totoro

totoro

poniedziałek, 23 maja 2011

Joe Hisaishi w Krakowie

Inauguracja 4 Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie rozpoczęła się od koncertu Joe Hisaishiego, japońskiego kompozytora, dyrygenta, pianisty i aranżera, w wolnym czasie zaś fotografa amatora. Mówi się o nim „nadworny muzyk Hayao Miyazakiego” - istotnie współpraca ze Studiem Ghibli i z najbardziej uznanym reżyserem japońskiej anime to stały punkt jego kompozytorskiej pracy. Równie znany jest z muzyki stworzonej do filmów Takeshiego Kitano. Koncert w Krakowie był jego pierwszym występem w Europie, przygotowania i zabiegi, by mógł wystąpić na FMF  trwały niemal dwa lata i ostatecznie zakończyły się sukcesem. Dzięki czemu publiczność zebrana w hali ocynkowni ArcelorMittal Poland w czwartek 19 maja 2011 roku mogła przywitać kompozytora gromkimi brawami. Szeroko uśmiechnięty, niewysoki, króciutko ostrzyżony Japończyk przywitał się w swoim rodzimym języku, dziękując w miłych słowach orkiestrze i chórom, z którymi przyszło mu współpracować. Współpraca musiała układać się nieźle, bo w wypowiedzi maestro kilkakrotnie pojawiało się słowo subarashii – wspaniały. Do publiczności zwrócił się także z angielskimi słowami Please, enjoy the music! Życzenie to spełniło się w stu procentach, koncert był niewątpliwym przeżyciem, z którego słuchacze czerpali radość i przyjemność. Kompozytorowi, tego wieczoru w roli dyrygenta i pianisty, towarzyszyła orkiestra Sinfonietta Cracovia, Chór Pro Musica Mundi, Chór Chłopięcy Filharmonii im. K. Szymanowskiego w Krakowie oraz polska sopranistka Wioletta Chodowicz.
Zaczęło się od  utworów ze ścieżki dźwiękowej do anime Nausicaa z Doliny Wiatru, którą to ścieżkę sobie wyjątkowo cenię. Pierwsze dźwięki openingu do „Nauśki” to motyw niezwykle malowniczy, potem zaś nastąpiło urzekające „lalala”, które fani księżniczki z Wind Valley doskonale kojarzą oraz melancholijne brzmienie fletu, towarzyszące Nausicaa Requiem. Soundtrack do Nausicaa of the Wind Valley to wyjątkowa, piękna muzyka. Dźwiękowi towarzyszył pokaz fragmentów z anime i filmów, do których utwory prezentowano. Ogromny plus dla organizatorów, sceny były rzeczywiście bardzo dobrze dobrane, znakomicie korespondowały z muzyką. Po pięknej Nausicai orkiestra pod kierunkiem Hisaishi-sana zagrała motywy ze ścieżki do Mononoke Hime – muzyki z tego anime nie mogło zabraknąć na koncercie. Sopran pani Wioletty Chodowicz bez trudu sprostał wymaganiom przepięknej kompozycji Princess Mononoke Theme Song śpiewanej po angielsku, a oryginalnie w wykonaniu Yoshikazu Mera.
Kompozycje z anime studia Ghibli były zaledwie przygrywką do dalszych wspaniałych wrażeń muzycznych. W programie nie zabrakło najbardziej rozpoznawalnych motywów z filmów i anime, jakie Hisaishi-san zdołał stworzyć. Zagrano kompozycje z z filmów Takeshi Kitano: Hana –bi, Brother  czy Kids return, sympatyczną i wywołującą szeroki uśmiech na twarzy melodię z Kikujiro no natsu Summer. Orkiestra wykonała także chwytającą za serce AveMaria z oscarowego Okuribito. Ponadto pojawiła się muzyka z ostatniego dzieła „filmowego” Joe Hisaishiego – naprawdę dużej urody kompozycja z Akunina.  Wszystko to oczywiście ilustrowane scenami z odpowiednich filmów.
Zabawnym akcentem koncertu była muzyka do niemego filmu Generał z udziałem Bustera Keatona. Fragmenty filmu rozbawiły publiczność, zaś dźwięki zachwyciły.
Najbardziej wzruszającym momentem wieczoru była prezentacja utworu z filmu Akunin zatytułowanego Your Story, który ilustrował krótki filmik o ostatnim trzęsieniu ziemi i był swoistym podziękowaniem za pomoc oraz wsparcie jakie świat udzielił Japonii w tych trudnych dniach. Połączenie przepięknej kompozycji i obrazów zrujnowanego kraju, w którym ludzie jednak nie tracą nadziei i wciąż potrafią się uśmiechać – jestem pewna, że niejednemu z widzów/słuchaczy łzy zakręciły się wówczas w oczach.
Zakończeniem programu był powrót do anime. Nie zabrakło pięknej muzyki ze Spirited Away: W krainie bogów czy rozkołysanych, z lekka melancholijnych motywów z Ruchomego zamku Hauru.
Pojawiły się także pełne radości i pozytywnej energii utwory z Ponyo on the cliff  oraz wesołe Tonari no Totoro ze ścieżki dźwiękowej do bodaj najbardziej lubianego dzieła Miyazakiego i studia Ghibli. W obydwu mogły wykazać się chóry, a zrobiły to znakomicie i z sercem. Utwory te były idealnym wręcz zwieńczeniem trwającego ponad dwie godziny koncertu. Publiczność zgotowała dyrygentowi i artystom owacje na stojąco. Z pewnością były one zasłużone. Joe Hisaishi dyrygował orkiestrą niemal nie przestając się uśmiechać, płynnie przechodząc od dyrygowania do gry na fortepianie, cały czas sprawiał zaś wrażenie, że on sam ma z występu równie wielką frajdę, co publiczność. Przyjemnie uczestniczyć w czymś, co czynione jest z pasją, a i samym twórcom sprawia niekłamaną radość.
Jedynym zakłóceniem wspaniałej atmosfery wieczoru okazał się powrót z koncertu, krakowska MPK nie potrafiła zorganizować żadnego dodatkowego transportu dla tysiąca osób, które po zakończonym późnym wieczorem festiwalu musiały na własną rękę organizować sobie powrót do domu.
Ogółem jednak jest co wspominać i co rozpamiętywać. Koncertowe kompozycje wciąż nie chcą wyjść z głowy, nucę je pod nosem, a lista odtwarzania obejmuje od kilku dni wyłącznie muzykę Joe Hisaishiego. Koncert sprawił mi ogromną radość i doprawdy, kto nie był, niech mocno żałuje! 

Zdjęcia pochodzą ze strony stopklatka.pl

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Bright & Shiny

Zrealizowana na podstawie powieści i popularnej mangi anime, która w ubiegłym roku wyszła ze stajni FUNanimation Enternaiment zwróciła moją uwagę przede wszystkim olśniewająca grafiką. Dla strony wizualnej złamałam swoją zasadę nie oglądania żadnych trwających serii (obecnie zresztą łamię ją nagminnie, więc nie wiem czy można to jeszcze uznać za zobowiązujące ^.~). Obejrzawszy pierwszy odcinek poczułam zdecydowaną i nieodpartą ochotę na więcej.
Ryner Lute jest leniwym i stale szukającym okazji do drzemki studentem Specjalnej Królewskiej Akademii Wojskowej Rolandu. W wyniku wojny, większość jego szkolnych kolegów ginie, sam zaś Ryner okazuje się być posiadaczem tajemniczej i przeklętej mocy określanej jako Stygmat Alpha. Uwięziony w królewskich kazamatach, zostaje uwolniony przez Siona Astala, przyjaciela z Akademii, który po zakończeniu działań wojennych przejął władzę w kraju i stał się królem-bohaterem. Idealista, pragnie uczynić Roland królestwem pokoju, szczęścia i bogactwa. W tym celu wysyła Rynera w towarzystwie pięknej wojowniczki Ferris na poszukiwania magicznych artefaktów pozostałych po Legendarnych Bohaterach...
Densetsu no yuusha no densetsu ma wszystko to, co powinno uczynić z niego anime idealne – zawikłaną fabułę, ciekawych i licznych bohaterów, wspaniałą oprawę graficzną. Przy wszystkich tych zaletach nie jest jednak serią idealną, więcej – ma szereg wad, które nie pozwalają obiektywnie zaklasyfikować jej nawet do serii zwyczajnie dobrych. Na czym rzecz polega, już wyjaśniam.
Przede wszystkim fabuła. Zaczyna się to wszystko istotnie bardzo pięknie i intrygująco – z biegiem czasu wątki zapętlają się w całkiem obiecujący sposób, tworząc interesującą fabularną mozaikę. Co z tego? W którymś momencie widz zaczyna zdawać sobie sprawę, że niektóre ścieżki fabularne zmierzają donikąd. Sprawa poszukiwania legendarnych artefaktów z powodzeniem mogłaby zostać wycięta, nie wnosi praktycznie niczego do anime, za wyjątkiem kilku wątpliwej jakości gagów i postaci, które tak czy siak będą miały drugie wejście. Wreszcie dla licznie wprowadzonych wątków pobocznych zabrakło zwyczajnie czasu antenowego – tak rozbudowanej fabuły serial zwyczajnie w 24 odcinkach nie pomieścił. W rezultacie konia z rzędem temu, kto ogarnie o co tu i komu tak naprawdę chodzi? W gąszczu intryg gubi się gdzieś przyczynowość. Sprawą drugą są równie licznie zaprezentowani bohaterowie. Jest to jednocześnie zaleta jak i wielka wada tej serii. Zaleta, bo postaci są ciekawe, a ich charaktery mocno zróżnicowane, w rezultacie można wybierać i przebierać w sympatiach. Ale tutaj również zabrakło czasu antenowego, by oddać każdemu z  bohaterów, co się mu należy. Szczególnie postaci drugoplanowe bardzo na tym tracą, a już po pobieżnym spojrzeniu widać, że warte są uwagi, kto wie czy nawet nie bardziej niż te główne. Nic tak nie irytuje jak zmarnowany potencjał. Kolejną kwestią, która zliczam do minusów serii jest nadmiar patosu. Wielokrotnie jest on łagodzony humorystycznymi wstawkami, to fakt, ale gdy już się skumuluje, dramatyzm scen rozstrzygających niebezpiecznie przekracza dawkę, która można strawić. Może akurat w tym przypadku jestem odrobinę przeczulona ^^ Następny minus na liście związany jest z... grafiką. Tak, tak, wiem, że na początku tego posta określiłam ją jako „olśniewającą”. I podtrzymuję tę opinię. Nie, nie przeczę sama sobie. W tym punkcie chodzi mi o niesamowitą ilość witraży. Densetsu jest pod tym względem przeładowane, co skłania mnie do zastanowienia, który z twórców miał na tym punkcie obsesję? Szczególnie Sion przedstawiany jest ciągle i do obrzydzenia w tęczowych poblaskach. Nie mam nic przeciwko kolorom i blikom, ale parafrazując przysłowie – nadmiar jest wrogiem dobrego! Skrytykowawszy element grafiki, skądinąd rzeczywiście zachwycającej, nie sposób nie przyczepić się do oprawy muzycznej. A ta nie dorasta do zamierzeń twórców i oczekiwań widza. Ani pierwszy opening LAMENT ~Yagate Yorokobi wo~ śpiewany przez Yuuki Aira, ani drugi Last Inferno w wykonaniu Ceui nie zachwycają, nie budzą emocji, nawet tych negatywnych – są tak bardzo przeciętne i niczym się nie wyróżniające. Z kolei pierwszy ending Truth Of My Destiny w aranżacji Ceui i drugi Hikari no Firumento śpiewany przez Takagaki Ayahi mają ładne teksty, ale również przeciętną melodię, która kompletnie nie zapada w pamięć. Oprawa dźwiękowa poza scenami dramatycznymi, gdzie mamy chórki i podniosłe tony, jest praktycznie niezauważalna i nie wyrasta ponad tło rozgrywających się zdarzeń. No dla uczciwości, trzeba wspomnieć o Energy, piosence śpiewanej gdzieś przy końcu serii w tle, która jedyna zapadła w pamięć. Również wykonywana przez Ceui.
No tak, przeczytawszy wszystko powyżej nasuwa się tylko jeden wniosek – kompletnie niewarte czasu. Można by wręcz odnieść wrażenie, że recenzentka za punkt honoru postawiła sobie bezlitosną krytykę omawianego anime. Tymczasem, nic podobnego. Sumiennie wyliczywszy wady produkcji, mogę się teraz skupić na jej zaletach, bo wbrew pozorom, takowe również posiada ^^ A do nich należy zaliczyć rewelacyjne postaci, które zaludniają świat Densetsu. Miałabym duże trudności ze wskazaniem faworyta, bo większość bohaterów przykuwa uwagę – cechami charakteru czy kierunkiem, w którym zmierzają jego losy. Są oczywiście też i takie, które pełnią wyłącznie rolę ozdobników (Noa, Milk, Iris), ale większość to intrygujące, warte poznania osobowości. Szkoda, że nie do końca rozwinięte.
Jak już wspomniałam wyżej do anime przyciągnęła mnie grafika. „Bright & Shiny” takimi słowami Rudzielec określiła kiedyś Rynera, ale jest to też fraza, która idealnie opisuje oprawę graficzną Densetsu. Animacja trzyma wysoki poziom, a design postaci jest po prostu prześliczny, a główną jego zaletą jest to, że bohaterowie (z kilkoma wyjątkami) wyglądają normalnie, a nie jak poddane kuracji hormonalnej przedszkolaki. Przesłodzony rysunek oczu i sylwetki nie wchodzi w grę. Ładnie dopracowane są tła, na krajobrazy i architekturę przyjemnie popatrzeć. Barwy i kolorystyka zwykle bardzo nasycone, w scenach walk zostają stonowane, a w momentach, gdy Ryner używa swojej mocy są monochromatyczne – utrzymane głównie w czerni i czerwieni. Gdyby nie nadmiar wątków, również fabuła byłaby mocnym punktem serii. Zapętlona, nieprzewidywalna, rozwijająca kolejne wątki – intryga goni intrygę, działania bohaterów determinowane są przez ruchy, które wykonują przeciwnicy, zdarzenia często przybierają niespodziewany obrót, a plany rozbijają o niespodziewane sploty wypadków. Taka wielowątkowość i mnogość intryg przykuwa do ekranu, niestety, wymknęło się to twórcom spod kontroli.
Zebrawszy wszystko razem, można mi zarzucić sprzeczność wypowiedzi, nieprawda? Ale takie właśnie jest Densetsu. Zalety są równocześnie wadami i na odwrót. Gdybym miała się pokusić o jedno słowo, którym można by określić to anime byłoby to słowo: nadmiar. Realizując ten tytuł przedobrzono niemal w każdym aspekcie: ilości wątków, bohaterów, elementów grafiki. A mimo wszystko ośmielę się zachęcić do sięgnięcia po serię, przede wszystkim osobom, które lubią przygodowe fantasy. Densetsu wprawdzie ma sporo zmarnowanego potencjału, w dalszym ciągu jednak pozostaje całkiem interesującym anime ze znakomitą grafiką.

wtorek, 22 marca 2011

Youkai pełna chata


Kolejny zwariowany dzień w Ukiyoe! Kiyo-kun uparł się, by całą naszą paczką wyruszyć po zmroku do opustoszałego gmachu szkoły. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, ten budynek roi się od youkai, ale przyjaciele zupełnie nie chcieli mnie słuchać. Oczywiście, omal nie doszło do wypadku, na szczęście Tsurara i Aotabou czuwali i nikomu nie stało się nic złego. Przy czym omal nie zdradziłem się ze swoim drugim ja – to by dopiero było! Co by powiedzieli moi przyjaciele, gdyby ujrzeli moją demoniczną formę? Udało się tego jednak uniknąć. Niemniej kiedy dziadek dowiedział się o całej eskapadzie znów nie dawał mi spokoju, z tą całą sprawą, żebym został Trzecim Następcą i zajął jego miejsce jako głowa rodu. No dajcie spokój, chcę sobie normalnie żyć jako zwykły człowiek, co z tego, że jestem w ¼ youkai? Nie, dziadku, nie poprowadzę Nocnej Parady Demonów i nie, nie zostanę Trzecim Nurarihyonem!
Takie oto stanowcze opinie wypowiada bohater Nurarihyon no mago - Rikuo Nura, trzynastolatek, w którego żyłach płynie ćwiartka krwi demona. Mimo przynależności do potężnego klanu Nura, panującego na tysiącami demonów, oraz planów dziadka, by wnuk kiedyś zajął należne mu miejsce jako jego następca, Rikuo zupełnie nie ma zamiaru podążać tą ścieżką. Jest zupełnie zadowolony z życia zwykłego gimnazjalisty, otoczonego kręgiem zgranych przyjaciół – tych ludzkich i tych youkai, pragnąc zachować przynależność do obydwu światów i nie musieć z żadnego zrezygnować. Zmieni jednak zdanie, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z silnym, bezwzględnym wrogiem, który pragnie obalić dominację klanu Nura i przejąć władzę nad demonami w Ukiyoe, co oznacza zagrożenie nie tylko dla youkai, ale i dla ludzi.
Wrażenia z serii mam niemal wyłącznie pozytywne. Bardzo dobrze zarysowani bohaterowie, od głównych po tych z dalszego planu, bez zbędnych traum i tragicznych przeszłości, całkiem normalni, jeśli pominąć drobny szczegół, że większość z nich to youkai ^^ Można by się przyczepić do braku kilku wątków w anime (jak choćby kwestia zupełnej nieobecności ojca Rikuo), ale to marginalna sprawa. Generalnie jest to anime idealnym przedstawicielem swojego gatunku – shonen jak się patrzy! Bardzo zgrabnie poprowadzona fabuła, bez zbędnych przestojów, sympatyczni, zróżnicowani bohaterowie – w tym cała galeria barwnych postaci youkai, istny przegląd japońskiej demonologii. Zaś sam Rikuo w swej demonicznej wersji sprawia, że dziewczynie miękną kolana... choć doradzałabym mu zmianę fryzjera ^^ Historia nie jest szczególnie skomplikowana, ale umiejętnie poprowadzone wątki i odpowiednio dozowane napięcie sprawia, że całość potrafi skutecznie wciągnąć.
Oprawa graficzna jest piękna. Rozbudowane tła, bardzo ładny design postaci, dopracowane wnętrza – animacja jest na wysokim poziomie, choć i tu nie obejdzie się bez mojego marudzenia. Wspominałam niejednokrotnie, że nie jestem zwolenniczką techniki 3D, której użycie często mnie razi. Owszem kwitnącemu drzewu wiśni nie sposób odmówić urody, ale jednak jest sztuczne – widać to najlepiej w porównaniu z seriami z lat 80-tych, gdy o efektach CG jeszcze nie słyszano, a jednak animatorom udawało się oddać piękno kwiecia sakury w całej jego pełni. Tak, jest to moja czepliwość i większości widzów pewnie spodobają się przejścia w 3D, zastosowane w omawianym tu anime. Z pewnością robią wrażenie, ale ja jednak jestem fanką tradycyjnej estetyki ^^ W każdym innym aspekcie grafika Nurarihyona jest więcej niż przyzwoita. Odrobinkę rozczarowuje choreografia walk, dużo tu efekciarstwa, a mało faktycznej walki, jak na shonen, ale cóż – nie każde anime może pochwalić się takimi cudeńkami w tej kwestii, jak to było chociażby w Seirei no moribito. Nie bądźmy nudnymi perfekcjonistami ;-)
A wielkim plusem jest muzyka. W ciągu całej serii mamy dwie czołówki i dwa endingi. Pierwszy opening to utworek Fast Forward, w wykonaniu formacji Monkey Majik – świetna, rytmiczna piosenka, której odsłuchiwanie długo się nie znudzi, a do tego sympatyczna grafika. W drugim openingu absolutnie się zakochałam Sunshine w wykonaniu tego samego zespołu zapadł mi w serce – bardzo optymistyczny, pozytywny kawałek (aktualnie ustawiony w komórce służy mi za budzik, nie ma to jak dobrze zacząć dzień! ^^) . Drugi opening jeszcze bardziej podoba mi się pod względem graficznym, pięknie skomponowany, obraz idealnie współgra z muzyką. Obydwa endingi również przedstawiają się bardzo sympatycznie. Zarówno Sparkly Start jak i Symphonic Dream są brzmieniowo dość podobne, to miłe popowe piosenki, z pewną dozą mroczniejszego klimatu, graficznie są natomiast zrealizowane według tego samego pomysłu – Kana, Tsurara i Yura w wersji chibi śpiewają i tańczą. Jest to i sympatyczne i zabawne, ponieważ ich układ choreograficzny wygląda jak typowy występ j-popowego girlsbandu. Obydwie piosenki wykonywane są przez seiyuu tych bohaterek, które utworzyły trio nazwane Katate SIZE. W innych partiach serii muzyka jest również dobrze skomponowana, nieźle brzmią kawałki użyte jako tło do scen walk – służą jako idealne uzupełnienie grafiki, ale równocześnie zaznaczają się jako więcej, niż tylko kontekst.
Po długim namyśle znalazłam jedyną rzecz, którą mogłabym uznać za większą wadę Nurarihyon no mago. Jest to zbyt gładkie poprowadzenie głównego bohatera. Nurarihyon praktycznie nie popełnia błędów i nie ponosi żadnej porażki, co w rezultacie pozbawia finał pewnego dreszczyku emocji, od początku widz doskonale wie, kto zwycięży. Pytanie co najwyżej stanowi „jak?” I tak, jest to największy zarzut jaki mogłabym postawić serii ^^ Drobiazg, prawda? Który absolutnie nie zmienia ogólnego wrażenia, a to jest bardzo dobre! Jako anime w swoim z gatunku Nurariohyon no mago zdobyło sobie moje pełne uznanie. Podobało mi się, nie zawaham się stwierdzić, że to jedna z lepszych serii 2010 roku i mieć nadziei na więcej, mimo rozwiązania wątków. Szczególnie, że manga autorstwa Hiroshiego Shiibashi wciąż wychodzi. Nadzieja zresztą nie jest tak całkiem bezpodstawna, na MAL pojawiła się zapowiedź drugiego sezonu, na ile wiarygodna – zobaczymy. Jak będę mieć niedosyt, sięgnę po mangę. Papierowa wersja opinie ma rewelacyjne. A póki co animowaną polecam, polecam, polecam. Oceniam Nurarihyon na solidną siódemkę. Z dużym plusem. Znakomicie spędziłam czas, oglądając to anime.
A w ogóle podziękowania się należą Jeżowi, bo mi przypomniała swego czasu o tym tytule ^^

sobota, 12 marca 2011

Bez serc, bez ducha...

W zasadzie zastanawiam się, co skłoniło mnie do sięgnięcia po ten tytuł? Oprócz chętki na shonen ai, wiadomo. Ach tak. Motywacja była zupełnie banalna – długowłosy bisz w okularach rzucający powłóczyste spojrzenie z jakiegoś znalezionego w Sieci obrazka. Uznałam, że seria ma już jeden plus – jest na czym oko zawiesić. Dla estety to wcale niemało ^^ Niestety prawda i nauczka okazała się bolesna – nie oceniaj anime po jednym biszu.
Rzecz rozgrywa się w świecie, w którym najwyraźniej ludzkość zmiksowała swoje geny z kocimi. W rezultacie do momentu utraty dziewictwa, ludzie posiadają dodatek w postaci kocich uszu i ogona. Hm, jak dla mnie pomysł nieco... krępujący, wziąwszy pod uwagę wszystkie społeczne implikacje, ale niechże sobie będzie. Licentia poetica i tak dalej. Ritsuka Aoyagi to dwunastolatek, który niedawno zmienił szkołę. Jest zamknięty w sobie, nieufny i opryskliwy. Trudno się jednak temu dziwić, życie go nie rozpieszcza. Niedawno w niejasnych okolicznościach stracił ukochanego starszego brata, a jego matka wykazuje objawy psychozy, w rezultacie czego chłopiec nieraz oberwie, a potem musi tłumaczyć się z plastrów i bandaży. Można by wręcz pomyśleć, że wyjątkowa z niego niezdara, tak często z jego ust padają słowa ”Przewróciłem się” czy „Wpadłem na coś”. Brzmi oczywiście jak typowa ofiara przemocy domowej i aż dziw, że nikt do tej pory nie zwrócił na to baczniejszej uwagi. Ponadto Ritsuka cierpi okresowo na amnezję, stąd namiętnie wszystko fotografuje, by zachować jakiekolwiek wspomnienia. Wziąwszy do tego zamiłowanie do lektury dzieł Nietzschego trudno się dziwić jego neurotycznej i pozbawionej optymizmu naturze. Pewnego dnia przed Ritsuką pojawia się piękny, długowłosy mężczyzna, który beznamiętnym głosem oznajmia, że go kocha i że od tej chwili zostanie jego Wojownikiem. Przedstawia się jako Soubi Agatsuma i należy do organizacji Siedem Księżyców, której członkowie walczą w parach Wojownik-Ofiara. Zarówno Soubi jak i Siedem Księżyców łączy wiele z bratem Ritsuki – Seimeiem, który jak się okazuje miał przed swoją rodziną sporo sekretów.
     Anime sprawia wrażenie jakby scenariusz do niego pisała osoba na potężnym kacu. Wszystko tutaj „rozłazi się w szwach”. Całość opiera się na w gruncie rzeczy ciekawych, ale niestety niedokończonych pomysłach. Tak jakby twórcy zebrali się, zrobili burzę mózgów, a potem beż żadnej obróbki wrzucili wszystko do jednego kotła, zamieszali i voila! Wyszło Loveless ^^ Mamy zatem jakąś tajemniczą organizację (skąd się wzięła i po co istnieje tego nawet twórcy nie wiedzą), w której najwyraźniej toczy się walka o wpływy. Mamy wojowników, którzy walczą – zawsze w parach – jaki jest jednak cel ich działań, widz może zgubić się w domysłach. Fabułę Loveless niby posiada, jeśli tylko te zarysowane i pourywane wątki można tak określić. Budzi ona jednak co najwyżej dezorientację – widz widzi, że coś się na ekranie rozgrywa – ale po co, dlaczego, do czego zmierza? Tajemnica.
Loveless jest dramatem. W całym negatywnym wydźwięku tego słowa. Takiej dawki idiotyzmu dawno już w anime nie widziałam i pod tym względem seria ta może z powodzeniem konkurować z Uraboku (choć prześcignąć go raczej nie prześcignie, Uraboku wygrywa ilością odcinków – w 26 epizodach mimo wszystko można zamieścić więcej bzdur niż w 12). W dodatku wielki, spodziewany plus serii okazał się największym rozczarowaniem. Soubi jest po prostu niebywale irytujący, na dodatek wykazujący zbyt wiele objawów shoutaconu. No dobrze ja rozumiem, wymogi gatunku, shounen ai, nawet lekką perwersję jestem w stanie przyjąć, ale na litość, Ritsuka ma tylko 12 lat! Dla mnie to już pachnie zboczeniem, gdy dorosły facet klei się do dzieciaka. Gdybyż Ritsuka miał choć te szesnaście wiosen, nie wydawałoby mi się to wszystko tak bardzo nie na miejscu. A tak – budzi we mnie niesmak. Pozostali bohaterowie też wydają się jacyś mało przekonujący, choć kilka postaci drugoplanowych może wzbudzić iskrę sympatii.
     Pewnym pocieszeniem jest grafika. Naprawdę przyzwoita z ładnie skomponowanymi przejściami w komputerowy trójwymiar i ślicznym designem postaci. Jest na co popatrzeć. Muzyka z kolei niezbyt mi się spodobała. O ile jeszcze Tsuki no Curse w wykonaniu Reiki Okina brzmi w moich uszach znośnie (co najwyżej znośnie), to ending Michiyuki wyśpiewany monotonnym głosem Kaori Hikita przyprawił mnie o potężny atak ziewania. Muzyka jednak to w tak ogromnej mierze rzecz gustu, że z przyjmowaniem cudzych opinii trzeba być tu ostrożnym ^^ Reszta ścieżki dźwiękowej niczym nie przykuwa uwagi i rozpływa się gdzieś w animowym tle.
     Loveless ma właściwie same minusy. Plusów dopatrzyłam się tylko dwóch, jednak są one niepodważalne ^^ Po pierwsze – seria ma tylko dwanaście odcinków. Nie męczy zatem niedorzecznościami więcej niż przez cztery godziny seansu. Drugim plusem, który przytrzymał mnie przy  ekranie i sprawił, że jakoś przetrawiłam wszystkie te nonsensy był Ritsuka. Po prostu świetny z niego dzieciak! Z miejsca zapadł mi w serce, jeden z sympatyczniejszych bohaterów z jakimi zetknęłam się w anime. Gdyby tylko dostał rolę w jakiejś innej serii... Tak, rozmarzyłam się ^^
     A tak ogólnie – obejrzeć warto czy nie? Cóż do Loveless idealnie pasuje mi stare powiedzonko „Szkoda czasu i atłasu”. Ja zdecydowanie odradzam. Gdybym zaczęła zapoznawanie się z gatunkiem od tego anime nabawiłabym się z pewnością trwałego urazu...

niedziela, 20 lutego 2011

Męska rzecz czyli... koronki, falbanki i trochę różu?

     Touru Kono na skutek osobistych problemów musi się przenieść do nowej szkoły w środku semestru. Placówka, do której zdecydował się zdawać ma świetną opinię, osiąga wysokie notowania we wszelkiego typu rankingach i jest wyłącznie męska. Więc skąd już pierwszego dnia Touru natyka się na piękną dziewczynę w stroju gothic lolitki? W dodatku w szkole zostaje przyjęty aż nazbyt entuzjastycznie, a rzucane mu zachwycone spojrzenia jakoś budzą niezbyt dobre przeczucia... Tajemnica szybko zostaje wyjaśniona. Otóż w szkole działa coś, co określa się jako Hime System. Spośród uczniów zostają wybrani chłopcy o wyjątkowej, delikatnej urodzie. Zostają wdrożeni w program i przebrani za dziewczyny służą za coś w rodzaju szkolnych maskotek. Do tej pory jako księżniczki działali Yuujiro Shihoudani i Mikoto Yutaka. A ponieważ Touru wyróżniający się swoim dziewczęcym typem urody idealnie nadaje się na trzecią księżniczkę, Rada Uczniowska (która w szkole ma dużą swobodę działania) na czele z jej przewodniczącym Shuyą Arisadą zdecydowała, że dołączy on do księżniczkowego dormitorium. Touru początkowo degustowany i nieco przerażony szybko zmienia zdanie. Przyczyną tego nie jest wcale dobrowolny przymus (Rada ma moc i władzę nie klasyfikować ucznia, który nie zgodzi się pełnić obowiązków księżniczki), ale całkiem niezła sumka, jaką każda hime dostaje za swoją pracę. A budżet przeznaczony na System Księżniczek jest naprawdę imponujący. Czyżby w naszym bohaterze obudził się materialista?
No dobrze, tylko co w ogóle robi taka księżniczka? Ogólnie rzec by można: roztacza czar. Dopinguje zespoły, motywuje uczniów, porusza się z wdziękiem, przesyła pocałunki i służy za coś w rodzaju buforu dla szkolnych konfliktów i starć. Ostatecznie w szkole pełnej dorastających chłopców mogłoby zajść do sporo całkiem nieprzyjemnych zdarzeń. Księżniczki, skupiając na sobie uwagę i stając się obiektem westchnień i fantazji – niwelują napięcie. Touru szybko znajduje wspólny język z Yuujiro (który ze swoimi długimi blond włosami niewiele musi robić, by zostać wziętym za kobietę – w gruncie rzeczy ładniejsza z niego dziewczyna niż chłopak ^^) i razem usiłują spacyfikować Mikoto, który ze wszystkich sił opiera się odgrywaniu roli princessy. Touru szybko „łapie” atmosferę nowej szkoły i wydaje się, że przez większość czasu znakomicie się bawi, ale co tak naprawdę ukrywa za sympatycznym uśmiechem?
     Fabuła Princess Prinsess kręci się głównie wokół Księżniczkowego Tria, chłopcy poznają się bliżej, nawiązują więzy przyjaźni i wspierają wzajemnie. Każdy z nich ma swoje problemy osobiste – Yuuijiro ucieka od rodziny i poczucia wyobcowania, Mikoto za wszelką cenę chce ukryć przed swoją dziewczyną fakt, że w szkole paraduje ubrany w damskie ciuszki (wcale się nie dziwię, też bym nie chciała wiedzieć, że mój chłopak wygląda w damskiej wersji lepiej niż ja ^.^). Z kolei Touru również traktuje rolę księżniczki jako odskocznię od własnych rodzinnych kłopotów. A te są poważne. Bohaterowie Princess Princess to bardzo sympatyczna zbieranina charakterów. Od miłego, ujmującego Touru, nieco złośliwego Yuujiro, głośnego, odrobinę niezdarnego Mikoto, aż po bohaterów pobocznych: braci Sakamoto, Arisadę, radę uczniowską, Megumi i przebojową siostę Mikoto.
     Animacja przedstawia się raczej przyzwoicie, choć nie jest to jakiś szczególnie powalający poziom grafiki. A nawet, jeśli się dobrze przyjrzeć, widoczne są pewne niedoróbki (Touru w kilku scenach wygląda jakby miał obustronnego zeza). Nie jest to jednak coś nad czym trzeba jęczeć, lamentować i zgrzytać zębami. No może poza perfekcjonistami i specjalistami, którzy znają się na technice graficznej obróbki. Mogłabym właściwie przyczepić się do kolorystyki – zbyt cukierkowej jak na mój gust, ale mi się nie chce ^.~
Muzyka również przedstawia się na poziomie średnim. Raczej przyjemny popowy kawałek, który wykorzystano w openingu Kimi to Deatte Kara wykonany przez Atsushi Miyazawę wpada w ucho, ale na dłużej w nim nie zostaje. Odrobinę bardziej podobał mi się ending (także graficznie) Hohoemi o Agetai śpiewany przez tajemniczą formację team-F. I właściwie jest to wszystko, co można o ścieżce dźwiękowej do tego anime powiedzieć. Z pewnością  w trakcie jakieś brzmienia występują, ale nie udało mi się ich zarejestrować. Idealnie widać wtapiają się w tło ^.^
      Princess Princess odebrałam jako przyjemną, niezbyt wymagającą serię. Chyba określenie „sympatyczna” jest tu najwłaściwsze. Sam pomysł z lekka ryzykowny wykorzystano całkiem sprawnie, a twórcy nie przekroczyli granicy dobrego smaku – i chwała im za to. W dodatku został całkiem przekonywująco umotywowany, a to jest już pewną sztuką przekonać widza, że przebieranie chłopców za panienki ma głębszy sens ^.~ Humor miesza się tu z akcentami nieco bardziej dramatycznymi, ale punkt ciężkości nigdy się nie przesuwa – scenarzyści cały czas mają na uwadze, że to komedia, nie dramat. To również liczy się na plus.
W sumie Princess Princess przedstawia się jako lekka, zabawna i miła w odbiorze anime. Dla mnie osobiście jeden z sympatyczniejszych tytułów z gatunku shonen ai z jakim się zetknęłam. Zaraz, zaraz... to było shonen ai?!?! 
(Wątpliwości „Ałtorki” są uzasadnione. W całej serii mamy jedną jedyną scenę pocałunku, w dodatku udawanego, a oprócz tego bohaterowie przez większość czasu usiłują umówić się na randkę z przedstawicielkami płci przeciwnej. To, że sami są brani za dziewczyny - nawet w męskich mundurkach - specjalnie im sprawy nie ułatwia).
No cóż. Whatever. A serię polecam. Miło się ogląda.

wtorek, 8 lutego 2011

A może by tak jakąś mangę?


Przeglądałam sobie stojące na mojej półce mangi – ot, tak mnie natchnęło – wzięłam do ręki „X” i się mi jakoś zatęskniło za Clampem. Zespół rysowniczek ukrywający się pod tym pseudonimem ma na swoim koncie sporo dziełek, takich jak Lavenda lubi – zakręconych fabularnie, z piękną kreską i bohaterami, do których łatwo się przywiązać. Część z nich zekranizowano, niektóre nigdy przeniesienia na ekran się nie doczekały. W wersji papierowej pozostało sporo starszych prac Clampa, postanowiłam więc sobie ich poszukać i w ten sposób trafiłam na Gohou Drug. Tytuł ten funkcjonuje także jako Legal Drug czy Lawful Drug – chodzi dokładnie o tę samą mangę. Historia ta zaliczana jest do nurtu shonen ai (ekhm, proszę nie rzucać mi znaczących spojrzeń, to był przypadek ^^) i ostatni jej tom został wydany w 2005 roku. Ostatni, ale nie ostateczny, o czym później. Ilustratorką odpowiedzialną za ten tytuł jest Mick (Tsubaki) Nekoi, która stworzyła także „Wish” oraz „Suki Dakara Suki”.
Wbrew tytułowi, manga nie dotyczy narkotyków. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy Kazehaya Kudo zostaje znaleziony na zaśnieżonej ulicy i uratowany od zamarznięcia przez Rikuo Himurę. Ten tajemniczy młodzieniec zanosi chłopaka do miejsca, gdzie aktualnie mieszka i pracuje – apteki zwanej Green Drugstore, której właścicielem jest Kakei. Ten jednak nie robi nic za darmo. Młody Kazehaya musi zarobić na mieszkanie i jedzenie, stąd też nie tylko zaczyna pracować w aptece, ale też dołącza do Rikuo w tajemniczych misjach, zlecanych im przez właściciela Green Drugstore. Zlecenia te bywają, oględnie mówiąc, dość nietypowe. Raz chodzi o odzyskanie książki, innym razem o złapanie kota, jeszcze innym przyniesienie starej, drogocennej wazy albo złapanie kilku niewidzialnych świetlików. A w każdej z nich chłopcy korzystają ze swoich niezwyczajnych zdolności. Tak, tak – jak to u Clampa, bohaterowie obdarzeni są pewnymi mocami. Kazehaya potrafi poprzez dotyk odczytać emocje innych ludzi, Rikuo ma zdolność podobną do telekinezy, która pozwala mu otwierać zamki i wpływać na przedmioty. Także Kakei nie jest pozbawiony nadnaturalnych właściwości – to jasnowidz z bardzo rozwiniętą intuicją.
Legal Drug wyjątkowo przypadł mi do gustu. Bohaterowie, sposób rysowania, fabuła i humor – wszystko to sprawia, że ten tytuł Clampa czyta się naprawdę przyjemnie. Powiedziałabym, że przez większość czasu to lektura gładka i odprężająca, bo zawarta w niej dawka dowcipu – głównie sytuacyjnego – zapewnia znakomitą rozrywkę. Rikuo i Kazehaya to dwa różne typy osobowości, rzecz jasna musi dojść do starcia charakterów. Misje, na które wysyła obydwu Kakei również są przyczyną wielu zabawnych zdarzeń. Ale bohaterowie posiadają też głębszą, starannie ukrywaną stronę. W przeszłości obydwu kryją się tajemnicze kobiety i nierozwikłane zagadki, a i Kakei nie należy do najbardziej otwartych osób i sporo ukrywa. Tak wiec punkt ciężkości jest tu przesunięty na humor, ale manga nie pozbawiona jest elementów dramatycznych. W odpowiednich proporcjach daje to sympatyczną mieszankę. Bohaterowie są podstawą i wielką siłą Gohou Drug. Naiwny, prostolinijny Kazehaya, chłodny i sarkastyczny Rikuo, delikatny Kakei, który za pięknym uśmiechem skrywa charakter manipulatorski i zdolny do okrucieństwa. Oraz tajemniczy Saiga, który nigdy nie rozstaje się z ciemnymi szkłami okularów, wypowiada ironiczne, złośliwe uwagi oraz pozostaje z Kakeiem w związku jasno określonej natury ^^ O nim wiadomo najmniej, poza tym, że jest mistrzem w znajdowaniu informacji. Większą część fabuły zresztą zajmuje mu klejenie się do biszonenów serii, czemu wcale się nie dziwię, sama bym się do nich kleiła, gdybym mogła ^^
Napisałam gdzieś tam powyżej, że manga ta to shonen ai, ale także i ten wątek został potraktowany z lekką dozą ironii. Raz po raz twórczyni puszcza do czytelnika oko, kpiąc sobie z gatunku – zwolenniczki pełnych napięcia i dramatu romansów męsko-męskich mogą poczuć się cokolwiek rozczarowane. Brak tu dosłowności, a większość to aluzje i zmrużenie oka. Ot, choćby takie okładki, które sugerują całkiem sporo – Kazehaya i Rikuo w mocno yaoiowatych pozach. Okładka jest ewidentnym żartem, ponieważ w żadnym z rozdziałów pomiędzy obydwoma panami nie dzieje się nic z tego co sugeruje obrazek. Podobnie jak scenki typu Rikuo pochylający się nad Kazehayą. W yaoi to moment aż proszący się o pocałunek, tutaj jednak najczęściej zostaje skwitowany jakąś złośliwą uwagą Rikuo.
Clamp ma zwyczaj łączyć swoje dziełka. Nie inaczej jest w przypadku Legal Drug. Rikuo i Kazehaya pojawiają się w Tsubasa Chronicle a także w xxxHolic. Znajomość tych tytułów nie jest jednak konieczna, by zapoznać się z mangą pani Nekoi. Ot, po prostu jeden ze smaczków.
Słówko jeszcze o stronie graficznej. Kreska pani Nekoi nie jest tak specyficzna jak sposób rysowania Mokony, ale zachowuje charakterystyczne dla Clampa cechy – postacie są chude, długonogie, z dużymi oczami. Rysunek jest raczej delikatny, tła niemal puste w porównaniu z takim X, a całość może się wydać odrobinę niedopracowana dla osób, które twórczość Clampa kojarzą głównie z X, Card Captor Sakura czy Chobits. Ale ten sposób rysowania idealnie pasuje do opowiadanej historii, która jest zabawna, ale równocześnie zawiera w sobie nutę niepokoju. Opowieść zresztą tak wciąga, że drobnych błędów w rysunku praktycznie się nie zauważa.
Summa summarum: warto sięgnąć. Bardzo ciekawi bohaterowie, interesująca fabuła z mnóstwem niedopowiedzeń, humor i klimat. Do pierwszego tomu dodano rozdział ekstra, który stawia sporo znaków zapytania, o to, kim są główni protagoniści serii i co naprawdę ich łączy? Tajemnicza uwaga Kakeia w tym dodatku tyko rozbudza apetyt na więcej ^^ Niestety, więcej póki co nie ma. W roku 2005 wyszedł trzeci tomik mangi. Wprawdzie zapowiedziano wydanie czwartego tomiku, a w 2006 roku na Anime Expo mówiono, że ten tytuł zostanie pociągnięty, ale od tamtej pory cisza. Clamp ma ciekawe, intrygujące pomysły, niestety irytujący zwyczaj porzucania swoich prac, na czas nieokreślony. Kilka tytułów jest w trakcie powstawania, a ponieważ Clamp zajmuje się coraz to nowymi projektami, wiele z nich, w tym i Gohou Drug zostaje odłożonych na święty nigdy. Wielka szkoda, bo z tego co wiadomo te dotychczas 3 wydane tomiki, to zaledwie 1/5 całej historii. Ale moim zdaniem i tak warto. Nawet, jeśli to wciąż niedokończona opowieść ^^

piątek, 21 stycznia 2011

Komu, kooomu szonenaja? Prosto z cukierni!


     Yaoi? Nie tykam tego nawet kijem!  - oświadczyłam kiedyś Rudowłosej. Życie bardzo lubi weryfikować takie stanowczo wygłaszane opinie, wcale nie inaczej było w moim przypadku. Nagle i zupełnie bez powodu poczułam chętkę na shonen ai. Chętka była tak duża, że w końcu uległam kaprysowi i obejrzałam coś z „tego gatunku”. No i... Ale od początku.
     Antique Bakery to nazwa cukierni, w której i wokół której rozgrywa się akcja tej 13-odcinkowej serii anime. Cukiernię otwiera Tachibana Keiichiro, 32-letni syn wpływowej, bogatej rodziny japońskiej. Otwiera głównie po to, by wreszcie zmierzyć się z koszmarem z dzieciństwa. Jaką traumę można mieć w związku z cukiernią? Ano, okazuje się można. Tachibana jako dziecko został porwany i przetrzymywany siłą. Szczęśliwie udało mu się powrócić do rodziny, ale zostawiło to na nim trwały ślad. Z tego okresu zostały mu luki w pamięci, senne koszmary i niechęć do słodyczy. Jedyne, co pamięta to to, że porywacz karmił go deserami. Głónym cukiernikiem Tachibany zostaje Ono Yusuke. Obaj panowie znali się jeszcze ze szkoły, a swego czasu Ono wyznał Tachibanie miłość. Ten zaś odmówił mu w słowach raniących i okrutnych. Po tym incydencie Ono zmienił całkowicie swoje życie, został mistrzem cukiernictwa, by po pewnym czasie trafić do Antique Bakery. Dlaczego osoba uważana za geniusza deserów nie może nigdzie zagrzać miejsca na dłużej? No cóż, wszystko związane jest z jego orientacją seksualną i wbrew pozorom, nie chodzi tu o dyskryminację. Ale z racji tego, że to jeden z zabawniejszych wątków anime, nie będę spoilerować ^^ Z czasem do obsady AB dołączają młody ex-bokser, Kanda Eiji, którego kariera sportowa skończyła się szybciej, niż się zaczęła oraz Kobayakawa Chikage, przyjaciel Tachibany i jego ochroniarz, a jednocześnie niezdara i duże dziecko. Taaa, zdążyliście porobić pairingi miedzy bohaterami? Nic z tego! ^^ Zdeklarowanymi gejami w tej serii będzie tylko dwóch bohaterów. Tachibana to stuprocentowy hetero, a choć w przypadku Eijiego można by mieć wątpliwości, to jego relacje z Ono nie wykraczają poza formułę uczeń-sensei. Choćby nie wiem jak wysilał wyobraźnię, nie będzie to nic innego ^^ Fabuła anime dotyczy głównie relacji pomiędzy panami, opowiada o zdarzeniach z ich życia, a każdy z nich boryka się ze swoimi problemami. Co ciekawe, są to sprawy niebanalne, bohaterowie bynajmniej nie są przewidywalni. Wątek shonen ai obecny dość mocno, nie dominuje jednak całej serii, podany jest raz w tonacji komediowej, raz w sposób nie pozbawiony dramatyzmu. Mnie osobiście romans męsko-męski niezbyt przypadł do gustu – niektóre sceny niebezpiecznie pachną kiczem. No proszę wybaczyć, ale moment, w którym Yusuke i Chikage objęci różanym blaskiem, „tańczą wśród opadających kropel deszczu” rozłożył mnie na łopatki. Takiej sztampy nie zniosłabym w wykonaniu pary hetero, a o homoseksualnej nie wspomnę. Może brak mi poczucia romantyzmu? ^^”
     Animacja to kolejny punkt, na który sobie ponarzekam. Choć wynika to z osobistych preferencji, niż oczywistych wad produkcji. Jeśli jest coś, czego w anime nie cierpię, to łączenie grafiki komputerowej z tradycyjnym rysunkiem. Pól biedy, gdy praca komputera widoczna jest tylko od czasu do czasu, a przejścia realizowane są gładko. Ale gdy grafika wygenerowana komputerowo odcina się wyraźnie od tej „zwyczajnej”... Drażni mnie to nieprzeciętnie. W Antique Bakery niestety obecność komputera jest widoczna aż nazbyt. Mogę to przełknąć przy ujęciach pustych wnętrz, ale gdy do nich dodamy postacie... Zgrzyta! Poza tym jednym, animacji nie mam wiele więcej do zarzucenia (choć to jedno akurat wystarcza za całą listę), design postaci jest sympatyczny – panowie nie są powalająco biszowaci,  niemniej bardziej pasuje to do tak „życiowej” serii jaką jest Antique, niż nadanie im lalkowej urody. Tradycyjnie mają nieproporcjonalny wzrost,  ale to już chyba grzech główny większości japońskich rysowników.
Muzyka... No tak. Chciałam napisać coś o ścieżce dźwiękowej i uświadomiłam sobie, że nie pamiętam ani jednego utworu z tej serii, a opening kojarzę tylko graficznie. Czyli musiało być słabo, a muzyka nie zwróciła żadna nutą mojej uwagi. Dla porządku jednak podaję opening Life Goes On ~ Side K w wykonaniu CHEMISTRY oraz ending Life Goes On ~ Side D tego samego wykonawcy. Opening jest o tyle ciekawie zrobiony, że na rzeczywiste wnętrza nałożone są kartonowe postaci. Tyle co do muzyki.
     Czas na ogólne podsumowania. Zachwytów w tym co napisałam powyżej nie było i teraz tez ich nie będzie. Antique Bakery jest serią sympatyczną i dobrą na przerywnik, lub chwilę, gdy kompletnie nie ma się pomysłu, co oglądać. Nie zrozumiejmy się źle, to nie jest złe anime. Tyle tylko, że nie porywa. Dla mnie boleśnie przeciętna – ani bohaterowie nie zdołali mnie do siebie przekonać, o grafice i muzyce już wspomniałam, słowem nie ma tu nic, co mogłoby mnie skłonić do zawyżenia końcowej oceny. Owszem istnieje sporo gorszych serii. Antique potrafi rozbawić, zaskoczyć, domyślam się, że nawet wzruszyć - co bardziej czułe na miłosne perypetie serca. Mnie jakoś brak na takowe wrażliwości. Więc zapytana o to anime mogłabym tylko odpowiedzieć: Antique Bakery? Ot, takie sobie. 

PS. Jeszcze jedno. Nie radzę oglądać tego anime, gdy jesteście na diecie lub słodyczowym głodzie, a w pobliżu nie ma ani kruszyny najmarniejszego cukierka. Seria potrafi wzbudzić ogromną, niepohamowaną ochotę na słodkości - te ciasta, ciasteczka, desery... Mmmniam!