totoro

totoro

sobota, 12 marca 2011

Bez serc, bez ducha...

W zasadzie zastanawiam się, co skłoniło mnie do sięgnięcia po ten tytuł? Oprócz chętki na shonen ai, wiadomo. Ach tak. Motywacja była zupełnie banalna – długowłosy bisz w okularach rzucający powłóczyste spojrzenie z jakiegoś znalezionego w Sieci obrazka. Uznałam, że seria ma już jeden plus – jest na czym oko zawiesić. Dla estety to wcale niemało ^^ Niestety prawda i nauczka okazała się bolesna – nie oceniaj anime po jednym biszu.
Rzecz rozgrywa się w świecie, w którym najwyraźniej ludzkość zmiksowała swoje geny z kocimi. W rezultacie do momentu utraty dziewictwa, ludzie posiadają dodatek w postaci kocich uszu i ogona. Hm, jak dla mnie pomysł nieco... krępujący, wziąwszy pod uwagę wszystkie społeczne implikacje, ale niechże sobie będzie. Licentia poetica i tak dalej. Ritsuka Aoyagi to dwunastolatek, który niedawno zmienił szkołę. Jest zamknięty w sobie, nieufny i opryskliwy. Trudno się jednak temu dziwić, życie go nie rozpieszcza. Niedawno w niejasnych okolicznościach stracił ukochanego starszego brata, a jego matka wykazuje objawy psychozy, w rezultacie czego chłopiec nieraz oberwie, a potem musi tłumaczyć się z plastrów i bandaży. Można by wręcz pomyśleć, że wyjątkowa z niego niezdara, tak często z jego ust padają słowa ”Przewróciłem się” czy „Wpadłem na coś”. Brzmi oczywiście jak typowa ofiara przemocy domowej i aż dziw, że nikt do tej pory nie zwrócił na to baczniejszej uwagi. Ponadto Ritsuka cierpi okresowo na amnezję, stąd namiętnie wszystko fotografuje, by zachować jakiekolwiek wspomnienia. Wziąwszy do tego zamiłowanie do lektury dzieł Nietzschego trudno się dziwić jego neurotycznej i pozbawionej optymizmu naturze. Pewnego dnia przed Ritsuką pojawia się piękny, długowłosy mężczyzna, który beznamiętnym głosem oznajmia, że go kocha i że od tej chwili zostanie jego Wojownikiem. Przedstawia się jako Soubi Agatsuma i należy do organizacji Siedem Księżyców, której członkowie walczą w parach Wojownik-Ofiara. Zarówno Soubi jak i Siedem Księżyców łączy wiele z bratem Ritsuki – Seimeiem, który jak się okazuje miał przed swoją rodziną sporo sekretów.
     Anime sprawia wrażenie jakby scenariusz do niego pisała osoba na potężnym kacu. Wszystko tutaj „rozłazi się w szwach”. Całość opiera się na w gruncie rzeczy ciekawych, ale niestety niedokończonych pomysłach. Tak jakby twórcy zebrali się, zrobili burzę mózgów, a potem beż żadnej obróbki wrzucili wszystko do jednego kotła, zamieszali i voila! Wyszło Loveless ^^ Mamy zatem jakąś tajemniczą organizację (skąd się wzięła i po co istnieje tego nawet twórcy nie wiedzą), w której najwyraźniej toczy się walka o wpływy. Mamy wojowników, którzy walczą – zawsze w parach – jaki jest jednak cel ich działań, widz może zgubić się w domysłach. Fabułę Loveless niby posiada, jeśli tylko te zarysowane i pourywane wątki można tak określić. Budzi ona jednak co najwyżej dezorientację – widz widzi, że coś się na ekranie rozgrywa – ale po co, dlaczego, do czego zmierza? Tajemnica.
Loveless jest dramatem. W całym negatywnym wydźwięku tego słowa. Takiej dawki idiotyzmu dawno już w anime nie widziałam i pod tym względem seria ta może z powodzeniem konkurować z Uraboku (choć prześcignąć go raczej nie prześcignie, Uraboku wygrywa ilością odcinków – w 26 epizodach mimo wszystko można zamieścić więcej bzdur niż w 12). W dodatku wielki, spodziewany plus serii okazał się największym rozczarowaniem. Soubi jest po prostu niebywale irytujący, na dodatek wykazujący zbyt wiele objawów shoutaconu. No dobrze ja rozumiem, wymogi gatunku, shounen ai, nawet lekką perwersję jestem w stanie przyjąć, ale na litość, Ritsuka ma tylko 12 lat! Dla mnie to już pachnie zboczeniem, gdy dorosły facet klei się do dzieciaka. Gdybyż Ritsuka miał choć te szesnaście wiosen, nie wydawałoby mi się to wszystko tak bardzo nie na miejscu. A tak – budzi we mnie niesmak. Pozostali bohaterowie też wydają się jacyś mało przekonujący, choć kilka postaci drugoplanowych może wzbudzić iskrę sympatii.
     Pewnym pocieszeniem jest grafika. Naprawdę przyzwoita z ładnie skomponowanymi przejściami w komputerowy trójwymiar i ślicznym designem postaci. Jest na co popatrzeć. Muzyka z kolei niezbyt mi się spodobała. O ile jeszcze Tsuki no Curse w wykonaniu Reiki Okina brzmi w moich uszach znośnie (co najwyżej znośnie), to ending Michiyuki wyśpiewany monotonnym głosem Kaori Hikita przyprawił mnie o potężny atak ziewania. Muzyka jednak to w tak ogromnej mierze rzecz gustu, że z przyjmowaniem cudzych opinii trzeba być tu ostrożnym ^^ Reszta ścieżki dźwiękowej niczym nie przykuwa uwagi i rozpływa się gdzieś w animowym tle.
     Loveless ma właściwie same minusy. Plusów dopatrzyłam się tylko dwóch, jednak są one niepodważalne ^^ Po pierwsze – seria ma tylko dwanaście odcinków. Nie męczy zatem niedorzecznościami więcej niż przez cztery godziny seansu. Drugim plusem, który przytrzymał mnie przy  ekranie i sprawił, że jakoś przetrawiłam wszystkie te nonsensy był Ritsuka. Po prostu świetny z niego dzieciak! Z miejsca zapadł mi w serce, jeden z sympatyczniejszych bohaterów z jakimi zetknęłam się w anime. Gdyby tylko dostał rolę w jakiejś innej serii... Tak, rozmarzyłam się ^^
     A tak ogólnie – obejrzeć warto czy nie? Cóż do Loveless idealnie pasuje mi stare powiedzonko „Szkoda czasu i atłasu”. Ja zdecydowanie odradzam. Gdybym zaczęła zapoznawanie się z gatunkiem od tego anime nabawiłabym się z pewnością trwałego urazu...

5 komentarzy:

  1. Nie oglądałam, ale spotkałam się z opiniami i samej mi się wydawało, że to raczej coś, na co zdecydowałyby się jedynie zapalone yaoistki i to te najbardziej zdesperowane. Znaleźć yaoi na poziomie to niemała sztuka. Masa w nich dziwactw i czystej patologii w postaci związków rodziców i dzieci (oczywiście zawsze okazuje się, że rodzice są przybrani) lub rodzeństw. Druga opcja to sado-maso wersja hard, gdzie bywa równie niesmacznie. Mangi, owszem, można znaleźć perełki, ale co do anime, Junjou Romantica jest chyba jedynym tytułem wartym uwagi. Ech... Zobaczymy jak wypadnie Sekaichi Hatsukoi ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. No i jeszcze Antique Bakery jest przecież, zapomniałam, ale to nietypowe shounen-ai, nie nastawione głównie na relacje męsko-męskie ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Co ciekawe, "Loveless" ma całkiem spore grono zwolenników i zajadłych obrońców... Gusta bywają różne ^^" A te patologie w yaoi, o których wspomniałaś, to rzeczywiście istna plaga. Związki kazirodcze to w ogóle jakaś moda w anime ostatnio (nie tylko z gatunku shonen ai). Japończycy naprawdę lubują się w łamaniu tabu... Oczywiście, na tym całym tle Junjou prezentuje się wyjątkowo. Sekaichi ma szansę być równie przyjemne - oby nie zawiodło pokładanych w nim nadziei. W końcu manga dała twórcom solidne podstawy. A do listy pozytywnych anime z tego gatunku zaliczyłabym też "Gakuen Heaven"...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wierzę, wierzę w tę zajadłą obronę, w końcu "Yaoistka potrafi" :] Powiem Ci, że mam szczególną awersję do związków nieletnich (zwłaszcza tych bardzo młodziutkich) z partnerami dojrzałymi. Wszelkie insynuacje, choćby prezentowało się to wszystko bardzo niewinnie (bez ekscesów :P) mnie zniesmaczają, bo to trąci pedofilią. Co innego, gdy są dwaj nastolatkowie lub duża różnica wieku zachodzi między dorosłymi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mamy dokładnie takie same odczucia - już związki między rodzeństwem, choć sam w sobie pomysł żenujący, mniej mnie drażnią, niż cokolwiek, co sugerowane jest pomiędzy nieletnim a dorosłym! Trąci kryminałem i tyle. Co ciekawe "Loveless" miało szanse być co najmniej niezłym anime, gdyby tylko podciągnięto wiek bohatera i wprowadzono kilka modyfikacji w konstrukcji odcinków i fabuły. Szkoda, zmarnowano ładnego bisza i rewelacyjną postać głównego bohatera ^^

    OdpowiedzUsuń