera się je w odmienny sposób. W Nodame punkt ciężkości spoczywa na staraniach i talentach bohaterów, romans rozgrywał się niejako „przy okazji”. W Venus Capriccio uczucia odgrywają o wiele większą rolę, a przy tym relacje pomiędzy bohaterami są znacznie bardziej wysubtelnione, choć pomiędzy Nodame a Tamaki z pewnością da się dostrzec podobieństwo charakterów.
Pisałam już wcześniej w recenzji Psi Boya, że kreska pani Nishikaty jest bardzo przyjemna dla oka. Zwiewna, lekka, romantyczna – idealna, by przedstawić historię miłosną z fortepianem w tle. Postaci rysowane są w charakterystyczny sposób – wysokie, bardzo smukłe (żeby nie powiedzieć anorektyczne), pełne uroku. Design to coś, czego należałoby się spodziewać po mandze typu shoujo – Akira, jak na biszonena przystało, jest posiadaczem urodziwej, dziewczęcej niemal twarzy, Tamaki zaś... Tutaj autorce należą się duże brawa. Ciężko jest narysować śliczną dziewczynę i przedstawić ją jako postać kompletnie pozbawioną wdzięku. Mangaczce się to udało, bez dwóch zdań. Rysunek sylwetki, pozy Tamaki idealnie odzwierciedlają jej charakter – pozbawiona gracji chłopczyca, dla której włożenie sukienki i butów na obcasie to swego rodzaju poświęcenie. Od strony technicznej manga prezentuje się bez zarzutu, jedyne co można by jej zarzucić to brak w wielu kadrach dopracowanego tła. Zarzut ten można jednak łatwo obalić, pusty kadr skupia uwagę na postaci bohaterów – ich wyrazie twarzy, oczu, gestach. Ostatecznie nie o miejsca tu chodzi, ale o to, co rozgrywa się, czasem w bardzo wysublimowany sposób, pomiędzy bohaterami.
Historia zamyka się w pięciu tomikach, a jej rozwiązanie jest poniekąd otwarte. Zabrakło mi tu kilku domknięć, paru ostatecznie dopowiedzianych spraw, ale po namyśle uznałam, że taki finał jest całkiem zadowalający. Venus Capriccio nie jest jakąś szczególnie porywającą, zatykającą dech w piersiach historią. To sprawnie opowiedziany i narysowany delikatną kreską romans, który urzeka ciepłą, uroczą nutą. Jeśli macie ochotę na sympatyczną serię shoujo, z muzyką w tle, sięgnijcie po Venus Capriccio. Potrafi wciągnąć, rozbawić, a nawet wzruszyć, z pewnością zaś poprawia samopoczucie. A to już całkiem niezła rekomendacja, prawda?

wtorek, 13 września 2011

Psi Boy - jak zostać szkolnym celebrytą

Po długim czasie, gdy na tapecie miałam wyłącznie mangi i anime z gatunku shonen, poczułam potrzebę odmiany. Zachciało mi się shoujo w najbardziej znamiennej wersji – szkolnego życia i romansu, bez wątków paranormal czy fantasy. Tytuł, o którym zamierzam napisać w pewien sposób wyróżnia się na tle romantycznych serii dla dziewcząt, choć jednocześnie przejawia wszystkie charakterystyczne wyróżniki gatunku.
Kiyosumi Koujou i jego przyjaciel Maki Sagiya, stanowią duet najprzystojniejszych uczniów męskiej populacji w liceum Reinan, chociaż są zaledwie pierwszoroczniakami. Niemniej w rankingach popularności osiągają niezmiennie pierwsze miejsca i niemal każda dziewczyna uważa ich za wyjątkowe „ciacha”. Każde pojawienie się tej dwójki powoduje piski zachwytu i maślane spojrzenia u rozentuzjazmowanych fanek. Istotnie tworzą bardzo przystojny duet – Kiyo czarnowłosy, z melancholijnym wyrazem twarzy, Maki dla kontrastu jasny blondyn, prezentujący postawę „luzaka”. Nic dziwnego, ze dziewczętom na ich widok miękną kolana. Ale czy tej dwójce popularność nie uderzyła nazbyt do głowy? Można mieć wątpliwości, gdy obserwujemy, jak Kiyo niebotycznie szczęśliwy zapisuje w notatniczku, ileż to razy usłyszał dziś, że jest „so cool”. Ciężki przypadek narcyzmu? Na szczęście nie, a nawet wręcz przeciwnie. Otóż Kiyo przez wszystkie poprzednie lata szkolne uchodził za osobę przeraźliwie nudną, a nazwanie go przystojnym nikomu nawet nie przyszłoby do głowy. Typ mola książkowego, skrywający się za okularami na pół twarzy, bardzo inteligentny, lecz nie potrafiący znaleźć z rówieśnikami wspólnego języka – przez większość szkolnego życia odstawał od reszty, samotny i ignorowany. Częste przeprowadzki, jakie fundowała jedynakowi ogromnie zapracowana matka także nie sprzyjały nawiązywaniu szkolnych przyjaźni. Wszystko to zmieniło się w momencie, gdy Kiyo spotkał Makiego i poprosił go o pomoc w staniu się bardziej popularnym. Dzięki radom Sagiyi, Kiyo całkowicie odmienił swój styl, zaś interwencje przyjaciela w co bardziej podbramkowych sytuacjach (nie tak łatwo przejść z poziomu „ignorowany okularnik” na „oblegany przystojniak”) pozwoliły chłopakowi zachować wizerunek najpopularniejszego faceta w liceum Reinan. Wszystko zdawałoby układa się wspaniale, dopóki Kiyo się nie zakochał w Aran Mikami. Pech jednak chciał, że dziewczyna należy do osób, które nie znoszą tego typu popularnych facetów i na widok czarującego przystojniaka dostaje dreszczy i gęsiej skórki. Jak się okazuje jest to spowodowane zachowaniem ojca, którego liczne romanse, skłoniły matkę do opuszczenia rodziny, zaś Aran i jej młodsza siostrzyczka muszą znosić kochanki ojca przewijające się przez dom. Wizerunek „cool guya”, na którym tak bardzo zależy Kiyo staje się więc przeszkodą w zdobyciu uczuć wybranki. Dodatkowo Koujou przyjdzie zmierzyć się ze szkolnym Klubem Przystojniaków, którzy wraz z pojawieniem się pięknych pierwszoroczniaków utracili uprzywilejowane pozycje „ciach” i starają się za wszelką cenę zdyskredytować rywali, zaś w progi Reinan wkracza nowa uczennica, dawna miłość Kiyo, która również sporo namiesza w szkolnym życiu naszego przystojniaczka.
Psi Boy autorstwa Mai Nishikaty, to bardzo sympatyczny tytuł. A lwia część tej sympatii przypada głównemu protagoniście serii. Jak na męskiego bohatera mangi shoujo Kiyosumi jest postacią dość nietypową. W wielu scenach nieporadny, jawnie okazujący emocje, przede wszystkim zaś wyjątkowo miły i wrażliwy, z sercem na dłoni. Hm, po zastanowieniu, wchodzi na to, że prezentuje wszystkie cechy typowej bohaterki shoujo mang. Nie jest to bowiem pakiet, jaki można przypisać biszonenowi z prawdziwego zdarzenia, bardziej w ten typ wpisuje się Maki. Kiyo chyba najlepiej charakteryzuje określenie „słodki”. Szkolne perypetie, więzi jakie Koujou chce budować z innymi, a wreszcie to jak usilnie stara się być cool, nadając temu słowu własne znaczenie i nie tracąc nic ze swej wrażliwości na potrzeby innych – wszystko to wzbudza w czytelniku autentyczny uśmiech sympatii. Śmiem twierdzić, że dziewczyna z tym zestawem cech byłaby irytująca, chłopak natomiast z takim charakterem, to bohater w pewien sposób odświeżający. Cały czas mowa o konkretnym gatunku, rzecz jasna, bo podobnych bohaterów nie brakuje w mangach typu yaoi. 
Główna persona jest pozytywna aż do bólu, ale wielbiciele bardziej złożonych charakterów również nie powinni być zawiedzeni. Interesującą stroną w tym duecie jest Maki, o którym w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się wiele. W stosunku do Kiyo jest tak serdeczny i czuły, że aż nasuwa się pytanie o powody takiej atencji? Choć zdaje się być wiecznym luzakiem, któremu rozmowa i odnalezienie się w szkolnym środowisku przychodzi bez trudu, sprawia wrażenie dość samotnego. Równie ciekawym charakterem, w przeciwieństwie do nijakiej Mikami, jest Touda, dziewczyna z transferu, która przenosi się do Reinan w środku semestru i staje się natychmiast przyczyną sporego zamieszania. Jej dawne powiązania z Kiyo i  niezbyt miły sposób bycia, to interesujący zwrot akcji w niezbyt jednolitej fabule mangi.
Psi Boy to rzecz lekka i przyjemna w odbiorze. Trudno tu o dramatyzm czy jakieś większe fabularne zawiłości, autorka od początku postawiła bardziej na sytuacyjny humor niż akcję, w rezultacie czego wątki to szereg niekoniecznie ze sobą powiązanych scenek z życia szkolnego, w których umieszcza swoich bohaterów. Kreska Mai Nishikaty jest miła dla oka, zwiewna, delikatna, po prostu ładna. Jej postaci są – jak na shoujo przystało – tradycyjnie mocno wychudzone, smukłe i pełne gracji, choć ten trend daje się zauważyć głównie w rysunku Kiyo i Makiego, dziewczęta mają już wymiary bardziej zbliżone do normalności. Wszystkie postaci charakteryzują śliczne migdałowe oczy i lekko rozwichrzone włosy. Kreska idealnie pasuje do mangi shoujo i świetnie się sprawdza w przypadku Psi Boy, a że mangaczka przeplata „biszonenowate” sceny humorystycznymi kadrami z udziałem bohaterów w wersji chibi, z nieodłącznym pakietem min i grymasów czytelnik  nie ma przesytu ujęciami „sparkle & shiny”.
Słówko na temat tytułu. Jego wariantów jest mnóstwo: Cyboy, Cyborg Boy, Kaizo Shonen Cyboy, Sai Boy. Użyłam takiego zapisu, pod jakim znalazłam skany w Sieci. Nie udało mi się dojść dlaczego właśnie ten tytuł i co tak naprawdę on znaczy. Wujek Google podał, że słówko Sai oznacza „utalentowany”, natomiast Kaizo „zmieniony”. Dlaczego jednak Cyborg Boy, pozostaje dla mnie tajemnicą, szczerze mówiąc nie bardzo chce mi się bawić w interpretacje. Może Wam uda się to rozgryźć ^^
Ku mojemu zdumieniu manga ma status zamkniętej. Zdumieniu, ponieważ nie ma żadnego konkretnego zakończenia, ot, urywa się w pewnym momencie. Te nie do końca rozwinięte wątki, to chyba jedyny w moim odczuciu mankament serii. Całość mieści się więc ostatecznie w dwóch tomikach, ale historia tak naprawdę się nie zamyka. Co niektórzy mogą uznać to za irytujące, a niektórym może się taki zabieg spodobać. Rzecz gustu, oczywiście. Ja mam wrażenie, jakby autorka nie miała sensownego pomysłu na pociągnięcie tej historii, więc w pewnym momencie postanowiła ją przeciąć. Mimo to, polecam. Psi Boy to urocza opowieść, z urzekającym bohaterem w roli głównej.

niedziela, 4 września 2011

Kaicho wa maid-sama! czyli Pokojówka i Zboczony Kosmita

Misaki Ayusawa jest przewodniczącą szkolnego samorządu Liceum Seika. Szkoła ta dopiero od niedawna jest placówką koedukacyjną, przedtem była wyłącznie męska, a i teraz dziewczęta stanowią zaledwie niewielki procent uczniowskiej populacji. Misaki postawiła przed sobą wyjątkowo trudne zadanie: sprawić, by w Seika chciało się uczyć więcej dziewcząt i by niezbyt dotąd pochlebna opinia, jaką cieszyła się szkoła zmieniła się diametralnie. Nic więc dziwnego, że panna Ayuzawa niezwykle przykłada się do pełnienia swoich obowiązków. Jest przerażająca, restrykcyjna i absolutnie bezwzględna w respektowaniu zasad szkolnego regulaminu. Jej ofiarą najczęściej padają chłopcy, którzy głupimi pomysłami straszą nieliczne obecne w szkole dziewczęta i narażają na szwank dobre imię placówki. Nic więc dziwnego, że wśród męskiej części liceum przewodnicząca często bywa uznawana za demona z piekła rodem. Co w takim razie powiedzieliby, gdyby zobaczyli czym ta twarda i straszliwa kaicho-demon, zajmuje się poza szkołą? Rodzina dziewczyny znajduje się w dość trudnej sytuacji finansowej, Misaki więc dorabia sobie w kawiarence jako kelnerka. Nie byłoby w tym oczywiście nic dziwnego, gdyby nie to, że Maid Latte to kawiarnia cosplayowa, zaś obowiązkiem kelnerek jest stworzyć wizerunek uległej, ciepłej i słodkiej pokojówki. W oczywisty sposób nie godzi się to z opinią jaką Misa cieszy się w szkole, więc słusznie czy nie, obawia się ona utracić autorytet, gdyby cała sprawa wyszła na jaw. Jak można by się spodziewać, tajemnicy długo utrzymać się nie da, sekret Misaki odkrywa jeden z najbardziej grających jej na nerwy uczniów - Takumi Usui, szkolny playboy, cieszący się ogromną popularnością wśród dziewczyn i mirem wśród chłopaków. Przewodnicząca jest pewna, że jej skrzętnie skrywana tajemnica wkrótce nią być przestanie, lecz ku jej zaskoczeniu Usui zatrzymuje rzecz dla siebie. Jakie są jego pobudki, okazuje się wkrótce; najwyraźniej postanowił sobie zrobić zabawę i zacząć prześladować Misaki w jej miejscu pracy, by musiała witać go słodkim: Okaeri-nasai mase, goshujin-sama! Tak to wygląda z perspektywy dziewczyny, ale czy rzeczywiście właściwie ocenia motywy Usuiego, któremu zdążyła przylepić etykietkę" zboczonego kosmity"?
Kaicho wa maid-sama! jest komedią i szkolnym romansem i jako takie nie wnosi nic nowego do gatunku, powielając schematy i wątki. Ale jak na mało oryginalne anime, ogląda się je zaskakująco przyjemnie. Jeśli nastawimy się na prostą fabułę, nie oczekując zbyt wielu zaskoczeń i nie przeszkadza nam "powtórka z rozrywki", ten tytuł sprawić może sporo przyjemności. Szczególnie polecam go fanom Special A, ponieważ podobieństw pomiędzy obiema seriami jest sporo, a para głównych postaci, to niemal kopie charakterów ze Special A. Tak jak i tam, mamy w Kaicho wa maid-sama silną bohaterkę o stanowczym charakterze, która z uporem dąży do celu, polegając tylko na własnej sile i talentach oraz przystojnego blondyna, bożyszcze tłumów, celującego w złośliwych komentarzach, który wydaje się być utalentowany w absolutnie każdej dziedzinie. Bohaterowie, nie tylko ci z pierwszego planu są zresztą jedną z zalet serii - uroczy, pełni wdzięku i sympatyczni, nietrudno ich nie polubić, choć o realizm i głębszą psychologię proszę się nie dopominać, nie ten ciężar gatunkowy. Przyznam, że pierwsze odcinki serii zrobiły na mnie wrażenie zupełnie przeciętnych i trochę trwało, zanim w końcu dałam się przekonać do tego anime. Wielką zasługę miał w tym Nobuhiko Okamoto, seiyuu Usuiego. To jego głos przytrzymał mnie przy ekranie, w absolutnie genialny sposób oddał charakter chłopaka, gdy ten wygłasza swoje ironiczne komentarze, nadając mu ton całkowicie zblazowany i znudzony. To naprawdę trzeba usłyszeć, szczególnie, że postaci Usuiego dostały się jedne z lepszych tekstów, jakie padają w Kaicho wa maid-sama!
Technicznie anime nie wychodzi poza ramy szablonu. Grafika jest przeciętna, design postaci owszem ładny, ale animacja nie wzbudzi żadnych ochów i achów. Pozbawione precyzji tła, które w niektórych scenach zmieniają się w prawdziwe szkaradzieństwo, czasem nierówny rysunek postaci, słowem zachwytów nie ma. To samo zresztą odnosi się do muzyki, zarówno opening jak i endingi (tych jest dwa) to słodkie popowe utworki, jakich wszędzie można pełno usłyszeć. Openingu w wykonaniu Saayi Mizuno My Secret nawet dość przyjemnie się słucha, endingi zaś radzę obejrzeć ze względu na postać Usuiego, w anime nie zostaje wyjaśniona jego przeszłość czy sytuacja rodzinna, a z endingowej grafiki można domyślić się, że wygląda ona dość ciekawie. Zresztą i utworków końcowych całkiem fajnie się słucha, więcej w nich "mocy" niż w słodkiej czołówce. Bardziej przypadł mi do gustu Yokan niż Loop, obydwa wykonywane przez Heidi, ale obu piosenek da się słuchać bez skrzywienia.
Podsumowując, jeśli macie ochotę na lekką, niezobowiązującą szkolną komedię Kaicho wa maid-sama! nadaje się idealnie. Dobrze się przy tej serii odpoczywa, a jeśli podejdzie się do niej bez większych oczekiwań, na pewno rozbawi i zabawi. Samo zakończenie jest całkiem zgrabne, ale nie ostateczne i zostawia twórcom furtkę do stworzenia drugiej serii, szczególnie, że wydarzenia przedstawione w anime, to zaledwie przygrywka do tego, co potem rozwija się w mandze. Tak, zaciekawiona wątkami niewyjaśnionymi w serii telewizyjnej, poszukałam mangi i muszę stwierdzić, że wersja papierowa jest lepsza niż animowana. Bohaterowie mają tu więcej głębi, ich działania są znacznie lepiej umotywowane, a sama fabuła jest ciekawsza. Misaki pokazuje się z bardziej "dziewczęcej" strony, oraz wyjaśniają się tajemnice związane z Usuim. Dlatego warto poświęcić uwagę także rysowanemu wariantowi historii tego romansu.
W porównaniu z anime jedynym mankamentem mangi jest brak głosu Usuiego ^^
Nie zachęcam, ani nie zniechęcam do tego tytułu. Zupełnie obiektywnie rzecz biorąc nie dałabym anime więcej niż pięć/sześć punktów. Niemniej jest zbyt charakterystyczny dla gatunku, żeby móc go oceniać bezstronnie, bo w końcu obejrzenie go sprawiło mi całkiem sporo frajdy. Ot, trzeba mieć po prostu ochotę na ten konkretny rodzaj i przyjąć go z całym dobrodziejstwem inwentarza.

środa, 27 lipca 2011

Rzut oka na...

Dwa ostatnie miesiące nie obfitowały w nadmiar wolnego czasu, nawet więc nie brałam się za oglądanie żadnej dłuższej serii, zerkając tylko od czasu do czasu na jakąś mangę lub OAVki anime już mi znanych. Udało mi się wszakże wśród nawału zajęć prześledzić kilka anime’owych nowinek, między innymi i tę, że manga autorstwa Nobuhiro Watsuki Rurouni Kenshin zostanie zaadaptowana na film live. Ciekawa jestem efektu?  Tymczasem już dawno miałam wypowiedzieć się na temat nowości anime na lato 2011, ale najpierw brak czasu, a potem dolce far niente, któremu oddałam się z bezwstydnym zaangażowaniem sprawiły, że notka opóźniła się nieprzeciętnie. Lato trwa już w najlepsze, postanowiłam więc rzucić okiem przynajmniej na kilka z tych nowych tytułów, które się ukazały wraz z nastaniem lipca. Przynajmniej dwa z nich to kontynuacje i to takie, na które czekałam z utęsknieniem, lub pewną niecierpliwością, dwa inne z kolei zaintrygowały mnie na tyle, żeby wrzucić je na listę Plan to Watch. No to, lecimy!
Najbardziej wyczekiwanym przeze mnie tytułem tego kwartału było Natsume Yuujinchou San – trzecia już seria znakomitego anime z gatunku fantasy i slice of life; anime, które przyznam to bez oporów, całkowicie mnie urzekło. Osierocony w dzieciństwie i przerzucany od jednej do drugiej rodziny zastępczej Takashi Natsume, po babce odziedziczył zdolność dostrzegania ayakashi. Umiejętność przyniosła mu już mnóstwo problemów i cierpień, a dziedzictwo babki nie tylko w postaci wątpliwego daru, ale też całkiem realnej, tajemniczej Księgi Przyjaciół, sprawia mu dodatkowe kłopoty, ale też zmienia jego życie i pomaga się otworzyć na innych. Pierwszy odcinek Natsume Yuujinchou San zapowiada to, co widzowie znają z dwóch poprzednich serii: Natsume Yuujinchou i Zoku Natsume Yuujinchou – spokojny tok wydarzeń, stopniową ewolucję bohaterów, przegląd ciekawych charakterów – ludzkich i demonich. Zmiany w porównaniu do serii wcześniejszych są właściwie niezauważalne – ta sama pastelowa paleta barw, nieco uproszczona kreska, niewyróżniający się design postaci. Wszystko to idealnie pasuje do opowieści, która snuje się nieśpiesznie jak letnie, gorące popołudnie. Oprawa muzyczna też niczym nie zaskoczy, zarówno opening jak i ending nowej serii, tak pod względem kompozycji graficznej jak i dźwiękowo przypominają to, co widz zna już z dwóch minionych sezonów Natsume. Trzecia seria zapowiada się znakomicie – fani tego tytułu mogą spokojnie powrócić w pełen uroku, ciepły świat i ponownie dać się oczarować magii tego anime. Ci, którzy wynudzili się na poprzednich seansach naprawdę nie mają czego szukać w Natsume Yuujinchou San. Ja oczywiście będę kontynuować oglądanie, choć pewnie poczekam, aż  w końcu ukaże się całość. Można się nawet spodziewać recenzji tego tytułu na blogu. W każdym razie pierwsze wrażenia – mniam, mniam.
Kolejnym wyczekiwanym przeze mnie tytułem tego kwartału był Nurarihyon no Mago: Sennen Makyou. Kontynuacja przygód Rikuo Nury i jego przyjaciół ucieszyła mnie bardzo p[o pozytywnych wrażeniach, opisanych zresztą na blogu, z serii pierwszej. Z ciekawością rzuciłam więc okiem na pierwszy odcinek serii drugiej. Od razu rzuca się w oczy, że i tym razem nie poskąpiono budżetu, animacja stoi na wysokim poziomie, z nieodłącznymi efektami CG, design postaci bardzo ładny – wszystko, co znamy z pierwszego sezonu, nic mniej. Fabularnie zdaje się zapowiadać równie ciekawie, najwyraźniej twórcy postanowili sięgnąć po wątki potraktowane poprzednio po macoszemu. Pierwszy odcinek rozbudowuje epizod z dzieciństwa Rikuo, dokładniej podając okoliczności jego pierwszej przemiany w youkai. Wreszcie też prawdopodobnie dowiemy się, co stało się z Drugim Następcą (niewtajemniczonym wyjaśniam, że chodzi o ojca Rikuo, o którym pierwsza seria nie wspominała praktycznie słowem). Trochę światła zostaje też rzucone na motywy naszego bohatera, który jak się okazuje nie zawsze był tak niechętny, by objąć pozycję Trzeciego Następcy klanu Nura. Słowem, początek jest obiecujący, a co dalej – zobaczymy. Jedynym mankamentem, po pierwszym epizodzie wydaje mi się oprawa muzyczna, openingu zaprezentowanego w końcówce odcinka nie da się słuchać bez skrzywienia. Przynajmniej ja nie mogłam. Miejmy nadzieję, że będzie to jedyny powód do narzekań... Kontynuacja tego tytułu zaklepana, recenzja raczej pewna.
I Natsume i Nurarihyon to kontynuacje, po których w dużej mierze wiadomo czego się spodziewać. Dwa zupełnie nowe tytuły przyciągnęły mnie – jeden fabułą, drugi grafiką. W przypadku Usagi drop dużo wcześniej natknęłam się na trailer filmu live, którego premiera ma mieć miejsce jakoś tak porównywalnie z wypuszczeniem na rynek wersji animowanej. Trailer mnie urzekł, historia zaciekawiła, zdecydowałam się zatem zerknąć na anime (a pewnie w przyszłości także na mangę). Hm, nie jest to dokładnie to, czego bym się spodziewała, ale pierwszy epizod bynajmniej nie okazał się rozczarowaniem. Usagi drop ma w sobie potencjał na świetną serię z przedziału gatunkowego „okruchy życia”. Daikichi jest trzydziestoletnim kawalerem, który wraca do rodzinnego domu na pogrzeb dziadka. Na miejscu okazuje się, że dziadek kilka lat przed śmiercią zafundował sobie nieślubne dziecko. Matka podrzuciła dziewczynkę jego krewnym, po czym zniknęła. Na stypie pomiędzy członkami rodziny wywiązuje się spór, kto ma zająć się Rin, w końcu pada propozycja oddania dziewczynki do domu dziecka. Oburzony postawą rodziny Daikichi, spontanicznie oświadcza, że weźmie małą do siebie. Ale co samotny, przyzwyczajony do niezależności  mężczyzna może wiedzieć o wychowaniu dziecka? Seria posiada nietypową, jakby specjalnie niedbałą grafikę, utrzymaną w pastelowych kolorach. Spokojny tok narracji, zawiązująca się niespiesznie fabuła i ciekawie zapowiadający się bohaterowie, to wszystko zachęca, by bliżej przyjrzeć się temu anime. Usagi drop zanosi się na bardzo przyjemną serię, nie tylko dla oka, również dla ucha. Kompozycje ze ścieżki dźwiękowej pierwszego epizodu brzmią przyjaźnie dla ucha, a opening jest uroczy. Obejrzę na pewno i zrecenzuję.
W ten oto sposób dotarłam do serii, która – po obejrzeniu pierwszego odcinka – wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Mowa o Dantalian no Shoka. Tytuł zachwycił mnie animacją i designem postaci, w dodatku rozgrywa się w Anglii okresu międzywojnia, a ja lubię tę epokę. Oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie, co tu dużo mówić, potrafi zachwycić, choć oczywiście większość tych urzekających plenerów to dzieło komputera. Mam wrażenie - choć pewna być nie mogę, bo się na tym nie znam - że niektóre z nich, to po prostu fotografie nakładane na kadry animowane . Robi wrażenie, nie powiem. Muzycznie również jest nieźle, da się słuchać bez szkody dla słuchu, choć jeszcze nie jestem przekonana czy lubię opening, muszę go parę razy usłyszeć. Endingu na pewno nie lubię. I nie chodzi mi o dźwięk, raczej o obraz. Zrezygnowano tu z animacji, na rzecz żywych aktorów i mrocznej gotyckiej stylizacji, co w efekcie sprawia wrażenie scenek wprost wyjętych z japońskiego horroru. Co, w połączeniu z dość brutalnymi scenami z pierwszego odcinka, przekonuje, że nie jest to anime dla najmłodszych. Co mnie lekko skonfundowało, to uczucie deja vu, jeśli chodzi o bohaterów i fabułę. Młodzieniec o imieniu Hugh otrzymuje w spadku po dziadku okazały dwór i obszerną bibliotekę. Ekscentryczny starszy pan miał bowiem obsesję na punkcie książek, kolekcjonując je zapamiętale, aż powstał pokaźny zbiór rzadkich i jak się okazuje niebezpiecznych egzemplarzy. Istnieją bowiem książki, które w nieodpowiednich rękach mogą stać się przyczyną śmierci, zmieniając fikcję w rzeczywistość. powołując do życia światy, które opisują. Strażniczką owego niebezpiecznego księgozbioru jest Dantalian – tajemnicze dziewczę, na które Hugh, trafia tuż po przybyciu do majątku dziadka. No dobrze, fabuła nie jest pozbawiona potencjału, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że Dantalian to imię jednego z najpotężniejszych demonów w okultyzmie. Ale to, że ma on postać gotyckiej lolitki, której design aż za bardzo przypomina Alice z Pandora Hearts, a na dodatek miejsce i czas akcji, oraz duet postaci jakby żywcem przejęte są z Gosick – trudno się chyba dziwić moim mieszanym uczuciom. Póki co ocena pierwszego epizodu oscyluje pomiędzy „niezłe” a „wtórne” i chyba muszę obejrzeć jeszcze jeden, dwa odcinki, zanim zdecyduję, co dalej z tym anime. Kwestia Dantalian no Shoka pozostaje więc otwarta.  Tak oto prezentują się moje plany anime’owe po zerknięciu na premierowe odcinki. Najbliższy sezon mam już chyba zapełniony. I uważam, całkiem interesująco się zapowiada ^^

poniedziałek, 23 maja 2011

Joe Hisaishi w Krakowie

Inauguracja 4 Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie rozpoczęła się od koncertu Joe Hisaishiego, japońskiego kompozytora, dyrygenta, pianisty i aranżera, w wolnym czasie zaś fotografa amatora. Mówi się o nim „nadworny muzyk Hayao Miyazakiego” - istotnie współpraca ze Studiem Ghibli i z najbardziej uznanym reżyserem japońskiej anime to stały punkt jego kompozytorskiej pracy. Równie znany jest z muzyki stworzonej do filmów Takeshiego Kitano. Koncert w Krakowie był jego pierwszym występem w Europie, przygotowania i zabiegi, by mógł wystąpić na FMF  trwały niemal dwa lata i ostatecznie zakończyły się sukcesem. Dzięki czemu publiczność zebrana w hali ocynkowni ArcelorMittal Poland w czwartek 19 maja 2011 roku mogła przywitać kompozytora gromkimi brawami. Szeroko uśmiechnięty, niewysoki, króciutko ostrzyżony Japończyk przywitał się w swoim rodzimym języku, dziękując w miłych słowach orkiestrze i chórom, z którymi przyszło mu współpracować. Współpraca musiała układać się nieźle, bo w wypowiedzi maestro kilkakrotnie pojawiało się słowo subarashii – wspaniały. Do publiczności zwrócił się także z angielskimi słowami Please, enjoy the music! Życzenie to spełniło się w stu procentach, koncert był niewątpliwym przeżyciem, z którego słuchacze czerpali radość i przyjemność. Kompozytorowi, tego wieczoru w roli dyrygenta i pianisty, towarzyszyła orkiestra Sinfonietta Cracovia, Chór Pro Musica Mundi, Chór Chłopięcy Filharmonii im. K. Szymanowskiego w Krakowie oraz polska sopranistka Wioletta Chodowicz.
Zaczęło się od  utworów ze ścieżki dźwiękowej do anime Nausicaa z Doliny Wiatru, którą to ścieżkę sobie wyjątkowo cenię. Pierwsze dźwięki openingu do „Nauśki” to motyw niezwykle malowniczy, potem zaś nastąpiło urzekające „lalala”, które fani księżniczki z Wind Valley doskonale kojarzą oraz melancholijne brzmienie fletu, towarzyszące Nausicaa Requiem. Soundtrack do Nausicaa of the Wind Valley to wyjątkowa, piękna muzyka. Dźwiękowi towarzyszył pokaz fragmentów z anime i filmów, do których utwory prezentowano. Ogromny plus dla organizatorów, sceny były rzeczywiście bardzo dobrze dobrane, znakomicie korespondowały z muzyką. Po pięknej Nausicai orkiestra pod kierunkiem Hisaishi-sana zagrała motywy ze ścieżki do Mononoke Hime – muzyki z tego anime nie mogło zabraknąć na koncercie. Sopran pani Wioletty Chodowicz bez trudu sprostał wymaganiom przepięknej kompozycji Princess Mononoke Theme Song śpiewanej po angielsku, a oryginalnie w wykonaniu Yoshikazu Mera.
Kompozycje z anime studia Ghibli były zaledwie przygrywką do dalszych wspaniałych wrażeń muzycznych. W programie nie zabrakło najbardziej rozpoznawalnych motywów z filmów i anime, jakie Hisaishi-san zdołał stworzyć. Zagrano kompozycje z z filmów Takeshi Kitano: Hana –bi, Brother  czy Kids return, sympatyczną i wywołującą szeroki uśmiech na twarzy melodię z Kikujiro no natsu Summer. Orkiestra wykonała także chwytającą za serce AveMaria z oscarowego Okuribito. Ponadto pojawiła się muzyka z ostatniego dzieła „filmowego” Joe Hisaishiego – naprawdę dużej urody kompozycja z Akunina.  Wszystko to oczywiście ilustrowane scenami z odpowiednich filmów.
Zabawnym akcentem koncertu była muzyka do niemego filmu Generał z udziałem Bustera Keatona. Fragmenty filmu rozbawiły publiczność, zaś dźwięki zachwyciły.
Najbardziej wzruszającym momentem wieczoru była prezentacja utworu z filmu Akunin zatytułowanego Your Story, który ilustrował krótki filmik o ostatnim trzęsieniu ziemi i był swoistym podziękowaniem za pomoc oraz wsparcie jakie świat udzielił Japonii w tych trudnych dniach. Połączenie przepięknej kompozycji i obrazów zrujnowanego kraju, w którym ludzie jednak nie tracą nadziei i wciąż potrafią się uśmiechać – jestem pewna, że niejednemu z widzów/słuchaczy łzy zakręciły się wówczas w oczach.
Zakończeniem programu był powrót do anime. Nie zabrakło pięknej muzyki ze Spirited Away: W krainie bogów czy rozkołysanych, z lekka melancholijnych motywów z Ruchomego zamku Hauru.
Pojawiły się także pełne radości i pozytywnej energii utwory z Ponyo on the cliff  oraz wesołe Tonari no Totoro ze ścieżki dźwiękowej do bodaj najbardziej lubianego dzieła Miyazakiego i studia Ghibli. W obydwu mogły wykazać się chóry, a zrobiły to znakomicie i z sercem. Utwory te były idealnym wręcz zwieńczeniem trwającego ponad dwie godziny koncertu. Publiczność zgotowała dyrygentowi i artystom owacje na stojąco. Z pewnością były one zasłużone. Joe Hisaishi dyrygował orkiestrą niemal nie przestając się uśmiechać, płynnie przechodząc od dyrygowania do gry na fortepianie, cały czas sprawiał zaś wrażenie, że on sam ma z występu równie wielką frajdę, co publiczność. Przyjemnie uczestniczyć w czymś, co czynione jest z pasją, a i samym twórcom sprawia niekłamaną radość.
Jedynym zakłóceniem wspaniałej atmosfery wieczoru okazał się powrót z koncertu, krakowska MPK nie potrafiła zorganizować żadnego dodatkowego transportu dla tysiąca osób, które po zakończonym późnym wieczorem festiwalu musiały na własną rękę organizować sobie powrót do domu.
Ogółem jednak jest co wspominać i co rozpamiętywać. Koncertowe kompozycje wciąż nie chcą wyjść z głowy, nucę je pod nosem, a lista odtwarzania obejmuje od kilku dni wyłącznie muzykę Joe Hisaishiego. Koncert sprawił mi ogromną radość i doprawdy, kto nie był, niech mocno żałuje! 

Zdjęcia pochodzą ze strony stopklatka.pl

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Bright & Shiny

Zrealizowana na podstawie powieści i popularnej mangi anime, która w ubiegłym roku wyszła ze stajni FUNanimation Enternaiment zwróciła moją uwagę przede wszystkim olśniewająca grafiką. Dla strony wizualnej złamałam swoją zasadę nie oglądania żadnych trwających serii (obecnie zresztą łamię ją nagminnie, więc nie wiem czy można to jeszcze uznać za zobowiązujące ^.~). Obejrzawszy pierwszy odcinek poczułam zdecydowaną i nieodpartą ochotę na więcej.
Ryner Lute jest leniwym i stale szukającym okazji do drzemki studentem Specjalnej Królewskiej Akademii Wojskowej Rolandu. W wyniku wojny, większość jego szkolnych kolegów ginie, sam zaś Ryner okazuje się być posiadaczem tajemniczej i przeklętej mocy określanej jako Stygmat Alpha. Uwięziony w królewskich kazamatach, zostaje uwolniony przez Siona Astala, przyjaciela z Akademii, który po zakończeniu działań wojennych przejął władzę w kraju i stał się królem-bohaterem. Idealista, pragnie uczynić Roland królestwem pokoju, szczęścia i bogactwa. W tym celu wysyła Rynera w towarzystwie pięknej wojowniczki Ferris na poszukiwania magicznych artefaktów pozostałych po Legendarnych Bohaterach...
Densetsu no yuusha no densetsu ma wszystko to, co powinno uczynić z niego anime idealne – zawikłaną fabułę, ciekawych i licznych bohaterów, wspaniałą oprawę graficzną. Przy wszystkich tych zaletach nie jest jednak serią idealną, więcej – ma szereg wad, które nie pozwalają obiektywnie zaklasyfikować jej nawet do serii zwyczajnie dobrych. Na czym rzecz polega, już wyjaśniam.
Przede wszystkim fabuła. Zaczyna się to wszystko istotnie bardzo pięknie i intrygująco – z biegiem czasu wątki zapętlają się w całkiem obiecujący sposób, tworząc interesującą fabularną mozaikę. Co z tego? W którymś momencie widz zaczyna zdawać sobie sprawę, że niektóre ścieżki fabularne zmierzają donikąd. Sprawa poszukiwania legendarnych artefaktów z powodzeniem mogłaby zostać wycięta, nie wnosi praktycznie niczego do anime, za wyjątkiem kilku wątpliwej jakości gagów i postaci, które tak czy siak będą miały drugie wejście. Wreszcie dla licznie wprowadzonych wątków pobocznych zabrakło zwyczajnie czasu antenowego – tak rozbudowanej fabuły serial zwyczajnie w 24 odcinkach nie pomieścił. W rezultacie konia z rzędem temu, kto ogarnie o co tu i komu tak naprawdę chodzi? W gąszczu intryg gubi się gdzieś przyczynowość. Sprawą drugą są równie licznie zaprezentowani bohaterowie. Jest to jednocześnie zaleta jak i wielka wada tej serii. Zaleta, bo postaci są ciekawe, a ich charaktery mocno zróżnicowane, w rezultacie można wybierać i przebierać w sympatiach. Ale tutaj również zabrakło czasu antenowego, by oddać każdemu z  bohaterów, co się mu należy. Szczególnie postaci drugoplanowe bardzo na tym tracą, a już po pobieżnym spojrzeniu widać, że warte są uwagi, kto wie czy nawet nie bardziej niż te główne. Nic tak nie irytuje jak zmarnowany potencjał. Kolejną kwestią, która zliczam do minusów serii jest nadmiar patosu. Wielokrotnie jest on łagodzony humorystycznymi wstawkami, to fakt, ale gdy już się skumuluje, dramatyzm scen rozstrzygających niebezpiecznie przekracza dawkę, która można strawić. Może akurat w tym przypadku jestem odrobinę przeczulona ^^ Następny minus na liście związany jest z... grafiką. Tak, tak, wiem, że na początku tego posta określiłam ją jako „olśniewającą”. I podtrzymuję tę opinię. Nie, nie przeczę sama sobie. W tym punkcie chodzi mi o niesamowitą ilość witraży. Densetsu jest pod tym względem przeładowane, co skłania mnie do zastanowienia, który z twórców miał na tym punkcie obsesję? Szczególnie Sion przedstawiany jest ciągle i do obrzydzenia w tęczowych poblaskach. Nie mam nic przeciwko kolorom i blikom, ale parafrazując przysłowie – nadmiar jest wrogiem dobrego! Skrytykowawszy element grafiki, skądinąd rzeczywiście zachwycającej, nie sposób nie przyczepić się do oprawy muzycznej. A ta nie dorasta do zamierzeń twórców i oczekiwań widza. Ani pierwszy opening LAMENT ~Yagate Yorokobi wo~ śpiewany przez Yuuki Aira, ani drugi Last Inferno w wykonaniu Ceui nie zachwycają, nie budzą emocji, nawet tych negatywnych – są tak bardzo przeciętne i niczym się nie wyróżniające. Z kolei pierwszy ending Truth Of My Destiny w aranżacji Ceui i drugi Hikari no Firumento śpiewany przez Takagaki Ayahi mają ładne teksty, ale również przeciętną melodię, która kompletnie nie zapada w pamięć. Oprawa dźwiękowa poza scenami dramatycznymi, gdzie mamy chórki i podniosłe tony, jest praktycznie niezauważalna i nie wyrasta ponad tło rozgrywających się zdarzeń. No dla uczciwości, trzeba wspomnieć o Energy, piosence śpiewanej gdzieś przy końcu serii w tle, która jedyna zapadła w pamięć. Również wykonywana przez Ceui.
No tak, przeczytawszy wszystko powyżej nasuwa się tylko jeden wniosek – kompletnie niewarte czasu. Można by wręcz odnieść wrażenie, że recenzentka za punkt honoru postawiła sobie bezlitosną krytykę omawianego anime. Tymczasem, nic podobnego. Sumiennie wyliczywszy wady produkcji, mogę się teraz skupić na jej zaletach, bo wbrew pozorom, takowe również posiada ^^ A do nich należy zaliczyć rewelacyjne postaci, które zaludniają świat Densetsu. Miałabym duże trudności ze wskazaniem faworyta, bo większość bohaterów przykuwa uwagę – cechami charakteru czy kierunkiem, w którym zmierzają jego losy. Są oczywiście też i takie, które pełnią wyłącznie rolę ozdobników (Noa, Milk, Iris), ale większość to intrygujące, warte poznania osobowości. Szkoda, że nie do końca rozwinięte.
Jak już wspomniałam wyżej do anime przyciągnęła mnie grafika. „Bright & Shiny” takimi słowami Rudzielec określiła kiedyś Rynera, ale jest to też fraza, która idealnie opisuje oprawę graficzną Densetsu. Animacja trzyma wysoki poziom, a design postaci jest po prostu prześliczny, a główną jego zaletą jest to, że bohaterowie (z kilkoma wyjątkami) wyglądają normalnie, a nie jak poddane kuracji hormonalnej przedszkolaki. Przesłodzony rysunek oczu i sylwetki nie wchodzi w grę. Ładnie dopracowane są tła, na krajobrazy i architekturę przyjemnie popatrzeć. Barwy i kolorystyka zwykle bardzo nasycone, w scenach walk zostają stonowane, a w momentach, gdy Ryner używa swojej mocy są monochromatyczne – utrzymane głównie w czerni i czerwieni. Gdyby nie nadmiar wątków, również fabuła byłaby mocnym punktem serii. Zapętlona, nieprzewidywalna, rozwijająca kolejne wątki – intryga goni intrygę, działania bohaterów determinowane są przez ruchy, które wykonują przeciwnicy, zdarzenia często przybierają niespodziewany obrót, a plany rozbijają o niespodziewane sploty wypadków. Taka wielowątkowość i mnogość intryg przykuwa do ekranu, niestety, wymknęło się to twórcom spod kontroli.
Zebrawszy wszystko razem, można mi zarzucić sprzeczność wypowiedzi, nieprawda? Ale takie właśnie jest Densetsu. Zalety są równocześnie wadami i na odwrót. Gdybym miała się pokusić o jedno słowo, którym można by określić to anime byłoby to słowo: nadmiar. Realizując ten tytuł przedobrzono niemal w każdym aspekcie: ilości wątków, bohaterów, elementów grafiki. A mimo wszystko ośmielę się zachęcić do sięgnięcia po serię, przede wszystkim osobom, które lubią przygodowe fantasy. Densetsu wprawdzie ma sporo zmarnowanego potencjału, w dalszym ciągu jednak pozostaje całkiem interesującym anime ze znakomitą grafiką.